Mniej formalizmu przy skardze kasacyjnej?
To sedno czwartkowej uchwały siedmiu sędziów Izby Cywilnej SN, podjętej przy trzech zdaniach odrębnych, która powinna ułatwić poprawne składanie skarg kasacyjnych.
Kwestia ta wynikła w sprawie frankowej, ale dotyczy ona także innych spraw cywilnych trafiających do Sądu Najwyższego. W tej sprawie sąd okręgowy orzekł, że umowa kredytu powódki z pozwanym mBankiem jest nieważna, a Sąd Apelacyjny w Warszawie zmienił wyrok, zasądzając od banku na jej rzecz 89 tys. zł. Powódka wniosła jednak skargę kasacyjną, zaskarżając wyrok SA w części, tj. niezasądzenie jej od banku odsetek. Jednocześnie wniosła o uchylenie wyroku SA i przekazanie sprawy do ponownego rozpoznania, ewentualnie o jego zmianę, nie oznaczając zakresu żądanego uchylenia ani zmiany.
Rozpatrując tę skargę, trzyosobowy skład SN powziął wątpliwości, które skierował w pytaniu prawnym do rozszerzonego składu SN. Chodziło o rozstrzygnięcie kwestii: czy skarga kasacyjna, w której zakres zaskarżenia orzeczenia określono niezgodnie z zakresem wniosku o uchylenie lub zmianę tego orzeczenia, podlega odrzuceniu bez merytorycznego rozpoznania. Przepisy w tym zakresie są niejednoznaczne, a są za to często podstawą do odrzucenia skargi kasacyjnej bez jej merytorycznego rozpoznania. Chodzi o art. 3984 § 1 pkt 1 KPC, mówiący, że skarga kasacyjna powinna wskazywać, czy zaskarża dane orzeczenie w całości czy w części, a zgodnie z § 2 pkt 3 tegoż artykułu powinna zawierać też wniosek o uchylenie lub zmianę orzeczenia z oznaczeniem zakresu żądanego uchylenia i zmiany. W orzecznictwie przyjmowano w zasadzie jednolicie, że wskazany w skardze zakres zaskarżenia oraz wniosku o uchylenie lub zmianę orzeczenia muszą być ze sobą ściśle skorelowane, a brak tej korelacji skutkuje odrzuceniem skargi bez wzywania do uzupełnienia braków (ta korelacja nie jest niezbędna wyjątkowo w sprawie o podział majątku wspólnego).
Autorzy pytania wskazali w jego uzasadnieniu, że skarga kasacyjna, jak każde pismo procesowe, podlega interpretacji, więc pewne niedoskonałości w jej skonstruowaniu mogą zostać usunięte w drodze „przyjaznej wykładni tekstu skargi”. Jest to jednak w przypadku skargi kasacyjnej ograniczone, gdyż jest ona przygotowywana przez wykwalifikowanych prawników (tzw. przymus adwokacki), od których można wymagać zachowania wymaganych reguł. Odejście od wykładni literalnej i ustępstwo względem jednego uczestnika postępowania może uderzać w innego.
Sędzia Marcin Krajewski powiedział w uzasadnieniu czwartkowej uchwały, że utrzymywanie dominującej dotychczas linii orzeczniczej, domagającej się bezwzględnej korelacji między zakresem zaskarżenia a wnioskiem o uchylenie zaskarżonego orzeczenia, nie zasługuje na kontynuację. Nie ma ona literalnej podstawy w treści przepisów KPC. i nie przemawiają za nią wystarczająco względy celowościowe. Taki formalizm może powodować wątpliwości co do jego konstytucyjności.
– Ta uchwała uprości formułowanie skarg kasacyjnych i tym samym ich stosowanie oraz dostęp do SN – uważa pełnomocnik powódki mec. Mariusz Korpalski. Podobne stanowisko zajęła przed SN pełnomocnik banku mec. Zuzanna Biernacka.
Sygnatura akt: III CZP 29/25
Marcin Szymański
adwokat
Sąd Najwyższy zasadnie zrezygnował w czwartkowej uchwale z nadmiernego formalizmu przy ocenie spełnienia wymogu oznaczenia w skardze kasacyjnej zakresu wniosku o zmianę lub uchylenie zaskarżonego wyroku w przypadku, gdy formalizm taki nie jest podyktowany potrzebą ochrony słusznych interesów przeciwnika procesowego lub zapewnienia sprawnego przebiegu postępowania. To rozsądne stanowisko ułatwia składanie skarg kasacyjnych, a także ograniczy sytuacje, w których strona procesu wyjdzie z sądu z przekonaniem, że nie została wysłuchana.
Ponad 11 mln zł kary za nieprawidłowe upoważnienia do przetwarzania danych
Stan faktyczny
Postępowanie zostało wszczęte z urzędu po przeprowadzeniu przez Prezesa UODO czynności kontrolnych w spółce świadczącej usługi doręczania przesyłek kurierskich. Kontrola obejmowała sposób przetwarzania danych osobowych nadawców i adresatów przesyłek w związku z realizacją usług kurierskich, w szczególności w zakresie organizacji procesu transportu przesyłek oraz stosowanych środków organizacyjnych i technicznych służących ochronie danych.
W toku kontroli ustalono, że administrator przetwarzał dane osobowe klientów w systemach informatycznych oraz w formie papierowej na etykietach adresowych przesyłek. Zakres przetwarzanych danych obejmował m.in.: imię i nazwisko, adres poczty elektronicznej, numer telefonu, adres nadania i doręczenia przesyłki, numer rachunku bankowego w przypadku przesyłek za pobraniem, nazwę działalności gospodarczej, numer przesyłki oraz podpis nadawcy i adresata.
Jednocześnie ustalono, że spółka korzystała z usług zewnętrznych przewoźników wykonujących transport przesyłek pomiędzy oddziałami oraz od dużych klientów biznesowych do oddziałów operatora. W umowach zawartych z tymi podmiotami nie przewidziano jednak postanowień dotyczących powierzenia przetwarzania danych osobowych. Spółka argumentowała, że przewoźnicy wykonują wyłącznie czynności transportowe i nie mają dostępu do danych osobowych znajdujących się na przesyłkach.
Kontrola wykazała ponadto nieprawidłowości w systemie nadawania upoważnień do przetwarzania danych osobowych pracownikom. Spółka wdrożyła elektroniczną platformę szkoleniową, w ramach której nowo zatrudniony pracownik po odbyciu szkolenia z zakresu ochrony danych i zaliczeniu testu otrzymywał automatycznie wygenerowany plik z treścią mającą stanowić upoważnienie do przetwarzania danych. Dokument ten nie zawierał jednak danych identyfikujących osobę upoważnioną ani podpisu osoby udzielającej upoważnienia. Dodatkowo w spółce nie wyznaczono osoby uprawnionej do nadawania upoważnień do przetwarzania danych, mimo że taki obowiązek przewidywała obowiązująca polityka ochrony danych.
W toku postępowania spółka wskazała, że rozpoczęła działania naprawcze polegające na aneksowaniu umów z przewoźnikami w celu zawarcia umów powierzenia przetwarzania danych oraz na zmianie procedury nadawania upoważnień pracownikom.
Stan prawny i ocena organu
Prezes UODO uznał, że opisany sposób organizacji współpracy z przewoźnikami prowadził do naruszenia art. 28 ust. 3 rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27.4.2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) (Dz.Urz. UE L z 2016 Nr 119, s. 1; dalej: RODO). Przepis ten stanowi, że przetwarzanie danych przez podmiot przetwarzający powinno odbywać się na podstawie umowy lub innego instrumentu prawnego regulującego relację między administratorem a procesorem, określającego w szczególności przedmiot i cel przetwarzania oraz obowiązki i prawa administratora.
Organ wskazał, że z treści umów zawartych z przewoźnikami wynikało, iż wykonywali oni transport przesyłek przy użyciu własnych środków transportu oraz uczestniczyli w czynnościach załadunku i rozładunku. W ocenie Prezesa UODO oznaczało to, że mieli faktyczny dostęp do przesyłek, w tym do etykiet adresowych zawierających dane osobowe nadawców i adresatów, a w czasie transportu sprawowali nad nimi faktyczne władztwo.
W konsekwencji Organ uznał, że przewoźnicy – realizując transport w ramach procesu doręczania organizowanego przez spółkę – przetwarzali dane osobowe w jej imieniu, co najmniej w zakresie ich przechowywania oraz dostępu do danych znajdujących się na etykietach adresowych. Nie określali oni przy tym samodzielnie celów ani sposobów przetwarzania, lecz działali w ramach procesu organizowanego przez administratora, co uzasadniało zakwalifikowanie ich jako podmiotów przetwarzających w rozumieniu art. 4 pkt. 8 RODO.
Brak zawarcia umów powierzenia został uznany nie tylko za naruszenie art. 28 ust. 3 RODO, lecz także za naruszenie zasady zgodności z prawem (art. 5 ust. 1 lit. a RODO) oraz zasady rozliczalności (art. 5 ust. 2 RODO).
Drugie z naruszeń dotyczyło organizacji procesu nadawania upoważnień do przetwarzania danych osobowych. Prezes UODO uznał, że automatyczne generowanie plików z treścią upoważnienia w systemie szkoleniowym nie stanowiło prawidłowego polecenia administratora w rozumieniu art. 29 RODO. Dokumenty te nie pozwalały bowiem ustalić, kto udzielił upoważnienia oraz komu zostało ono udzielone.
Organ podkreślił, że administrator powinien wdrożyć środki pozwalające wykazać, że osoby mające dostęp do danych przetwarzają je wyłącznie na jego polecenie. W ocenie Prezesa UODO system stosowany w spółce nie zapewniał wymaganej rozliczalności, a ponadto spółka nie wdrożyła w pełni własnej polityki ochrony danych, ponieważ nie wyznaczyła osoby upoważnionej do nadawania upoważnień. Działania te zostały zakwalifikowane jako naruszenie art. 29 oraz art. 32 ust. 1 i 4 RODO, a także zasady poufności wynikającej z art. 5 ust. 1 lit. f RODO.
Prezes UODO uznał, że naruszenia te stanowiły dwa odrębne zachowania administratora, co pozwoliło na nałożenie dwóch oddzielnych administracyjnych kar pieniężnych.
Sankcja administracyjna
Za naruszenie polegające na braku zawarcia umów powierzenia przetwarzania danych osobowych z przewoźnikami Prezes UODO nałożył na spółkę karę w wysokości 6 251 471 zł. Drugie naruszenie, dotyczące niewdrożenia odpowiednich środków organizacyjnych zapewniających przetwarzanie danych wyłącznie na polecenie administratora, skutkowało nałożeniem kary w wysokości 5 209 559 zł.
Łączna wysokość sankcji przekroczyła 11 mln zł.
Decyzja Prezesa UODO zwraca uwagę na dwa praktyczne aspekty stosowania RODO w organizacjach przetwarzających dane na dużą skalę.
Po pierwsze, znaczenie ma prawidłowa kwalifikacja relacji z podmiotami współpracującymi przy realizacji usług. Organ wskazał, że w przypadku transportu przesyłek przewoźnicy mogą zostać uznani za podmioty przetwarzające, jeżeli w ramach wykonywania usług mają dostęp do danych osobowych znajdujących się na przesyłkach lub sprawują nad nimi faktyczną kontrolę w czasie transportu. W takiej sytuacji konieczne jest zawarcie umowy powierzenia przetwarzania danych, spełniającej wymagania art. 28 RODO.
Po drugie, decyzja podkreśla znaczenie właściwego dokumentowania poleceń administratora wobec osób przetwarzających dane w organizacji. Samo odbycie szkolenia z zakresu ochrony danych czy potwierdzenie zapoznania się z zasadami przetwarzania danych nie jest równoznaczne z udzieleniem upoważnienia do przetwarzania danych osobowych. Administrator powinien być w stanie wykazać, kto udzielił upoważnienia, komu zostało ono udzielone oraz jaki jest jego zakres.
Warto wskazać, że choć przepisy RODO nie określają szczegółowych wymogów formalnych dotyczących formy udzielenia upoważnienia, a ich celem jest przede wszystkim zapewnienie, aby osoby mające dostęp do danych przetwarzały je wyłącznie na polecenie administratora, stanowisko Prezesa UODO wskazujące na konieczność spełnienia określonych wymogów formalnych może budzić wątpliwości interpretacyjne. W tym kontekście pojęcie „osoby działającej z upoważnienia administratora”, o którym mowa w art. 29 RODO, bywa rozumiane szerzej, jako funkcjonalne podporządkowanie pracownika procesowi przetwarzania danych organizowanemu przez administratora, a nie wyłącznie jako dysponowanie formalnym oświadczeniem woli o udzieleniu upoważnienia.
Sprawa ta wskazuje, że w przypadku dużych podmiotów przetwarzających dane na szeroką skalę szczególne znaczenie ma zarówno prawidłowe uregulowanie relacji z podmiotami zewnętrznymi, jak i zapewnienie rozliczalnego systemu zarządzania dostępem do danych wewnątrz organizacji.
Niepowodzenie leczenia implantologicznego nie zawsze oznacza błąd lekarza
Przebieg leczenia
Pacjent zgłosił się lekarza dentysty w 2010 r. w celu leczenia implantologicznego (uzupełnienie braków w uzębieniu). Na stale zamieszkiwał za granicą, jednak zdecydował się na leczenie w Polsce.
Zaplanowano przebieg leczenia i określono następujące etapy:
- pierwszy etap – diagnostyka – pantomogram zębów oraz zabieg wszczepienia implantów przez jednego lekarza (następnie pozwanego w sprawie),
- drugi etap – kontynuacja leczenia w zakresie implantoprotetyki u innego lekarza praktykującego w tym samym gabinecie (którego powód nieprawidłowo uznał za pracownika pozwanej, chociaż była to lekarka prowadząca indywidualny gabinet w tej samej lokalizacji, co pozwana).
Pacjent wykonał badanie diagnostyczne. Zabieg wszczepienia implantów miał miejsce na początku 2011 r. Pacjent został zakwalifikowany do zabiegu, stan przyzębia określono w dokumentacji medycznej jako dobry. Pacjent wyraził niezbędne zgody na leczenie. Oświadczył, że jest mu znany przebieg i plan dalszego leczenia, oraz że poinformowano go o mogących wystąpić po zabiegu objawach.
Tego samego dnia dokonano uzupełnienia kości materiałem kościotwórczym oraz nastąpiło wszczepienie implantu. W kolejnych dniach odbyły się wizyty kontrolne, potem zdjęcie szwów. Po około pół roku, w lipcu 2011 r., dokonano zabiegu odsłonięcia implantów i wprowadzenia dwóch łączników (śrub) zabliźniających na okres 2 tygodni. Na tym zakończył się pierwszy etap leczenia, który przebiegł bez powikłań.
Następnie pacjent kontynuował leczenie u drugiego z lekarzy, zgodnie z planem. Pacjent odbył kilka wizyt, ponieważ konieczne było dopasowanie protetyczne. Ten etap również zakończył się pomyślnie w sierpniu 2011 r.
Pacjent otrzymał zalecenia, np. regularne wizyty co pół roku w celu bieżącej kontroli funkcjonowania odbudowy uzębienia i przestrzegania zasad prawidłowej higienizacji.
Pacjent nie zgłaszał się na wizyty kontrolne do gabinetu, w którym przeprowadzono leczenie. Korzystał jednak z usług stomatologicznych w innych placówkach, np. w zakresie leczenia kanałowego, założenia koron zębowych, ekstrakcje zęba, usuwanie kamienia nazębnego.
W czerwcu 2015 roku – 5 lat po zakończonym leczeniu, zgłosił się do lekarki prowadzącej leczenie implantoprotetyczne (drugi etap leczenia). Zgłosił dolegliwości bólowe i ruchomość osadzonej na implantach konstrukcji protetycznej. W badaniach obrazowych stwierdzono stan zapalny w obrębie tkanki kostnej. Pacjent został odesłany do lekarki wykonującej leczenie implantologiczne (pierwszy etap leczenia).
Zdiagnozowano rozległy proces zapalny kości. W związku z tym usunięto mu osadzony na implantach most, a wydobyte implanty odesłano do producenta. Zastosowano protezę tymczasową.
Ostatecznie zastosowano protezę szkieletową na zatrzaskach oraz most porcelanowy na podbudowie metalowej. Wykonał to w innym gabinecie. Pacjent nie był zadowolony z tego rozwiązania – była to proteza ruchoma, sprawiała dyskomfort.
Etap przedsądowy
Pacjent skierował wezwanie do zapłaty do lekarki, która w styczniu 2010 r. wszczepiła implant (pierwszy etap leczenia). Domagał się zadośćuczynienia pieniężnego, kompensacji szkody majątkowej. Twierdził, że doszło do zaniedbań personelu lekarskiego. Lekarka odmówiła zapłaty, uznając roszczenie za bezzasadne.
Odpowiedź na pozew
Pacjent domagał się w pozwie:
- 50 000 zł zadośćuczynienia za doznaną krzywdę wraz z odsetkami,
- 33 830 zł odszkodowania za koszty leczenia wraz z odsetkami,
- zwrotu kosztów procesu.
W pozwie odtworzył przebieg leczenia. Podawał, że rozwój wydarzeń zmusił go do przedłużenia swojej wizyty w Polsce, co wiązało się z koniecznością zmiany planów oraz przedłużeniem zwolnienia z pracy, celem poddania się ponownej procedurze uzupełniania braków w uzębieniu.
Wskazując na podstawę prawną dochodzonych roszczeń, profesjonalny pełnomocnik powoda powołał przepisy art. 444 § 1 KC w zw. z art. 445 § 1 KC, art. 474 KC w zw. z art. 471 KC oraz art. 430 KC. Alternatywnie strona powodowa podniosła, że możliwe jest pociągnięcie pozwanej do odpowiedzialności w reżimie kontraktowym na podstawie art. 474 KC w zw. z art. 471 KC.
Pozwana domagała się oddalenia powództwa w całości. Potwierdziła, że sprawowała opiekę medyczną nad pacjentem w latach 2010-2011. Leczenie zakończyło się powodzeniem. Podkreślała, że pacjent nie zgłaszał się na wizyty kontrolne, które są równie ważne, co sam proces leczenia. Nie było według niej jasne, dlaczego w 2015 r. zaistniała konieczność usunięcia uzupełnienia protetycznego. Zakwestionowała także żądanie powoda co do wysokości. Uważała, że opisywane poczucie krzywdy jest wyolbrzymione.
Postępowanie dowodowe
W toku postępowania dowodowego, poza przesłuchaniem świadków i dowodami z dokumentów (rachunki, dokumentacja medyczna), Sąd dopuścił dowód z dwóch opinii biegłych.
Pierwsza opinia biegłego sądowego z zakresu chirurgii szczękowej została zdyskwalifikowana dowodowo przez sąd z następujących względów:
- biegła oparła się na fragmencie zeznań powoda, które były kwestionowane przez pozwaną (powód zeznał, że pozwana powiedziała mu, że jest u niego „troszeczkę za mało kości” – to według pozwanej nie była prawda),
- odwołanie się do nieaktualnej wiedzy medycznej, np. że w zakresie odbudowy lub zwiększenia tkanki kostnej w szczęce dokonuje się przeszczepiania zdrowej kości pobranej z biodra pacjenta – pozwana kwestionowała opinię, wykazując, że obecnie w implantologii odchodzi się od przeszczepów autogennych na rzecz preparatów obcych genetycznie,
- błędne założenia, nieprzystające do rozwijającej się dziedziny, jaką jest implantologia.
Ostatecznie nie udało się uzyskać opinii uzupełniającej i odpowiedzi na dodatkowe pytania z uwagi na zaawansowany wiek i stan zdrowia biegłej.
Druga opinia została sporządzona przez biegłych sądowych z zakresu stomatologii ogólnej i protetyki stomatologicznej oraz z zakresu chirurgii stomatologicznej. Biegli stwierdzili, że:
- badanie RTG wykonane przed leczeniem było prawidłowe i wystarczające, a zanik pionowy kości pacjenta nie był przeszkodą do zabiegu,
- prawidłowo przeprowadzono augmentację kości – zaprzeczyli twierdzeniu z pierwszej opinii, że konieczne było przeprowadzenie obszernej odbudowy tkanki kostnej,
- zaniechanie poddawania się kontrolom przez pacjenta było jednym z głównych powodów rozchwiania i utraty implantów – proces zaniku kości u powoda z 2015 r. nie nastąpił nagle, postępował od kilkunastu miesięcy; proces można byłoby spowolnić lub powstrzymać, dokonując ponownej nadbudowy; w momencie pojawienia się w 2015 r. w gabinecie pozwanej było już na to za późno,
- powód mógł nieprawidłowo dbać o higienę jamy ustnej, na co wskazuje także obniżenie kości w wielu segmentach, nie tylko w okolicy obszaru leczenia,
- pozwana wybrała prawidłowe metody i środki.
Sąd nie widział potrzeby dopuszczenia dowodu z innych opinii. Powodem takiej decyzji procesowej nie może być niezadowolenie jednej ze stron z treści opinii już sporządzonych lub niekorzystność opinii. Potrzeba powołania innego biegłego powinna wynikać z okoliczności sprawy, jeśli opinie wydane dotychczas do sprawy zawierają istotne braki, względnie też nie wyjaśniają istotnych okoliczności.
Oddalenie powództwa
Sad uznał, że powództwo jest bezzasadne i podlegające oddaleniu.
Rozpoznanie sprawy trwało ponad 9 lat, licząc od wniesienia pozwu, a od kwestionowanego leczenia minęło ponad 14 lat.
Sąd uznał, że:
- strony łączyła umowa o świadczenie usług (art. 750 KC), na podstawie której pozwana zobowiązała się do przeprowadzenia zabiegów, a istotą tego zobowiązania jest obowiązek starannego działania,
- umowa nie nakładała na pozwaną zobowiązania do osiągnięcia określonego rezultatu, lecz zobowiązania do postępowania zgodnie z zasadami aktualnej (ówczesnej – w dacie zabiegów) wiedzy medycznej,
- powód może wybrać, czy roszczenie odszkodowawcze wywodzi z nienależytego wykonania umowy (art. 471 KC), czy też zarzuca czyn niedozwolony, który może rodzić poza prawem do odszkodowania także roszczenia o zadośćuczynienie za doznaną krzywdę,
- powód domagał się zadośćuczynienia na podstawie art. 445 § 1 KC, dlatego z myślą o zapewnieniu stronie powodowej możliwie najpełniejszej ochrony prawnej, rozstrzygał w sprawie o odpowiedzialności pozwanej w reżimie ex delicto, statuowanym w przepisie art. 415 KC,
- przesłanką ewentualnej odpowiedzialności pozwanej jest bezprawne i zawinione zachowanie prowadzące do wyrządzenia powodowi szkody – Sąd nie dopatrzył się po stronie pozwanej żadnych nieprawidłowości, zarówno jeśli chodzi o kwalifikację pacjenta do leczenia implantologicznego, jak i sposób przeprowadzenia zabiegu i opiekę pozabiegową,
- leczenie implantologiczne zostało przeprowadzone prawidłowo, w odpowiednich proporcjach, nie było błędu w sztuce medycznej.
Wobec powyższego Sąd uznał, że nie ma podstaw do obciążenia pozwanej odpowiedzialnością za spowodowanie uszczerbku na prawnie chronionych dobrach pacjenta.
Sąd obciążył powoda kosztami procesu, zasądzając zwrot na rzecz pozwanej oraz nakazując ściągnięcie nieuiszczonych kosztów na rzecz Skarbu Państwa.
Temida coraz wolniejsza
– Jeśli obywatel mówi, że czeka na pierwszą rozprawę półtora roku, albo wyszedł właśnie po pierwszej instancji po czterech latach, to sprawiedliwość staje się fikcją. Musimy zrobić wszystko, żeby to przyspieszyć – mówił Waldemar Żurek obejmując latem ubiegłego roku stanowisko Ministra Sprawiedliwości. Sprawne sądy były też jednym z priorytetów wskazywanych przez jego poprzednika Adama Bodnara, który opracował nawet dziesięciopunktowy plan reform mający przyspieszyć pracę sądów.
Zamiast szybciej jest wolniej
Czy się udało? Z najnowszych danych resortu sprawiedliwości wynika, że w sądach zamiast szybciej jest wolniej. Średni czas trwania postępowania sądowego w I instancji w sądach okręgowych wynosił w ubiegłym roku 12,1 miesiąca i był o miesiąc dłuższy niż w 2024 r. Na orzeczenia w tych sądach trzeba czekać dłużej w niemal wszystkich kategoriach spraw. Rok do roku wydłużyły się w sądach okręgowych postępowania w sprawach cywilnych z 10,2 miesiąca do 11,9 miesiąca, w sprawach karnych z 9,1 miesiąca do 9,8 miesiąca, w sprawach gospodarczych z 12,6 miesiąca do 13,1 miesiąca. Jedynie na orzeczenie w sądzie pracy czekało się o niespełna miesiąc krócej.
Nie lepiej jest w sądach rejonowych, gdzie średni czas trwania procesu wydłużył się z 5,7 miesiąca w 2024 r. do 6,1 miesiąca. W sprawach cywilnych rozstrzyganie zajmowało 6,8 miesiąca, w sprawach karnych i wykroczeniowych 3,8 miesiąca, w sprawach prawa pracy 11,4 miesiąca, w sprawach rodzinnych i gospodarczych po 5,7 miesiąca, a w sprawach upadłościowych 7,7 miesiąca. W tej ostatniej kategorii orzekanie przebiega sprawniej, o niemal dwa miesiące.
Dane te uwzględniają postępowania nieprocesowe i procesowe. Jeżeli spojrzymy jednak wyłącznie na te ostatnie, czyli takie, które prowadzone są na rozprawie z udziałem stron, to ich prowadzenie wydłuża się nawet o kilka miesięcy. Przykładem są chociażby sprawy cywilne procesowe, w których na orzeczenia trzeba czekać blisko 15 miesięcy w sądzie okręgowym i ponad 16 miesięcy w sądzie rejonowym. Rekordowe 50 miesięcy trwa orzekanie w sprawach upadłościowych po ogłoszeniu upadłości, 36 miesięcy zaś zabiera rozstrzyganie spraw cywilnych dotyczących szkód geologicznych i górniczych.
Co ważne, spowolnienie pracy sądów trwa od lat i w konsekwencji oczekiwanie na wyrok sądu okręgowego jest już o ponad pięć miesięcy dłuższe niż w 2011 r. Oznacza to, że procesy w tych sądach trwają o 73 proc. dłużej niż 15 lat temu. Wolniej pracują też sądy rejonowe, gdzie czas trwania postępowań wydłużył się w ostatnich 15 latach z 3,9 miesiąca do 6,1 miesiąca.
Złe wieści dla biznesu
– Jestem przerażony tymi statystykami – komentuje mec. Marcin Wolny z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. – Im później sąd wydaje wyrok, to, co do zasady, mniejsze ma on dla nas znaczenie. Coraz dłuższe oczekiwanie na orzeczenie oznacza coraz większą stratę finansową dla przedsiębiorców dochodzących zapłaty, którzy nie mogą wyegzekwować płatności w terminie. To jest też późniejsze ustabilizowanie życia dla oskarżonych, którzy są uniewinniani i późniejsze rozpoczęcie nowego życia dla tych, którzy zostali skazani. Wreszcie, jakie znaczenie ma wyrok zapadający po latach w sądzie pracy w sytuacji, kiedy zainteresowany został zmuszony do utrzymywania się z innego źródła i już od dawna ma inną pracę? – mówi mec. Wolny.
Jego zdaniem coraz dłuższe oczekiwanie na wyrok to złe wieści także dla polskiej gospodarki i biznesu. – Państwo nie jest w stanie zagwarantować przedsiębiorcom łatwego dochodzenia roszczeń i traci na tym gospodarczo. Staje się bowiem mniej atrakcyjne do inwestowania, a klimat do prowadzenia biznesu osłabia się. A przecież są to czynniki napędzające każdą gospodarkę – wskazuje ekspert.
Na wysokie koszty społeczne i ekonomiczne coraz dłuższych procesów sądowych uwagę zwraca też adwokat Maciej Zaborowski.
– Dłuższe procesy sądowe oznaczają brak stabilności w gospodarce. Przedsiębiorcy nie mogą bowiem oczekiwać, że nieuczciwi kontrahenci zapłacą należne im pieniądze, a państwo zapewni im szybkie rozstrzygnięcie sporu – mówi adwokat.
– Jest jednak znaczne grono osób, które cieszy się z tej nieudolności państwa. Są to przestępcy – dodaje.

Nierozwiązany problem neosędziów
Dlaczego od lat procesy sądowe trwają coraz dłużej? Zdaniem mec. Zaborowskiego zasadniczym powodem są braki kadrowe w sądach. – Niestety nie ma komu orzekać, ponieważ sądy nie są zasilane nowymi sędziami z uwagi na ciągnący się spór wokół praworządności. Ten konflikt determinuje problem związany z wyłączaniem poszczególnych sędziów albo całych składów sędziowskich z uwagi na rzekomo wadliwe powołanie. Nawet jeśli uzyskamy prawomocny wyrok, to jest niemała szansa na podważenie go w Sądzie Najwyższym – wskazuje adwokat i podaje przykład jednej ze spraw karnych, w której reprezentuje osobę pokrzywdzoną.
– Proces idzie bardzo sprawnie i podejrzewam, że zakończy się po trzech terminach. Za stołem sędziowskim zasiada jednak sędzia powołany przy udziale tzw. neoKRS i jestem przekonany, że wyrok, który niebawem zapadnie, zostanie uchylony, a postępowanie będzie toczyło się od nowa. Dopóki nie uporamy się z problemem statusu sędziów, to problemy kadrowe w sądach będą rosły, a niestabilność orzeczeń będzie się pogłębiać – twierdzi mec. Zaborowski.
Podobnego zdania jest sędzia Bartłomiej Przymusiński, prezes Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”. – Rosnący czas oczekiwania na wyroki pokazuje jak ważne jest uporządkowanie sytuacji z Krajową Radą Sądownictwa, która jest sercem polskiego wymiaru sprawiedliwości. Jeśli zostanie ona uzdrowiona, to będzie mogła zasilić sądy nowymi sędziami. Mam nadzieję, że prezydent będzie nominował sędziów rekomendowanych przez Radę spełniającą standardy konstytucyjne i międzynarodowe – komentuje sędzia Przymusiński.
Kryzys ustrojowy w sądownictwie jest główną przyczyną wydłużania się procesów także w ocenie mec. Wolnego. – Obie strony tego ustrojowego sporu grają przede wszystkim na siebie. Dobro wspólne i los wymiaru sprawiedliwości mało kogo już obchodzi. Niestety nie mówię tylko o politykach, ale także o sędziach, którzy w coraz większym stopniu uczestniczą w tej wyniszczającej walce. Jednym z destrukcyjnych dla sądów skutków tego konfliktu jest zawieszanie konkursów sędziowskich i w rezultacie brak napływu nowych sędziów do polskich sądów. Miało to uchronić prawo do niezależnego i bezstronnego sądu. Pytanie tylko, czy lekarstwo nie stało się gorsze od choroby. Co obywatelom po sądzie, co do którego niezależności nie ma nawet najmniejszych wątpliwości, jeśli nie mogą doczekać się wyroku? – pyta mec. Wolny.
Zapomniana cyfryzacja
Wskazuje przy tym także na brak cyfryzacji wymiaru sprawiedliwości. – Nadal nie potrafimy odejść od papieru. Zmiany następują niestety bardzo powoli, co niewątpliwie wydłuża tempo rozpatrywania spraw – zaznacza ekspert HFPC.
O problemie ślimaczącej się elektronizacji sądów mówi także sędzia Przymusiński. Jego zdaniem cyfryzacja w sądownictwie w ostatnich latach postępowała zdecydowanie za wolno, a w postępowaniach rozpoznawczych w ogóle nie była prowadzona. – Wpływ na rosnący czas trwania procesów ma też brak pomysłu na rozwiązanie problemu spraw masowych, które trwale zapychają sądy cywilne. Mam na myśli sprawy frankowe, ale także tzw. sprawy sankcji kredytu darmowego czy roszczenia z OC. Nie widzę niestety kompleksowego podejścia ustawodawcy do tych spraw – komentuje sędzia Przymusiński.
Podkreśla, że sędziowie co do zasady robią wszystko, aby wydać sprawiedliwe orzeczenie w jak najkrótszym czasie, pomimo niesprzyjających warunków, które zapewnili im politycy. – Sędziowie pracują bardzo ciężko, mają setki spraw w swoich referatach. Wielu z nas zarywa noce, aby postępowania toczyły się sprawnie. Dopóki jednak nie nastąpią znaczące zmiany ustrojowe, a cyfryzacja nie ruszy pełną parą, to nie widzę dużych szans na przyspieszenie w sądach – konkluduje Przymusiński.
Z wydłużającym się czasem trwania procesów wiąże się też wzrost rekompensat za opieszałość sądów. W ubiegłym roku zasadzono łącznie 7,5 mln zł odszkodowań z tytułu przewlekłości postępowania. To o ponad pół miliona więcej niż rok wcześniej i o blisko pięć milionów więcej niż w 2011 r. Co istotne, ponad dwukrotnie wzrosła też liczba uwzględnionych skarg na przewlekłość postępowania.
Odległość od cmentarza nie blokuje pozwolenia na budowę, jeśli dopuszcza ją plan miejscowy
Stan faktyczny
Wojewódzki Sąd Administracyjny w Opolu rozpoznał skargę na decyzję Wojewody Warmińsko-Mazurskiego w przedmiocie udzielenia pozwolenia na budowę budynku mieszkalnego jednorodzinnego i wydał wyrok, którym uchylił zaskarżoną decyzję oraz utrzymaną nią w mocy decyzję organu I instancji.
W sprawie tej Wojewoda utrzymał w mocy decyzję odmawiającą udzielenia pozwolenia na budowę. W uzasadnieniu decyzji organ odwoławczy wskazał, że organ I instancji prawidłowo wydał decyzję odmowną z powodu sprzeczności inwestycji z treścią § 3 ust. 1 rozporządzenia Ministra Gospodarki Komunalnej z 25.8.1959 r. w sprawie określenia, jakie tereny pod względem sanitarnym są odpowiednie na cmentarze (Dz.U. z 1959 r. Nr 52, poz. 315; dalej: TerSanitCmentR). Wyjaśniono, że zgodnie z powołanym przepisem odległość cmentarza od zabudowań mieszkalnych powinna wynosić co najmniej 150 m; odległość ta może być zmniejszona do 50 m pod warunkiem, że teren posiada sieć wodociągową i budynki są do tej sieci podłączone. Stwierdzono, że zgodnie z projektem budynek miałby zostać przyłączony do sieci wodociągowej. Dlatego minimalna zabudowa od cmentarza wynosi 50 m. Natomiast odległość projektowanego budynku mieszkalnego od granicy cmentarza wynosi około 18 m, zaś od najbliższego nagrobka około 20-25 m. Organ odwoławczy podniósł, że celem wskazanego przepisu jest zapewnienie bezpieczeństwa sanitarnego osób mieszkających w pobliżu cmentarza.
Zwrócono uwagę, że w starym planie miejscowym z 2001 r. teren przedmiotowej działki był wyłączony spod inwestycji. Nowy plan miejscowy z 2023 r. dopuszcza zabudowę jednorodzinną na tej działce, jednak jest to niezgodne z przepisami cytowanego rozporządzenia.
Organ odwoławczy nie uwzględnił argumentów inwestora, że cmentarz jest zamknięty od 1961 r., ostatni pochówek zaś miał miejsce do 1945 r., a w 1988 r. cmentarz wpisany został do rejestru zabytków. Stwierdzono, że okoliczności te nie mają żadnej doniosłości prawnej. Wskazano, że w przypadku cmentarzy nieczynnych od wielu lat zagrożenie dla zdrowia zostało zminimalizowane jednak wymaga to badań i analiz, i nie można stwierdzić z całą pewnością ze takie zagrożenie nie ma miejsca. Przepisy regulujące odległość zabudowy od cmentarzy nie uzależniają ich stosowania od tego czy cmentarz jest użytkowany, czy też nie.
Inwestorzy wnieśli skargę.
Stanowisko WSA
Sąd stwierdził, że skarga zasługuje na uwzględnienie. Zasadnie bowiem skarżący podnosili, że przedstawiony przez nich projekt budowlany sporządzony został zgodnie z obowiązującym miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego, czego organy orzekające nie negowały. Powinny więc orzec zgodnie z treścią ustaleń planu miejscowego, gdyż były związane ustaleniami miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego. Organy administracji architektoniczno-budowlanej nie mają też racji twierdząc, że plan miejscowy pozostaje sprzeczny z przywołanym § 3 ust. 1 TerSanitCmentR.
Zgodnie z art. 35 ust. 1 pkt 1 lit. a) ustawy z 7.7.1994 r. – Prawo budowlane (t.j. Dz. U. z 2025 poz. 418; dalej: PrBud) przed wydaniem decyzji o pozwoleniu na budowę lub odrębnej decyzji o zatwierdzeniu projektu zagospodarowania działki lub terenu oraz projektu architektoniczno-budowlanego organ administracji architektoniczno-budowlanej sprawdza: zgodność projektu zagospodarowania działki lub terenu oraz projektu architektoniczno-budowlanego z ustaleniami miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego i innymi aktami prawa miejscowego albo decyzji o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu w przypadku braku miejscowego planu. W myśl art. 35 ust. 1 pkt 2 PrBud organ ten sprawdza też zgodność projektu zagospodarowania działki lub terenu z przepisami, w tym techniczno-budowlanymi.
W związku z powyższym organy administracji architektoniczno-budowlanej nie mogą kwestionować ustaleń obowiązującego planu miejscowego przy rozpatrywaniu wniosku o udzielenie pozwolenia na budowę. Proces inwestycyjny dzieli się na wyodrębnione etapy, kończące się zaskarżalnym aktem, który jest wiążący na kolejnych etapach inwestycyjnych. Do każdego z etapów inwestycyjnych mają zastosowanie odrębne przepisy, które są weryfikowane na danym etapie. Jeżeli określony przepis znajdował zastosowanie na wcześniejszym etapie procedury zmierzającej do realizacji budowy i został zakończony wydaniem prawomocnego aktu, to uznaje się, że kwestia objęta tym uregulowaniem została już rozważona i przesądzona. Taka sytuacja ma miejsce w rozpatrywanym przypadku.
Przytoczony przepis § 3 ust. 1 TerSanitCmentR ma na celu zapewnienie bezpieczeństwa sanitarnego osób mieszkających w pobliżu cmentarza. Ocena zgodności inwestycji z tym unormowaniem rozstrzygana jest na etapie ustalania warunków zabudowy w drodze decyzji lub przy uchwalaniu miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego, po zajęciu stanowiska właściwego organu Państwowej Inspekcji Sanitarnej, który ocenia dopuszczalność zabudowy pod względem wymagań higienicznych i zdrowotnych. Potwierdzają to przepisy art. 17 pkt 6 lit. a tiret 9, art. 60 ust. 1 w zw. z art. 53 ust. 4 pkt 2a ustawy z 27.3.2003 r. o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym (t.j. Dz. U. z 2024 r., poz. 1130; dalej: PlanZagospU) oraz art. 3 pkt 1 i 1a ustawy z 14.3.1985 r. o Państwowej Inspekcji Sanitarnej (t.j. Dz.U. z 2024 r., poz. 416; dalej: PISU). Zgodnie z tymi ostatnimi przepisami do zakresu działania Państwowej Inspekcji Sanitarnej w dziedzinie zapobiegawczego nadzoru sanitarnego należy opiniowanie miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego oraz uzgadnianie warunków zabudowy i zagospodarowania przestrzennego pod względem wymagań higienicznych i zdrowotnych.
Gdyby wystarczyło proste zestawienie odległości planowanej zabudowy mieszkalnej z treścią ww. przepisu, zbędne byłoby uzgadnianie projektu decyzji na etapie ustalania warunków zabudowy czy uchwalania planu miejscowego przez organ inspekcji sanitarnej, a więc poddanie ocenie wyspecjalizowanego organu całokształtu okoliczności faktycznych sprawy dotyczącej możliwości zlokalizowania zabudowy mieszkaniowej jednorodzinnej w strefie wokół zlokalizowanego cmentarza.
Sąd wskazał, że wielokrotnie już uchylał postanowienia organów inspekcji sanitarnej odmawiające uzgodnienia decyzji o warunkach zabudowy z powodu sąsiedztwa zabytkowych cmentarzy, zamkniętych od kilkudziesięciu lat. W tych sprawach i wydanych wyrokach wyjaśniono, że celem wydania rozporządzenia było zachowanie bezpieczeństwa sanitarnego dla zabudowy mieszkaniowej przez m.in. określenie szerokości pasów izolujących teren cmentarny od innych terenów, a w szczególności terenów mieszkaniowych. Dlatego istniejącego ograniczenia w zagospodarowaniu terenów wokół cmentarza nie należy łączyć jedynie z faktem istnienia cmentarza na danym terenie, ale przede wszystkim z występowaniem realnych zagrożeń wynikających z pochówkiem zmarłych na tym terenie. Skoro ustawodawca w art. 6 ust. 1 ustawy z 31.1.1959 r. o cmentarzach i chowaniu zmarłych (t.j. Dz.U. 2025 r., poz. 1590; dalej: CmentU) zezwolił na użycie terenu cmentarnego po zamknięciu cmentarza na inny cel po upływie 40 lat od dnia ostatniego pochowania zwłok na cmentarzu, to tym samym uznał, że z upływem tego terminu ustaje możliwość wywierania przez teren cmentarny szkodliwego wpływu na otoczenie (por. wyrok WSA w Poznaniu z 29.3.2018 r., IV SA/Po 1190/17, Legalis).
W wyroku z 4.12.2023 r., II OSK 1491/22, NSA potwierdził, że upływ okresu ponad 40 lat od ostatniego pochówku zwalnia z obowiązku zachowania strefy sanitarnej wynikającej z § 3 ust. 1 TerSanitCmentR. Przepis ten bowiem dotyczy cmentarza czynnego, na którym odbywają się pochówki.
Komentarz
Organy rozpatrujące wniosek o pozwolenie na budowę są związane ustaleniami miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego. Skoro plan dopuszcza zabudowę jednorodzinną na działce, organy nie mogą tego kwestionować na etapie wydawania pozwolenia na budowę. Ocena dopuszczalności zabudowy (np. pod względem sanitarnym) następuje wcześniej – przy uchwalaniu planu miejscowego lub przy wydawaniu decyzji o warunkach zabudowy.
W tych wcześniejszych etapach stanowisko zajmuje Państwowa Inspekcja Sanitarna, która ocenia zagrożenia zdrowotne związane z lokalizacją zabudowy. Zatem zbyt mała odległość zabudowy od cmentarza nie może być przeszkodą dla wydania pozwolenia na budowę, jeżeli zezwala na to plan miejscowy.
Wyrok WSA w Opolu z 26.2.2026 r., II SA/Op 21/26
Ustawie umknęły całe skutki przywrócenia
Naczelny Sąd Administracyjny (NSA) wydał bardzo ważny wyrok dla firm, które fiskus niesłusznie wykreślił z rejestru VAT.
Kłopoty spółki cywilnej zaczęły się, gdy fiskus wytoczył wobec niej jedno z najcięższych swoich dział, czyli tzw. STIR. Na podstawie analizy i informacji doszedł bowiem do przekonania, że zarejestrowana na VAT od 2016 r. spółka może wykorzystywać działalność banków do celów związanych z wyłudzeniami skarbowymi. Konsekwencją tego były najpierw tzw. krótka, a potem długa blokada kont firmy. Na tym się nie skończyło, bo informacja o blokadzie trafiła do właściwego urzędu skarbowego. Ten zaś skorzystał z art. 96 ust. 9 pkt 5 VATU i 10 lipca 2020 r. z automatu, bez konieczności zawiadamiania wykreślił spółkę z rejestru podatników VAT oraz VAT-UE.
Fronty walki
Firma stanęła do walki. Nie tylko oprotestowała blokady STIR. Ponadto już w sierpniu i wrześniu 2020 r. wystąpiła o przywrócenie jej zarejestrowania jako czynnego podatnika VAT. Fiskus w obu instancjach tego odmówił. Spółka zaskarżyła odmowę i rację prawomocnie przyznał jej Wojewódzki Sąd Administracyjny (WSA) w Łodzi. Gdy urzędnicy ponownie zajmowali się pierwotnymi wnioskami spółki o przywrócenie do rejestru, spółka też nie zasypywała gruszek w popiele. W marcu 2022 r. złożyła zgłoszenie rejestracyjne VAT-R.
Schody zaczęły się, gdy kilka tygodni później fiskus sam przywrócił ją do rejestru. Problem w tym, że zrobił to z mocą wsteczną, czyli z dniem po wykreśleniu, tj. od 11 sierpnia 2020 r. Tymczasem firma wniosła o przywrócenie jej w rejestrze VAT oraz VAT-UE, ale od 22 kwietnia 2022 r., czyli z dniem, kiedy realnie mogła zafunkcjonować już jako podatnik. Fiskus umył ręce, tłumacząc, że ponowny wniosek o rejestrację VAT podatnika z inną datą nie znajduje już uzasadnienia prawnego ani faktycznego. I postępowanie zainicjowane jej zgłoszeniem z 2022 r. umorzył.
To nie przekonało spółki. Nadal obawiała się o los swoich rozliczeń podatkowych z okresu między wykreśleniem a ostatecznie wstecznym przywróceniem do rejestru. Wykonywała bowiem czynności jako wykreślona z rejestru podatników VAT, ze skutkiem podatkowym dla siebie i kontrahentów w zakresie podatku naliczonego i należnego.
To nie przekonało łódzkiego WSA. Zauważył, że przepisy o VAT nie pozwalają dowolnie określać daty, z którą następuje przywrócenie do rejestru podatników VAT.
Nieco inaczej do problemu podszedł NSA. Co prawda nie zgodził się, że wnioski o przywrócenie i o ponowną rejestrację powinny być procedowane łącznie. W konsekwencji w spornym przypadku umorzenie było zasadne. Niemniej NSA nie pozostał głuchy na argumenty spółki co do jej sytuacji z okresu, gdy była poza rejestrem w kontekście ewentualnej kontroli fiskusa. Dostrzegł, że taki problem praktyczny związany z prowadzeniem działalności gospodarczej oraz prawidłowym rozliczeniem VAT jest. Sąd zauważył, że czynność materialno-techniczna wykreślenia z rejestru nie podlega zaskarżeniu. Niemniej spółka cały czas dążyła do odzyskania status podatnika VAT i zrobiła to niejako dwutorowo, również przez wniosek o ponowną rejestrację. Ten zaś nie mógł mieć wpływu na dokonaną już w odrębnym postępowaniu czynność przywrócenia i zarejestrowania jej z inną datą, czego oczekiwała spółka.
Prawne przeoczenie
Jednak NSA uznał, że te okoliczności powinny być wzięte pod uwagę przy ewentualnej kontroli czy postępowań dotyczących rozliczeń za okres pomiędzy wykreśleniem a przywróceniem. To znaczy za czas, kiedy spółka pozostawała w usprawiedliwionym przekonaniu, że nie posiada statusu podatnika VAT. Wyciąganie w takim przypadku negatywnych konsekwencji wobec spółki mogłoby, zdaniem sądu, stanowić naruszenie zasad postępowania z ordynacji podatkowej, zwłaszcza prowadzenia go w sposób budzący zaufanie do organów podatkowych.
NSA podkreślił, że tylko w taki sposób można było wybrnąć z sytuacji, bo przywrócenie prawidłowo nastąpiło z kolejnym dniem po wykreśleniu, gdyż tak stanowią przepisy. Ustawodawca nie przewidział jednak wszystkich tego skutków. Dlatego, jak tłumaczył sędzia NSA Roman Wiatrowski, należało uznać, że skoro w spornej sprawie do wykreślenia przyczynił się organ podatkowy, to jego ewentualne negatywne skutki nie mogą obciążać podatnika. Wyrok jest prawomocny.
Sygnatura akt: I FSK 996/23
Krzysztof J. Musiał
doradca podatkowy, partner w kancelarii Musiał i Partnerzy
Komentowany wyrok NSA ma doniosłe znaczenie nie tylko dla praktyki stosowania prawa, ale także ewentualnych wyzwań stawianych samemu ustawodawcy. Pozostawiając jednak poza marginesem dość banalne acz konieczne działania ustawodawcze, skupmy się na praktycznym wydźwięku tego ważnego dla przedsiębiorców orzeczenia. A najistotniejsze jest to, że NSA związał niejako na przyszłość ocenę. De facto wskazał bowiem, że przedsiębiorca był nieprzerwanie czynnym podatnikiem VAT i nie może ponosić negatywnych skutków błędów fiskusa. Ma to ogromne znaczenie, bo choć sprawa może wydawać się prosta, faktycznie wywołuje bardzo poważne konsekwencje nie tylko dla rozliczeń podatkowych samego podatnika, których ustawodawca nie dostrzegł. Chodzi też o problem płatności za wystawione wcześniej faktury na rachunek podatnika, który między dniem wykreślenia a przywrócenia do rejestru VAT nie znajdował się na „białej liście”. A to powoduje, że także jego kontrahenci mogą się spotkać z zarzutem braku prawa do odliczenia. NSA jak w soczewce uwypuklił sporą rysę w polskim systemie VAT i reżimach procesowych związanych z prowadzeniem postępowań związanych z wykreśleniem z tychże rejestrów. I oczywiście należy się cieszyć z „plastra”, którym są poglądy NSA zawarte w komentowanym wyroku. Nie zmienia to jednak faktu, że ustawodawca powinien ten problem dostrzec i pilnie wprowadzić proste regulacje, które go rozwiążą i ucywilizują postępowania w zakresie wykreślenia i przywrócenia podatników do rejestrów VAT.
Sądy będą mogły więcej w sprawach ZUS
Rząd chce zwiększyć możliwości elastycznego reagowania przez sądy pierwszej instancji w sprawach z zakresu ubezpieczeń społecznych na różnorakie uchybienia organu rentowego oraz wady decyzji administracyjnych, a finalnie usprawnić przebieg postępowania rozpoznawczego.
W jaki sposób? W tym celu zaproponował nowelizację kodeksu postępowania cywilnego dotyczącą tzw. orzeczeń kasatoryjnych w sprawach związanych z decyzjami ZUS.
– Orzeczenia kasatoryjne to takie, w których sąd najczęściej uchyla decyzję i nakazuje ponownie przeprowadzić postępowanie. W takich sprawach nie jest zmieniane samo rozstrzygnięcie organu, jak ma to miejsce w przypadku orzeczeń reformatoryjnych – wyjaśnia dr Tomasz Lasocki z Politechniki Warszawskiej.
Zmiana zaproponowana przez rząd dotyczy art. 47714 par. 21 KPC. Przepis ten ma otrzymać zupełnie nowe brzmienie. Zgodnie z projektowaną regulacją sąd będzie mógł uchylić decyzję organu rentowego – inną niż ta przyznająca świadczenie – i przekazać mu sprawę do ponownego rozpoznania, jeżeli stwierdzi, że została ona wydana z istotnym naruszeniem procedur albo że konieczne jest uzupełnienie postępowania dowodowego. Możliwość wydania przez sąd pierwszej instancji orzeczenia kasatoryjnego ma mieć charakter fakultatywny, co powinno pozwolić na zachowanie swobody w zakresie zasadności wykorzystania tej instytucji prawnej. Efekt?
– W praktyce oznacza to rozszerzenie możliwości skierowania sprawy do ponownego rozpoznania w odniesieniu do praktycznie wszystkich decyzji ZUS (oprócz tych dotyczących świadczeń), w których dostrzeżono istotne nieprawidłowości. Dotychczasowa regulacja była w tym zakresie bardziej ograniczona i obejmowała jedynie rażące naruszenia, które są pojęciem węższym – mówi dr Tomasz Lasocki.
W efekcie, jak wskazuje ekspert, sąd – zamiast samodzielnie uzupełniać postępowanie dowodowe, co niekiedy jest niemożliwe wobec braku dostępu do specjalistycznych systemów obsługujących ubezpieczonych albo płatników – będzie mógł uchylić decyzję ZUS i przekazać mu sprawę do ponownego rozpoznania.
– W szczególności może to mieć znaczenie w sprawach dotyczących ustalenia obowiązku podlegania ubezpieczeniom społecznym, wymiaru składek czy rozliczeń składkowych płatników, w taki sposób, że uprości całe postępowanie – zauważa ekspert.
– Przykładowo może to dotyczyć sytuacji, w których organ wydaje decyzję dotyczącą zasiłku macierzyńskiego w czasie, gdy wcześniejsza decyzja w tej sprawie nie jest jeszcze prawomocna – dodaje.
Jak jednak wskazuje dr Tomasz Lasocki, wiele będzie zależało od oceny konkretnego sędziego.
– W praktyce znaczenie nowych regulacji ujawni się dopiero w konkretnych sprawach. Wiele zależeć będzie od tego, czy sędziowie sądów powszechnych będą chcieli w praktyce korzystać z nowych instrumentów przewidzianych w przepisach oraz od tego, czy będzie im zależało na zrewidowaniu dotychczasowych przyzwyczajeń do „wybaczania” niektórych uchybień procesowych organu. Ustawodawca stworzy bowiem jedynie ramy prawne – natomiast to od sądów będzie zależało, w jakim zakresie będą one wykorzystywane w praktyce – zauważa.
Etap legislacyjny: projekt skierowany do konsultacji
Wybory kopertowe a RODO. Sąd uchylił 27 mln zł kary dla Poczty Polskiej
Stan faktyczny sprawy
Sprawa dotyczyła przetwarzania danych osobowych obywateli w związku z przygotowaniami do przeprowadzenia wyborów Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej w 2020 r. w trybie korespondencyjnym. W okresie pandemii COVID-19 planowano zmianę formuły przeprowadzenia wyborów, aby ograniczyć ryzyko związane z gromadzeniem się wyborców w lokalach wyborczych. W tym czasie trwały prace legislacyjne nad zmianą przepisów dotyczących sposobu przeprowadzania wyborów, jednak odpowiednia regulacja ustawowa nie obowiązywała jeszcze w momencie wydania decyzji Prezesa Rady Ministrów.
Prezes Rady Ministrów wydał 16.4.2020 r. decyzję zobowiązującą Pocztę Polską S.A. do podjęcia działań zmierzających do przygotowania przeprowadzenia wyborów w trybie korespondencyjnym. W decyzji wskazano m.in. konieczność przygotowania struktury organizacyjnej, zapewnienia infrastruktury oraz pozyskania niezbędnych zasobów.
Realizacja tego polecenia wymagała pozyskania danych wyborców. W konsekwencji 20.4.2020 r. Poczta Polska zwróciła się do Ministerstwa Cyfryzacji o przekazanie danych z rejestru PESEL. Dane te zostały przekazane 22.4.2020 r. na nośniku DVD.
Zakres przekazanych informacji obejmował w szczególności:
- numer PESEL,
- imię i nazwisko,
- adres zameldowania na pobyt stały lub czasowy,
- informacje o zarejestrowanym czasowym wyjeździe za granicę.
Dane dotyczyły około 30 mln pełnoletnich obywateli. Ich przetwarzanie przez Pocztę Polską trwało około miesiąca – od 22.4.2020 r. do 22.5.2020 r. Po rezygnacji z przeprowadzenia wyborów w planowanej formule dane zostały zniszczone w połowie maja 2020 r.
Jeszcze w 2020 r. decyzja Prezesa Rady Ministrów z 16.4.2020 r. została zaskarżona do sądu administracyjnego przez Rzecznika Praw Obywatelskich. Wyrokiem z 15.9.2020 r., VII SA/Wa 992/20, Legalis, Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie stwierdził jej nieważność, uznając, że została wydana bez podstawy prawnej i z rażącym naruszeniem prawa. Stanowisko to zostało następnie podtrzymane przez Naczelny Sąd Administracyjny wyrokiem z 28.6.2024 r., III OSK 4524/21, Legalis.
Postępowanie przed Prezesem UODO
Po zapadnięciu rozstrzygnięć sądów administracyjnych dotyczących decyzji Prezesa Rady Ministrów Prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych wszczął z urzędu postępowanie w sprawie przetwarzania danych osobowych w związku z przygotowaniami do wyborów korespondencyjnych.
Postępowanie zakończyło się decyzją z 17.3.2025 r. Organ nadzorczy uznał, że działania Poczty Polskiej polegające na pozyskaniu i przetwarzaniu danych z rejestru PESEL naruszały przepisy rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27.4.2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) (Dz.Urz. UE L 2016 Nr 119, s. 1; dalej: RODO).
W uzasadnieniu decyzji wskazano, że przetwarzanie danych osobowych obywateli odbywało się bez odpowiedniej podstawy prawnej. Organ podkreślił również skalę przetwarzania danych – obejmowało ono dane ok. 30 mln osób, a więc znaczną część populacji Polski. Zdaniem Prezesa UODO działania te mogły powodować negatywne skutki dla osób, których dane dotyczyły, w szczególności poczucie utraty kontroli nad danymi osobowymi.
Organ zwrócił także uwagę, że Poczta Polska, jako spółka Skarbu Państwa realizująca zadania publiczne, powinna wykazać szczególną staranność przy ocenie podstawy prawnej przetwarzania danych osobowych. W ocenie organu spółka powinna była przeprowadzić analizę, czy decyzja Prezesa Rady Ministrów rzeczywiście stanowi podstawę do pozyskania danych z rejestru PESEL.
W konsekwencji Prezes UODO nałożył na Pocztę Polską administracyjną karę pieniężną w wysokości 27 124 816 zł. W odrębnym postępowaniu organ uznał również działania Ministerstwa Cyfryzacji za niezgodne z prawem i nałożył na ten podmiot karę pieniężną w wysokości 100 tys. zł.
Rozstrzygnięcie Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego
Poczta Polska zaskarżyła decyzję Prezesa UODO do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie.
Niespełna rok później, wyrokiem z 5.3.2026 r., II SA/Wa 837/25, sąd uchylił punkt 2 decyzji Prezesa UODO dotyczący nałożenia administracyjnej kary pieniężnej na spółkę. Jednocześnie zasądził od organu nadzorczego na rzecz Poczty Polskiej kwotę 105 417 zł tytułem zwrotu kosztów postępowania.
W ustnych motywach wyroku sąd wskazał, że przy ocenie legalności przetwarzania danych osobowych przez Pocztę Polską Prezes UODO powinien był zbadać stan prawny istniejący w okresie, w którym dane były przetwarzane, tj. od 22.4.2020 r. do 22.5.2020 r.
Sąd podkreślił, że w tym czasie w obrocie prawnym pozostawała decyzja Prezesa Rady Ministrów z 16.4.2020 r. zawierająca polecenie skierowane do Poczty Polskiej. Decyzja ta, jako akt administracyjny, korzystała z domniemania prawidłowości i obowiązywała do czasu jej wyeliminowania z obrotu prawnego, co oznacza, że była wiążąca dla jej adresata do momentu stwierdzenia jej nieważności przez sąd administracyjny.
Zdaniem sądu rolą Prezesa UODO było zatem ustalenie, czy przetwarzanie danych osobowych przez spółkę służyło realizacji polecenia wynikającego z tej decyzji. W ocenie WSA takiej analizy w uzasadnieniu decyzji organu zabrakło.
Sąd wskazał również, że przy ocenie skutków stwierdzenia nieważności decyzji administracyjnej należy uwzględnić zasady zaufania do państwa oraz bezpieczeństwa prawnego jednostki. Organ nadzorczy nie powinien ograniczać się wyłącznie do wskazania, że decyzja została później uznana za nieważną przez sądy administracyjne, lecz powinien dokonać własnej oceny skutków tego rozstrzygnięcia dla działań podjętych przez adresata decyzji.
WSA zwrócił także uwagę na konieczność analizy skutków wykonania decyzji w kontekście ewentualnych nieodwracalnych skutków prawnych, jakie mogły powstać w wyniku jej realizacji.
Wyrok jest nieprawomocny. Stronom przysługuje możliwość wniesienia skargi kasacyjnej do Naczelnego Sądu Administracyjnego w terminie 30 dni od doręczenia odpisu wyroku wraz z uzasadnieniem.
Sprawa dotycząca przetwarzania danych z rejestru PESEL w związku z przygotowaniami do wyborów korespondencyjnych pozostaje jednym z najbardziej złożonych sporów na styku prawa administracyjnego i przepisów o ochronie danych osobowych w ostatnich latach.
Z ustnych motywów wyroku wynika, że kluczową kwestią dla sądu była metoda oceny legalności przetwarzania danych. WSA wskazał, że organ nadzorczy powinien analizować działania administratora z perspektywy stanu prawnego istniejącego w chwili podejmowania tych działań. W praktyce oznacza to konieczność uwzględnienia obowiązywania aktu administracyjnego, który stanowił podstawę działania adresata decyzji.
Rozstrzygnięcie nie przesądza ostatecznie o odpowiedzialności Poczty Polskiej, ponieważ wyrok jest nieprawomocny i może zostać poddany kontroli kasacyjnej przez Naczelny Sąd Administracyjny. Już na obecnym etapie wskazuje jednak na znaczenie prawidłowej rekonstrukcji kontekstu prawnego, w jakim podejmowane były działania związane z przetwarzaniem danych osobowych.
Dla praktyki stosowania przepisów o ochronie danych osobowych kluczowe może być zwłaszcza to, że sąd zwrócił uwagę na konieczność samodzielnej oceny skutków stwierdzenia nieważności aktu administracyjnego oraz na obowiązek odniesienia tej oceny do realiów funkcjonowania adresata decyzji w momencie jej wykonywania. Ostateczne znaczenie tej sprawy dla praktyki organów publicznych i administratorów danych będzie jednak zależało od rozstrzygnięcia Naczelnego Sądu Administracyjnego.
Błędy sądów kosztują państwo coraz więcej
Problem nadmiernego i długotrwałego stosowania tymczasowego aresztowania ma w Polsce charakter systemowy. To ocena formułowana m.in. przez rzecznika praw obywatelskich, którą podziela duża część prawników. Twierdzą oni, że ten środek zapobiegawczy jest w naszym kraju nadużywany i apelują o zmiany w prawie. Być może niebawem ich apele zostaną wysłuchane. Na biurko prezydenta trafiła bowiem obszerna nowelizacja kodeksu postępowania karnego, która reformuje m.in. przepisy dotyczące tymczasowego aresztowania. Choć wielu prawników czuje niedosyt, twierdząc że zmiany te nie są odpowiednio głębokie, to według resortu sprawiedliwości nowela skłoni sądy do bardziej roztropnego sięgania po tymczasowy areszt.
Coraz wyższe rekompensaty
Wydaje się to niezbędne tym bardziej, że masowe stosowanie tymczasowego aresztowania prowadzi do licznych sytuacji, w których osoba podejrzana zostaje niesłusznie pozbawiona wolności. To zaś daje podstawę do ubiegania się o odszkodowanie i zadośćuczynienie.
Z danych przekazanych przez Ministerstwo Sprawiedliwości wynika, że w 2025 r. sądy zasądziły 10 mln 163 tys. zł z tytułu zadośćuczynienia i odszkodowania za niesłuszne tymczasowe aresztowanie lub zatrzymanie. To kwota najwyższa w obecnej dekadzie. Oznacza też wzrost rekompensat o 1,5 mln w stosunku do 2024 r., o 2,3 mln w stosunku do 2023 r. i aż o 5,4 mln wobec sum z 2022 r.
Co istotne wzrosły też średnie kwoty wypłacane przez państwo ofiarom niesłusznego zatrzymania lub tymczasowego aresztowania. W ubiegłym roku łącznie 1 mln 994 tys. zł odszkodowań przyznano 35 osobom, co oznacza, że każda z nich otrzymała średnio niemal 57 tys. zł. To blisko dwa razy więcej niż rok wcześniej. Wyższe są też sumy zasądzanych zadośćuczynień. 103 osobom przyznano bowiem łącznie 8 mln 169 tys. zł. Średnie zadośćuczynienie wyniosło zatem ponad 79 tys. zł, co – jak wynika z danych MS – jest kwotą rekordową i o 24 proc. wyższą niż w 2024 r.
Błędy sprzed lat
– Wzrost przyznawanych rekompensat jest słuszny, przy czym nie jest zaskoczeniem – komentuje Bartosz Pilitowski, prezes Fundacji Court Watch Polska. – Dotyczą one spraw sprzed kilku lat. Pamiętajmy, że po ponownym objęciu przez Zbigniewa Ziobrę stanowiska prokuratora generalnego w 2016 r., liczba tymczasowych aresztowań i zatrzymań dynamicznie rosła i od tamtej pory utrzymuje się na stosunkowo wysokim poziomie. Część z tych decyzji okazuje się błędnych i w konsekwencji przyznawane są rekompensaty – stwierdza Pilitowski.
Jak dodaje, wysokość odszkodowań i zadośćuczynień wiąże się też ze wzrostem wynagrodzeń oraz inflacją, bowiem sądy miarkują zasądzane kwoty m.in. utraconymi przez poszkodowanego dochodami.
Według Pilitowskiego rekompensaty za niesłuszne areszty i zatrzymania powinny być wysokie.
– Chodzi przede wszystkim o zwykłą przyzwoitość państwa wobec obywatela. Tymczasowe aresztowanie jest bardziej dotkliwe niż kara pozbawienia wolności orzekana za udowodnione popełnienie przestępstwa. Osoby, wobec których ten środek zapobiegawczy jest stosowany są bardziej izolowane i mają gorsze warunki niż skazani, osadzeni na karę pozbawienia wolności – mówi ekspert.
– Wysokie rekompensaty mogą też działać dyscyplinująco na organy władzy, żeby nie ryzykowały stosowania tych środków nadmiarowo, w sytuacjach kiedy są wątpliwości, czy wystarczy inny środek zapobiegawczy – dodaje.
Prawo do takich rekompensat przysługuje w sytuacjach uniewinnienia lub umorzenia sprawy. Nie za każde niesłuszne aresztowanie albo zatrzymanie Skarb Państwa ponosi odpowiedzialność. Zgodnie z art. 552 § 4 KPK. odszkodowanie i zadośćuczynienie należą się za niewątpliwie niesłuszne zastosowanie tych środków. A o tym, czy działania te były niewątpliwie niesłuszne i jaka rekompensata się za to należy, przesądza sąd karny.
Płacą podatnicy
Zdaniem Pilitowskiego sprawy te powinien jednak rozstrzygać sąd cywilny.
– To jest typowa materia cywilna. Sędziowie cywilni są lepiej przygotowani do rozpoznawania tego typu wniosków. Poza tym byliby bardziej bezstronni. Sędziowie karni orzekają bowiem o ewentualnych rekompensatach za błędy sądów karnych – wskazuje szef Court Watch.
W ostatnich 10 latach zadośćuczynienia w takich sprawach kosztowały podatników blisko 77 mln zł, a kolejne niemal 34 mln zł odszkodowania. Rekordową rekompensatę 6 mln zł za niesłuszne osiem miesięcy spędzone w areszcie otrzymał w 2001 r. pomorski biznesmen. Cztery lata temu 300 tys. zł odszkodowania i 2 mln zł zadośćuczynienia zasądzono na rzecz byłego prezydenta Olsztyna, który przebywał w areszcie sześć miesięcy. Niemałe rekompensaty przyznawane są też za niesłuszne zatrzymania. To chociażby historia mężczyzny, który został zatrzymany na oczach rodziny i sąsiadów dzień po narodzinach swego dziecka. Za bezpodstawne zatrzymanie dostał 50 tys. zł zadośćuczynienia.
Za błędy sędziów i prokuratorów płacą podatnicy, rekompensaty pokrywane są bowiem przez Skarb Państwa. Art. 552 KPK. teoretycznie daje możliwość wystąpienia z roszczeniem regresowym wobec prokuratora czy sędziego i odzyskanie pieniędzy.
– W przepisach rzeczywiście istnieje prawo do regresu w wysokości trzech pensji funkcjonariusza publicznego. Jednak nie znam żadnego przypadku, w którym prokurator albo sędzia zostałby pozwany w ramach roszczenia regresowego, co sprawia, że ten przepis jest martwy i nie dyscyplinuje sędziów czy prokuratorów – stwierdza Pilitowski.
Przemysław Rosati, prezes Naczelnej Rady Adwokackiej
Wzrost łącznej kwoty świadczeń do ponad 10 mln zł oraz wyraźny wzrost średnich odszkodowań i zadośćuczynień należy odczytywać jako sygnał systemowy. Dane wskazują na narastający problem nadużywania izolacyjnych środków zapobiegawczych. Liczby nie kłamią. To sygnał, że sądy coraz częściej stwierdzają bezzasadność zatrzymań i tymczasowych aresztowań. Z perspektywy państwa prawa każda taka sprawa to realna ingerencja w konstytucyjne prawo do wolności oraz odpowiedzialność odszkodowawcza Skarbu Państwa. Zasądzane kwoty mają znaczenie kompensacyjne, ale trudno uznać je za pełną rekompensatę. Utrata wolności, reputacji, pracy czy relacji rodzinnych ma wymiar, którego nie da się przeliczyć na pieniądze. Rekordowe średnie zadośćuczynienia czy odszkodowania pokazują raczej zmianę wrażliwości sądów niż rzeczywisty ekwiwalent poniesionej krzywdy.
Kiedy opieka nad bliskim daje prawo do świadczenia?
Stan prawny
NSA w pierwszej kolejności wskazał, że w myśl art. 17 ust. 1 ustawy z 28.11.2003 r. o świadczeniach rodzinnych (t.j. Dz.U. z 2025 r. poz. 1208; dalej: ŚwRodzU), świadczenie pielęgnacyjne z tytułu rezygnacji z zatrudnienia lub innej pracy zarobkowej przysługuje: 1) matce albo ojcu, 2) opiekunowi faktycznemu dziecka, 3) osobie będącej rodziną zastępczą spokrewnioną, 4) innym osobom, na których ciąży obowiązek alimentacyjny, z wyjątkiem osób o znacznym stopniu niepełnosprawności, jeżeli nie podejmują lub rezygnują z zatrudnienia lub innej pracy zarobkowej w celu sprawowania opieki nad osobą legitymującą się orzeczeniem o znacznym stopniu niepełnosprawności albo orzeczeniem o niepełnosprawności łącznie ze wskazaniami: konieczności stałej lub długotrwałej opieki lub pomocy innej osoby w związku ze znacznie ograniczoną możliwością samodzielnej egzystencji oraz konieczności stałego współudziału na co dzień opiekuna dziecka w procesie jego leczenia, rehabilitacji i edukacji.
Istota sporu sprowadza się do kwestii istnienia związku przyczynowo-skutkowego pomiędzy rezygnacją przez Skarżącą z zatrudnienia (jego niepodejmowaniem), a koniecznością sprawowania opieki nad niepełnosprawnym w znacznym stopniu mężem.
Stan faktyczny
Jak wynika z akt sprawy, mąż Skarżącej (urodziny w 1951 r.) legitymuje się orzeczeniem z 21.1.2019 r. (zaliczenie do stopnia niepełnosprawności znacznego na stałe; niepełnosprawność powstała w wieku 43 lat; ustalony stopień niepełnosprawności od 17.12.2018 r.; wymaga stałej lub długotrwałej opieki i pomocy osoby drugiej w związku ze znacznie ograniczoną możliwością samodzielnej egzystencji; ze wskazaniami dotyczącymi odpowiedniego zatrudnienia – zakład pracy chronionej). Niepełnosprawność orzeczono w związku ze ślepotą oka lewego oraz niedowidzeniem oka prawego. W okresie od 15.1.2011 r. do 30.9.2022 r. mąż Skarżącej wykonywał działalność gospodarczą. Z materiału dowodowego wynika, że cierpi on także m.in. na: cukrzycę, zwyrodnienie kręgosłupa oraz stawów biodrowych, ograniczenie przepływu krwi w tętnicach szyjnych z powodu blaszek miażdżycowych. Stwierdzono u niego łagodne problemy w zakresie funkcji poznawczych oraz koncentracji.
Z oświadczeń Skarżącej i jej męża z 5.9.2023 r. wynika, że Skarżąca zaprowadza męża do lekarza, wykupuje i leki, wyprowadza na spacery, załatwia sprawy urzędowe, robi zakupy, gotuje, podaje posiłki, pierze, sprząta. Mąż Skarżącej posiada białą laskę, jednakże nie umie się nią posługiwać. Z wywiadu środowiskowego przeprowadzonego 5.9.2023 r. wynika, że mąż Skarżącej wymaga opieki w zakresie czynności gospodarczych, medycznych, załatwiania spraw urzędowych, codziennego funkcjonowania, w tym przygotowywania i podawania posiłków oraz leków, a taką pomoc świadczy żona. Mąż Skarżącej sam wykonuje czynności higieniczne, ubiera się, nie wymaga karmienia, ale wymaga podania leków, może pozostać sam w domu (7 godzin), nie wymaga stałej rehabilitacji, nie jest osobą leżącą na stałe, nie jest pampersowany, zachowuje kontakt słowno-logiczny.
Stanowisko NSA
NSA wskazał, że przewidziany w art. 17 ust. 1 ŚwRodzU brak aktywności zawodowej wnioskodawcy (tj. rezygnacja lub niepodejmowanie zatrudnienia, bądź innej pracy zarobkowej przez opiekuna) – stanowiący warunek skutecznego ubiegania się o prawo do świadczenia pielęgnacyjnego – musi być spowodowany w sposób bezpośredni i ścisły koniecznością sprawowania opieki nad niepełnosprawnym członkiem rodziny, zaś wymiar tej opieki ma obiektywnie wymuszać rezygnację z dotychczasowego zatrudnienia lub wykluczać możliwość jego podjęcia przez opiekuna.
W orzecznictwie NSA przyjmuje się, że w art. 17 ust. 1 ŚwRodzU ustawodawca nie zawęził charakteru sprawowanej opieki, w szczególności nie wprowadził wymogu, aby opieka ta musiała być wykonywana nieustannie przez 24 godziny na dobę, nie wskazał na obowiązek zamieszkiwania opiekuna wraz z podopiecznym. Dla uzyskania świadczenia pielęgnacyjnego nie jest też konieczne, by opieka była sprawowana całkowicie w sposób samodzielny, bez możliwości skorzystania w tym zakresie z pomocy innych osób, czy instytucji. Kluczowy jest bowiem wymiar opieki sprawowanej przez osobę wnioskującą o przyznanie jej prawa do świadczenia pielęgnacyjnego. Przyjmuje się, że cel i istota tego świadczenia wskazują na konieczność sprawowania opieki stałej, ustawicznej, długotrwałej nad osobą niepełnosprawną, a więc opieki sprawowanej codziennie, a gdy wymaga tego stan zdrowia podopiecznego – także pozostawania opiekuna w stałej gotowości do niesienia pomocy.
Zasadne jest uwzględnienie w zakresie sprawowanej opieki również okoliczności pozostawania opiekuna do dyspozycji podopiecznego. W wyroku z 29.5.2024 r., I OSK 1661/23, Legalis, NSA zauważył, że szczególnego rozważenia wymaga charakter wykonywanych czynności opiekuńczych – nawet tych związanych z przygotowaniem posiłku, utrzymaniem czystości w mieszkaniu, podaniem leków, etc. To właśnie czynności dnia codziennego, konieczne do wykonania w każdym gospodarstwie domowym w połączeniu z działaniami stricte obsługowymi wobec niepełnosprawnego członka rodziny, stają się bardziej czasochłonne i absorbujące, w związku z czym mogą wypełnić cały dzień. Sprawowanie opieki obejmuje nie tylko wykonywanie czynności związanych z bezpośrednią pielęgnacją i troską o osobę niepełnosprawną, lecz także codziennych czynności życiowych, którym osoba ta nie jest w stanie sprostać ze względu na swoją kondycję zdrowotną.
W ocenie NSA – wbrew stanowisku prezentowanemu w skardze kasacyjnej – materiał dowodowy wskazuje, że konieczność sprawowania opieki nad niepełnosprawnym mężem nie wymagała rezygnacji przez Skarżącą z aktywności zawodowej. Zakres opieki, jaką Skarżąca sprawowała nad mężem, uwarunkowany stanem jego zdrowia i poziomem samodzielności, nie wykluczał możliwości wykonywania pracy zarobkowej, choćby w niepełnym wymiarze czasu pracy. Z oświadczeń złożonych przez Skarżącą oraz jej męża wynika, że może on pozostać sam w domu bez opieki i dozoru na kilka godzin – 1 dzień. Chybiona jest zatem teza Skarżącej, jakoby podopieczny wymagał permanentnej obecności opiekuna. Z powyższych oświadczeń oraz z ustaleń dotyczących stanu zdrowia i ogólnej kondycji męża Skarżącej, a także rodzaju czynności wykonywanych przez Skarżącą wynika, że zakres sprawowanej przez nią pomocy nie obejmuje konieczności pozostawania w stałej gotowości do jej niesienia, jej pełnej dyspozycyjności przez całą dobę.
W szczególności nie wymagają tego czynności, polegające na: dawkowaniu i podawaniu leków, wykonywaniu pomiarów cukru i ciśnienia, nawadnianiu, wykonywaniu ćwiczeń pamięciowych, czy konieczność stosowania diety cukrzycowej. Wbrew stanowisku Skarżącej, zgromadzone w sprawie dowody nie uzasadniają stwierdzenia, by mężczyzna był całkowicie zależny od pomocy i wymagał stałego nadzoru osoby trzeciej. Przeciwnie, ujawnione w toku postępowania okoliczności potwierdzają, że mąż Skarżącej w pewnym zakresie jest samodzielny (samodzielnie spożywa posiłki, zaspokaja potrzeby fizjologiczne, wykonuje czynności higieniczne, ubiera się). Jeśli zaś chodzi o pomoc w poruszaniu się po domu, który – według oświadczenia Skarżącej – ma białą laskę, ale nie umie się nią posługiwać, to jak trafnie ocenił WSA w Gdańsku, okoliczność ta wynika z wyłącznie osobistego wyboru męża Skarżącej nieużywania dostępnej białej laski. Czynności wykonywane przez Skarżącą niewątpliwie są bezpośrednio związane z opieką nad mężem, lecz nie mogą świadczyć o całkowitej jego zależności od niej, nie wymagają stałej styczności z Skarżącą i jej permanentnej obecności.
Rozstrzygnięcie NSA
Z powyższych względów WSA w Gdańsku prawidłowo uznał za organami administracji, że w realiach niniejszej sprawy niemożliwe było przyjęcie, że niewykonywanie i niepodejmowanie przez Skarżącą pracy pozostaje w bezpośrednim związku przyczynowym z koniecznością sprawowania opieki nad mężem. Mając powyższe na uwadze NSA – na podstawie art. 184 PostAdmU oddalił skargę kasacyjną.
Komentarz
Prawo do świadczenia pielęgnacyjnego przyznawane jest na wniosek i wymaga spełnienia ustawowych przesłanek, wśród których wskazać należy związek przyczynowo-skutkowy pomiędzy rezygnacją przez wnioskodawcę z zatrudnienia (jego niepodejmowaniem), a koniecznością sprawowania opieki nad osobą niepełnosprawną. Decydujące znaczenie w tym zakresie ma – jak wskazał NSA – zakres tej opieki. Jest to pojęcie ocenne i wymaga uwzględnienia konkretnych okoliczności faktycznych sprawy. Takiej też oceny dokonały organy w analizowanej sprawie, a w oparciu o zgromadzony materiał dowodowy prawidłowo uznały, że zakres opieki sprawowanej przez Skarżącą nie jest wystarczający dla uzasadnienia braku jej aktywności zawodowej, a w konsekwencji nie uzasadnia przyznania jej wnioskowanego świadczenia.
Wyrok NSA z 13.2.2026 r., I OSK 191/25