Rentierzy mieszkań tracą zwolnienie z VAT

Zgodnie z art. 113 ust. 1 ustawy z 11.3.2004 r. o podatku od towarów i usług (t.j. Dz.U. z 2025 r. poz. 775; dalej: VATU), zwalnia się od podatku sprzedaż dokonywaną przez podatnika posiadającego siedzibę działalności gospodarczej na terytorium kraju, u którego wartość sprzedaży nie przekroczyła w poprzednim ani bieżącym roku podatkowym kwoty 200 tys. zł. W świetle art. 113 ust. 2 VATU, do wartości sprzedaży nie wlicza się m. in. odpłatnej dostawy towarów i odpłatnego świadczenia usług, zwolnionych od podatku na podstawie art. 43 ust. 1 VATU, z wyjątkiem m.in. transakcji związanych z nieruchomościami, jeżeli czynności te nie mają charakteru transakcji pomocniczych. Z kolei zgodnie z art. 43 ust. 1 pkt. 36 VATU, zwalnia się z VAT najem lokali na cele mieszkaniowe.

Ww. przepisy tworzą ciekawą zbitkę norm prawnych, idealną dla celów dydaktyki młodych adeptów prawa podatkowego. Mamy tu kilka fundamentalnych kwestii do ustalenia. Po pierwsze – czy najem kilku mieszkań może stanowić działalność gospodarczą opodatkowaną VAT? A jeśli tak, to czy sam w sobie może korzystać ze zwolnienia z VAT? Dalej, jeśli tak, to czy wartość takich czynności wchodzi do limitu zwolnienia 200 tys. zł (kryterium pomocniczości)? A jeśli tak – czy wpływa na status podatnika VAT świadczącego jeszcze inne usługi? Dużo pytań, a odpowiedzi przynosi tzw. samo życie. Niejeden podatnik przekonał się o tym na własnej skórze, niektórzy zdążyli jeszcze zapisać się w przepastnych archiwach interpretacji indywidualnych Dyrektora KIS. Spójrzmy więc na taką oto historię.

Czego dotyczyła sprawa?

Wnioskodawca sam siebie przedstawił we wniosku jako ojca czwórki dzieci, posiadacza kilku nieruchomości i podobnej liczby kredytów hipotecznych we frankach szwajcarskich, za które zostały owe nieruchomości zakupione. Lokale są przeznaczone na cele mieszkaniowe i są wynajmowane osobom prywatnym. Przychody z najmu prywatnego, osiągnięte w 2023 r., wyniosły po stronie wnioskodawcy ponad 280 tys. zł. Zostały one rzecz jasna opodatkowane, w sposób zryczałtowany.

Co ważne, wnioskodawca prowadzi także jednoosobową działalność gospodarczą jako programista. Z działalności tej przychody w 2023 r. wynosiły po stronie wnioskodawcy nieco ponad 150 tys. zł. W związku z tym nie posługujemy się tu określeniem „podatnik” – wnioskodawca korzysta bowiem ze zwolnienia z art. 113 ust. 1 VATU (obrót niższy niż 200 tys. zł rocznie).

Urząd Skarbowy „połączył” jednak zdaniem wnioskodawcy przychody wnioskodawcy z najmu mieszkań oraz przychody z usług IT i nakazał rejestrację do VAT i wyliczenie podatku VAT. Póki co chyba jednak w sposób nieformalny, bowiem wnioskodawca postanowił, świadomy praw i obowiązków, wystąpić do Dyrektora KIS z wnioskiem o wydanie interpretacji indywidualnej. Wnioskodawca chciałby potwierdzić, czy w związku z opisaną sytuacją powinien od 2023 r. zarejestrować się jako czynny podatnik VAT z jednoosobowej działalności gospodarczej.

Beck Akademia - praktyczne szkolenia online - sprawdź aktualny harmonogram Sprawdź

Stanowisko Organu

Dyrektor KIS wydał w sprawie interpretację indywidualną z 1.7.2025 r., 0113-KDIPT1-1.4012.442.2025.4.ŻR, Legalis. Uznał w niej, że po pierwsze, działalność w zakresie najmu stanowi działalność gospodarczą. Po drugie, że najmu nieruchomości nie można uznać za działalność świadczoną pomocniczo. Jest to bowiem – obok działalności związanej z oprogramowaniem – drugi pełnoprawny rodzaj wykonywanej przez podatnika działalności gospodarczej. Transakcje pomocnicze to takie, które nie są związane z zasadniczą działalnością podatnika, a przychody z ich tytułu nie są bezpośrednim, stałym i koniecznym uzupełnieniem tej działalności. Tak więc, aby ocenić, czy dana czynność może być uznana za pomocniczą, należy wziąć pod uwagę przede wszystkim to, czy stanowi ona uzupełnienie zasadniczej działalności gospodarczej podatnika. Jeżeli dana działalność stanowi stały i niezbędny element wbudowany w funkcjonowanie przedsiębiorstwa podatnika, to transakcje takie nie mogą być uznane za pomocnicze.

A skoro tak, zwolnienie z VAT wynikające z art. 113 VATU jest związane bezpośrednio z podmiotem prowadzącym działalność gospodarczą, która w standardowych warunkach podlegałaby opodatkowaniu. Zwolnienie to odnosi się do konkretnego limitu wynikającego ze sprzedaży danego podatnika. A skoro tak, to również sprzedaż z tej działalności powinna być wliczana do limitu, o którym mowa w art. 113 ust. 1 VATU. W efekcie, usługi najmu nieruchomości, stanowiące odpłatne świadczenie usług w ramach prowadzonej działalności gospodarczej, każdorazowo podlegają wliczeniu do wartości sprzedaży.

Komentarz

Spójrzmy na liczby. Podatnik (w pełni zasługujący na ten status) już w 2022 r. osiągnął z usług IT nieco ponad 100 tys. zł obrotu, zaś z najmu nieruchomości – ponad 230 tys. zł. Skoro tak, to podatnik utracił prawo do korzystania ze zwolnienia, o którym mowa w art. 113 ust. 1 VATU już w tym okresie, bo prawo do zwolnienia utraciło moc, począwszy od czynności, która spowodowała przekroczenie kwoty 200 tys. zł. Oznacza to, że podatnik powinien rozliczać VAT de facto już w 2022 r. (w zakresie części czynności), z całą pewnością za cały 2023 r., a zapewne także za 2024 r., jeśli struktura sprzedaży podatnika pozostała mniej więcej proporcjonalnie podobna. Oczywiście, opodatkowanie dotyczy wyłącznie czynności z zakresu programowania – jeśli chodzi o najem prywatny, nadal możliwe do zastosowania pozostaje zwolnienie z art. 43 ust. 1 pkt. 36 VATU (bo jest to zwolnienie przedmiotowe). Nie zmienia to faktu, że po stronie pozostałych czynności, podatnik musi liczyć się z koniecznością wstecznej rejestracji, zapłaty zaległości i odsetek, a być może także skutków KKS. Nie wiadomo także, czy uzyska on kwotę VAT od swoich kontrahentów, być może będzie musiał „dopłacić” go z własnej kieszeni.

Sytuacja jakich wiele w ostatnim czasie. Dużo mówi się i pisze o skutkach Dyrektywy DAC7. W tego typu przypadkach jednak organy podatkowe stosują inne zupełnie metody badawcze. Wystarczy powiązać dane wynikające ze składanych deklaracji w zakresie podatku dochodowego albo przepływy na rachunku bankowym. Bohater niniejszej opowieści nie jest w tym zakresie jedyny, w praktyce spotykamy bowiem takie przypadki coraz częściej. Nie pomaga w tym przypadku potoczne rozumienie najmu prywatnego – fakt opodatkowania najmu podatkiem zryczałtowanym wcale nie oznacza brak konotacji na gruncie VAT. Wygląda na to, że ta swoista pułapka zastawiona na podatników w ramach tzw. Polskiego Ładu działa (chodzi o przymus opodatkowania najmu mieszkaniowego ryczałtem).

Na koniec jeszcze jedna ciekawostka. Podatnik oświadczył, iż nie toczy się ani nie toczyło się postępowanie podatkowe kontrola podatkowa ani kontrola celno-skarbowa, co z zasady uzasadnia wystąpienie z wnioskiem interpretacyjnym. Ale z drugiej strony, interakcja z urzędem już nastąpiła. Zapewne dość nieformalna, względnie w ramach czynności sprawdzających. Urząd, jeśli wierzyć słowu pisanemu, postanowił wstrzymać się z podejmowaniem względem podatnika kroków do momentu uzyskania interpretacji. Wygląda na to, że urzędnicy wiedzieli co robią, a ich cierpliwość może wyłącznie popłacić (co można wymiernie wyliczyć poprzez kalkulację odsetek).

Interpretacja indywidualna Dyrektora KIS z 1.7.2025 r., 0113-KDIPT1-1.4012.442.2025.4.ŻR, Legalis

Wszystkie aktualności n.ius® po zalogowaniu. Nie posiadasz dostępu? Kup online, korzystaj od razu! Sprawdź

Nie będzie wymogu szybkiego ujawniania oferowanej płacy

To efekt nowelizacji kodeksu pracy (Dz.U. 2025 poz. 807), która została opublikowana w ubiegłym tygodniu w Dzienniku Ustaw. Wejdzie ona w życie 24 grudnia br.

To tylko teoria

Przypomnijmy, że poselska propozycja zmian pierwotnie zawierała przepisy dotyczące obowiązku publikowania informacji na temat oferowanych na danym stanowisku zarobków w postaci widełek (najniższej i najwyższej możliwej do otrzymania kwoty). Ponadto zatrudnieni mieli też zyskać prawo do informacji na temat swojego indywidualnego poziomu wynagrodzenia oraz średnich poziomów pensji (w podziale na płeć) w grupie osób wykonujących taką samą pracę lub pracę o tej samej wartości.

Parlament mocno okroił

Jednak w trakcie prac w parlamencie przepisy zostały znacząco okrojone do kwestii związanych z udostępnianiem informacji o pensjach osobom ubiegającym się o zatrudnienie. Efekt?

Kandydat do pracy będzie musiał otrzymać od pracodawcy informację o początkowej wysokości wynagrodzenia lub jego przedziale z wyprzedzeniem umożliwiającym zapoznanie się z nim. Obowiązek ten trzeba będzie spełnić:

Eksperci przyznawali, że taka konstrukcja przepisów niewiele zmieni w porównaniu ze stanem obecnym.

Katarzyna Zwierz-Wilkocka, radca prawny, senior associate w kancelarii DZP przyznała w wywiadzie z „Rzeczpospolitą”, że przyjęta regulacja w tym zakresie – wbrew pierwotnym zapowiedziom – nie nakłada obowiązku publikowania widełek wynagrodzenia w ogłoszeniu o pracę. Pracodawca będzie miał więc możliwość zadecydować, kiedy poda kandydatowi informacje dotyczące zarobków.

– W praktyce może więc to zrobić na dowolnym etapie procesu rekrutacyjnego, najpóźniej przed nawiązaniem stosunku pracy – a więc tak, jak to było dotychczas – mówiła.

Kandydaci chcą znać warunki

Pomimo braku wspomnianego obowiązku firmy powinny rozważyć podawanie takich informacji możliwie jak najwcześniej. Z badania przeprowadzonego przez agencję zatrudnienia Hays Poland wynika, że 38 proc. specjalistów i menedżerów przyznaje, że w ogłoszeniach pracodawców najbardziej brakuje im właśnie danych o wynagrodzeniu. Dla 94 proc. kandydatów czasem jest to jednoznaczne nawet z rezygnacją z aplikowania i udziału w procesie rekrutacyjnym.

– Pomimo zmian zachodzących na rynku oraz w świadomości pracodawców, firmy wciąż mają obawy, aby w swoich ofertach pracy ujawniać informację o wynagrodzeniu. Tymczasem decyzja o pominięciu tej informacji nierzadko skutkuje wydłużeniem procesu i negatywnymi doświadczeniami rekrutacyjnymi kandydatów – zauważa Justyna Chmielewska, director w Hays Poland.

Prawo pracy – Sprawdź aktualną listę szkoleń Sprawdź

Dla kobiet i dla mężczyzn

Z nowych przepisów wynika jeszcze inna ważna zmiana, o której mówi się znacznie mniej. Zgodnie z nią pracodawca powinien zapewnić, aby ogłoszenia o naborze na stanowisko oraz nazwy stanowisk były neutralne pod względem płci, a proces rekrutacyjny przebiegał w sposób niedyskryminujący. Kwestię tę reguluje art. 183ca § 3 KP.

– Gdyby obecnie istniejące regulacje kodeksu pracy były respektowane, to taki przepis w ogóle nie byłby potrzebny. Wszakże już dzisiaj zapisane jest w art. 183a KP, że pracownicy powinni być równo traktowani na etapie nawiązania i rozwiązania stosunku pracy, warunków zatrudnienia, awansowania oraz dostępu do szkolenia w celu podnoszenia kwalifikacji zawodowych, w szczególności bez względu na płeć. Czyli nie powinna ona odgrywać znaczenia m.in. na etapie rekrutacji do pracy – mówi Marcin Frąckowiak, radca prawny z kancelarii Sadkowski i Wspólnicy.

Jest rzeczywistość i będą przepisy

Jak przyznaje, to jednak teoria, gdyż w praktyce roi się od ogłoszeń, które jasno wskazują, jakiej płci kandydata oczekuje pracodawca.

– Można to sprawdzić czytając ogłoszenia o pracę zawarte w jednym z portali internetowych: „asystentka zarządu”, „sekretarka biura zarządu”, „asystentka dyrekcji” – to tylko niektóre przykłady. Nietrudno więc domyślić się, że mężczyzna byłby z góry skreślony, gdyby wysłał aplikację na któreś z tych stanowisk – dodaje

Jak wskazuje, po nowelizacji ogłoszenie o pracę nie powinno już określać płci. Prawidłową formą będzie więc np. ogłoszenie, iż pracodawca „zatrudni pracownika do obsługi sekretariatu”.

Chodzi o brak dyskryminacji

– Podobnie rzecz ma wyglądać w kwestii nazw stanowisk, które funkcjonują u pracodawcy. Także one powinny być neutralne pod względem płci. Wykazy stanowisk zawarte np. w tabelach zaszeregowania, stanowiących najczęściej załączniki do regulaminów wynagradzania, trzeba będzie więc zaktualizować – mówi mec. Frąckowiak.

Zwraca jednocześnie uwagę, że przepis wskazuje, iż proces rekrutacji ma przebiegać w sposób niedyskryminujący, co de facto stanowi przypomnienie o już funkcjonującym prawie.

– Kandydat nie powinien więc być oceniany ze względu na kryteria dyskryminujące, takie jak płeć – dodaje.

Nadal jednak pracodawca będzie mógł uwolnić się od zarzutu dyskryminacji.

– Stanie się tak, jeśli udowodni, że kierował się obiektywnymi powodami (vide art. 183b § 1 zdanie ostatnie) stosując dane kryterium, na pozór dyskryminujące (jak płeć kandydata do pracy) – mówi mec. Frąckowiak.

Ekspert przywołuje w tym miejscu postanowienie Sądu Najwyższego z 11 kwietnia 2012 r. (sygn. I PK 224/11), wydane na kanwie sprawy, w której uznano, iż nie doszło do dyskryminacji, bowiem powód, jako mężczyzna nie mógł wykonywać pracy polegającej na pomocy kobietom przy przymiarce sukien ślubnych, ich dopasowywaniu (łącznie z bielizną).

– To jest przykład uzasadnionej sytuacji, w której pracodawcy mogło zależeć na zatrudnieniu osoby określonej płci. Trzeba jednak przypominać, że takie uzasadnione sytuacje były i będą rzadkością. W zdecydowanej większości płeć nie powinna odgrywać żadnego znaczenia i o tym ma właśnie przypominać nowo wprowadzony art. 183ca § 3 kodeksu pracy – podsumowuje Marcin Frąckowiak.

Podstawa prawna: ustawa z 4 czerwca 2025 r. o zmianie ustawy – Kodeks pracy (Dz.U. z 2025 r. poz. 807)

Więcej treści z Rzeczpospolitej po zalogowaniu. Nie posiadasz dostępu? Kup online, korzystaj od razu! Sprawdź

Jak powinniśmy walczyć z nielegalnym hazardem w sieci?

W debacie „Rzeczpospolitej” pt. „Jak walczyć z nielegalnym hazardem w sieci” eksperci podkreślali, że bez gruntownej reformy prawa, edukacji społecznej i międzynarodowej współpracy walka z szarą strefą pozostanie iluzoryczna. W dyskusji udział wzięli: Henryk Kowalczyk, poseł na Sejm RP, Olgierd Cieślik, były prezes Totalizatora Sportowego, oraz Zdzisław Kostrubała, prezes stowarzyszenia Graj Legalnie.

Wyzwanie dla państwa

Na początku debaty Tomasz Pietryga, zastępca redaktora naczelnego „Rzeczpospolitej”, zarysował problem nielegalnego hazardu online jako jednego z najpoważniejszych wyzwań społecznych, gospodarczych i legislacyjnych ostatnich lat. – Nielegalny hazard jest poważnym problemem społecznym. W Polsce trwa dyskusja, jak walczyć z tym niepokojącym zjawiskiem, które ma też swoje skutki ekonomiczne – zaznaczył.

Poseł Henryk Kowalczyk przypomniał, że obecna ustawa hazardowa powstała jako odpowiedź na tzw. aferę hazardową sprzed kilkunastu lat. Według niego, choć jej zapisy uporządkowały sytuację w kasynach stacjonarnych i automatowych, to kompletnie nie przewidziały dynamiki rozwoju internetu.

– Te regulacje nie są najgorsze, z wyjątkiem hazardu w internecie. Nie mamy jeszcze odpowiednich narzędzi, aby skutecznie temu przeciwdziałać, właściwie bez przerwy gonimy króliczka – mówił poseł.

Podobną diagnozę przedstawił Olgierd Cieślik, który przypomniał, że nowelizacja ustawy w 2017 roku znacznie zredukowała szarą strefę w zakładach bukmacherskich, osiągając legalizację dochodzącą do 80 proc. tego rynku.

– Jeśli chodzi o gaming, czyli kasyna internetowe, to poziom legalności wynosi 60 proc., ale od dwóch lat ta walka się zatrzymała. Państwo nie nadąża za zwinnością i szybkością reagowania szarej strefy, która bezkarnie szuka luk prawnych, działa szybko, bez obciążeń – zauważył Olgierd Cieślik.

Najbardziej jednoznaczny głos krytyki płynął jednak od Zdzisława Kostrubały, który określił obowiązujące mechanizmy jako całkowicie nieskuteczne. – Przepisy są anachroniczne. Narzędzia, jak rejestr domen, blokady płatności czy system kar, które miały przeciwdziałać nielegalnemu hazardowi, są łatwe do obejścia, nieaktualne technologicznie i często fikcyjne w działaniu – mówił ekspert.

Na to wszystko nakłada się luka egzekucyjna i bezkarność operatorów.

Zdzisław Kostrubała zwrócił uwagę, że przez ostatnie cztery lata nie nałożono ani jednej kary na zagraniczne podmioty prowadzące nielegalny hazard w Polsce. Karane są wyłącznie legalnie działające firmy. To, jego zdaniem, legitymizuje w oczach graczy działalność nielegalnych operatorów i potęguje wrażenie ich bezkarności.

Poseł Kowalczyk dodał, że jest to wyścig technologiczny, który państwo przegrywa. Konieczne jest stałe nowelizowanie przepisów. – Nie możemy być kilka lat za nielegalnymi operatorami. Powinniśmy być najwyżej kilka miesięcy w tyle – podkreślał poseł.

zdjecie

Ważna gra o świadomość

W opinii wszystkich panelistów brak wiedzy i świadomości graczy to jeden z kluczowych czynników podtrzymujących szarą strefę. Henryk Kowalczyk postulował wręcz wprowadzenie do szkół średnich edukacji matematycznej w kontekście hazardu. – Każdy, kto gra, powinien mieć świadomość, że statystycznie – przy większej liczbie powtórzeń – przegrywa. Taka wiedza powinna być przekazywana wraz z rachunkiem prawdopodobieństwa.

Zdzisław Kostrubała zauważył, że znaczna część graczy nawet nie wie, iż korzysta z nielegalnych serwisów, ponieważ te domeny swobodnie funkcjonują w przestrzeni publicznej. – Nielegalne kasyna są uwiarygadniane przez polskie metody płatności, influencerów, znane marki. Gracze myślą, że grają legalnie, a są w szarej strefie – stwierdził.

Olgierd Cieślik wskazał, że w walce z tym zjawiskiem pomocne mogą być dobre praktyki europejskie, np. program BeGambleAware w Wielkiej Brytanii czy systemy z Norwegii i Szwecji.

– Edukacja połączona z polityką społeczną potrafi zmniejszyć udział graczy w szarej strefie – zauważył były prezes Totalizatora Sportowego.

Beck Akademia - praktyczne szkolenia online - sprawdź aktualny harmonogram Sprawdź

A co z gospodarką?

Zdzisław Kostrubała przedstawił konkretne dane: codziennie z Polski wypływa do nielegalnych operatorów 180 mln zł. W skali roku to 65 mld zł – ogromna suma, nieopodatkowana, nieinwestowana, często trafiająca do organizacji przestępczych.

Przypomniał też, że brytyjski portal śledczy ujawnił, iż jedna z popularnych firm hazardowych w Europie jest powiązana z Grupą Wagnera – strukturą militarną związaną z rosyjskim wywiadem.

Według Olgierda Cieślika w 2024 r. nielegalny obrót w hazardzie online w Polsce sięgnął 65 mld zł. Oznacza to 2,5 mld zł marży brutto dla operatorów offshore – to pieniądze, które nie pracują w Polsce.

Henryk Kowalczyk zaznaczył, że wpływy z legalnego hazardu stanowią realne źródło dochodu dla państwa, zaś te pozyskiwane przez zagranicznych operatorów funkcjonujących poza systemem podatkowym są bezpowrotnie tracone. – To są miliardy złotych, które mogłyby wspierać polskie finanse publiczne – podkreślał poseł.

Hazard w szarej strefie przynosi także poważne konsekwencje społeczne. – Nielegalni operatorzy stosują coraz bardziej subtelne techniki, by wciągać ludzi do gry i prowadzić do uzależnienia. To skutkuje tragediami rodzinnymi, rozpadem relacji, degradacją całych gospodarstw domowych – mówił Kowalczyk.

W ocenie posła uzależnienia powstałe w wyniku niekontrolowanego dostępu do hazardu online to problem systemowy, który – jeśli nie zostanie rozwiązany – pociągnie za sobą długofalowe skutki społeczne i zdrowotne.

Potrzeba działań ponadnarodowych

W debacie poruszono także potencjał współpracy międzynarodowej. Henryk Kowalczyk przyznał, że bez synchronizacji działań z krajami Unii Europejskiej walka z nielegalnym hazardem jest skazana na porażkę.

Jednak, jak zaznaczył Zdzisław Kostrubała, problem leży także w UE. – Najwięcej nielegalnych podmiotów operujących w Polsce pochodzi z Malty, kraju członkowskiego UE. Próby harmonizacji prawa hazardowego były już podejmowane, ale były blokowane przez interesy lobby.

Według Kostrubały rozwiązaniem jest zmiana modelu rynku. – Monopol sprzyja szarej strefie. Przykład zakładów wzajemnych pokazał, że po otwarciu rynku legalni operatorzy wyparli nielegalnych. W kasynach online może być podobnie.

Straty budżetowe i konsekwencje społeczne

Zdzisław Kostrubała zwrócił uwagę na wyjątkową sytuację Polski w europejskim krajobrazie regulacyjnym. Jak podkreślił, jesteśmy dzisiaj ostatnim państwem Unii Europejskiej, w którym utrzymuje się monopol na kasyna online. Nie chodzi tu o liberalizację na oślep, ale o stworzenie bezpiecznej, kontrolowanej przestrzeni dla legalnej konkurencji – takiej, która będzie działać według polskiego prawa i w interesie polskiego gracza.

Zaznaczył, że przykład zakładów wzajemnych dowodzi skuteczności otwarcia rynku. Jeszcze przed wprowadzeniem systemu licencyjnego cały segment rynku należał do szarej strefy. Dziś funkcjonuje na nim 18 legalnych operatorów, a nielegalny udział spadł do kilkunastu procent. Według danych Ministerstwa Finansów – nawet do 12 proc.

To wyjście z patowej sytuacji. Gracz zyskuje wybór, państwo – kontrolę i wpływy, a nielegalni operatorzy stają się mniej atrakcyjni. Tak długo, jak będziemy bronić monopolu w imię nieaktualnych argumentów, będziemy przegrywać tę wojnę. Potrzebna jest nowelizacja ustawy i międzynarodowa ofensywa – zaznaczył Kostrubała.

Olgierd Cieślik, podsumowując debatę, podkreślił konieczność działań wielopoziomowych. Jego zdaniem skuteczność państwa w walce z nielegalnym hazardem będzie zależeć od tego, na ile uda się połączyć reformy krajowe ze współpracą międzynarodową i porozumieniem różnych interesariuszy – od fintechów po instytucje nadzorcze.

– Najefektywniej będzie wykorzystać to, co już mamy, czyli nowelizację ustawy hazardowej, która nie tylko uwzględni rozwój technologii i potrzeby graczy, ale przede wszystkim stworzy ramy dla rynku zróżnicowanego, atrakcyjnego i legalnego. Jednocześnie niezbędna jest ofensywa międzynarodowa: współdzielenie baz domen zakazanych, globalna blokada przepływów finansowych, współpraca z dostawcami internetu i mediów społecznościowych – podkreślał Cieślik.

Wskazał także, że bez systemowej współpracy z tzw. krajami hazardowymi, które udzielają licencji podmiotom kierującym ofertę do Polaków, skuteczność działań będzie ograniczona.

Zdaniem eksperta potrzebujemy nie tylko prawa, ale też presji dyplomatycznej wobec krajów, które tolerują eksport szarej strefy hazardowej do innych państw Unii Europejskiej. To wspólna odpowiedzialność.

Wniosek był jednoznaczny: dalsze trwanie w obecnym stanie prawnym to ciche przyzwolenie na wzrost szarej strefy i utratę kontroli nad rynkiem. Potrzebne są: nowelizacja ustawy hazardowej, różnorodność legalnej oferty, zaawansowane narzędzia technologiczne i budowanie świadomości społecznej.

Materiał powstał we współpracy ze Stowarzyszeniem na Rzecz Likwidacji Szarej Strefy Gier i Zakładów Wzajemnych „Graj Legalnie”.

Opinia dla „Rzeczpospolitej”

Wojciech Król

poseł na Sejm (PO)

Nielegalny hazard online to dziś jedno z największych wyzwań regulacyjnych i fiskalnych w Polsce. Mamy do czynienia z czarnym rynkiem, który generuje już ponad kilkadziesiąt miliardów złotych rocznego obrotu, co przekłada się na realne straty dla budżetu państwa, sięgające nawet 5,8 mld zł z tytułu nieodprowadzonego podatku od gier. To są środki, które mogłyby zasilić system ochrony zdrowia, edukację czy inwestycje infrastrukturalne. Zamiast tego trafiają do podmiotów zarejestrowanych w rajach podatkowych – często całkowicie poza jurysdykcją polskiego państwa.

Dziś potrzebujemy nie tylko silniejszej egzekucji istniejącego prawa – np. skuteczniejszego blokowania płatności, IP czy reklam nielegalnych serwisów – ale przede wszystkim zmiany filozofii podejścia do rynku hazardu online. Polska powinna rozważyć przejście na model licencyjny, który z powodzeniem funkcjonuje w większości krajów Unii Europejskiej. Umożliwiłoby to realny nadzór nad wszystkimi podmiotami działającymi na rynku, zwiększyłoby wpływy budżetowe oraz zapewniło wyższy poziom ochrony graczy – w tym niepełnoletnich.

Walka z nielegalnym hazardem online musi być także prowadzona na poziomie międzynarodowym. Potrzebujemy lepszej współpracy organów nadzorczych i instytucji finansowych, jak również jasnych wytycznych i kampanii edukacyjnych dla obywateli. Nielegalny hazard to nie tylko strata dla budżetu – to również ryzyko prania pieniędzy, finansowania działalności przestępczej, a nawet zagrożeń geopolitycznych, gdy mówimy o operatorach związanych z kapitałem rosyjskim czy zlokalizowanych w państwach o ograniczonym nadzorze finansowym.

Dziś nie możemy sobie pozwolić na bierność. Potrzebujemy otwartej debaty, odwagi regulacyjnej i współpracy między rządem, sektorem legalnych operatorów, organizacjami branżowymi i instytucjami międzynarodowymi. Tylko w ten sposób odzyskamy kontrolę nad rynkiem hazardu online i zagwarantujemy bezpieczeństwo naszych obywateli.

Więcej treści z Rzeczpospolitej po zalogowaniu. Nie posiadasz dostępu? Kup online, korzystaj od razu! Sprawdź

Wniosek nie decyduje o rodzaju ubezwłasnowolnienia

Stan faktyczny

L.M. wystąpiła o orzeczenie całkowitego ubezwłasnowolnienia E.M. Sąd ustalił, że E.M. choruje na schizofrenię paranoidalną, wielokrotnie przebywała w różnych szpitalach psychiatrycznych, gdzie była umieszczana wbrew swojej woli. Pomimo stosowanego leczenia farmakologicznego u E.M. występują różne nasilone objawy chorobowe, funkcjonuje dzięki pomocy rodziców pozostając na ich utrzymaniu. Pomimo tych ustaleń Sąd I instancji oddalił wniosek stwierdzając, że L.M. nie wykazała celowości ubezwłasnowolnienia uczestniczki, której interesy są obecnie w wystarczającym stopniu chronione, a jej sytuacja życiowa ustabilizowana. E.M. jest zdolna, przy pomocy rodziny, do dbania o swoje sprawy, pozostaje pod opieką lekarza psychiatry i pod nadzorem rodziny przyjmuje leki. Sąd podkreślił, że przesłanką ubezwłasnowolnienia jest wyłącznie interes chorego, a nie jego otoczenia, dlatego na ocenę wniosku nie mają wpływu obawy L.M., że E.M. przerwie terapię farmakologiczną, a wówczas rodzice nie będą w stanie zapewnić jej opieki bez wsparcia odpowiednich instytucji. Sąd II instancji zmienił jednak zaskarżone postanowienie w ten sposób, że ubezwłasnowolnił częściowo E.M.

Pytanie prawne

Prokurator wniósł skargę kasacyjną zarzucając przekroczenie granic orzekania wyznaczonych treścią wniosku i orzeczenie o innym niż zgłoszone przez wnioskodawcę żądaniu. SN uznał, że w sprawie występuje zagadnienie prawne wymagające rozstrzygnięcia przez skład 7 sędziów: czy sąd rozpoznając wniosek o ubezwłasnowolnienie jest związany zakresem tego wniosku co do rodzaju ubezwłasnowolnienia?

W uzasadnieniu pytania prawnego wskazano, że zasadą jest zakaz wyrokowania co do przedmiotu, który nie był objęty żądaniem, bądź zasądzania ponad żądanie. Zakaz ten jest stosowany także w postępowaniu nieprocesowym. Ustawodawca w odniesieniu do niektórych postępowań wprowadza wyjątki dając sądowi uprawnienie do działania z urzędu w celu ochrony szczególnych praw osoby, której dotyczy postępowanie, np.: w sprawach opiekuńczych (art. 570 i art. 577 KPC), w sprawach o uznanie za zmarłego i stwierdzenie zgonu (art. 534 KPC, art. 541 §1 zd. 2 KPC, art. 543 KPC) czy też w sprawach o stwierdzenie nabycia spadku ‎(art. 677 §1 KPC, art. 678 KPC). Z uwagi na brak wyraźnego przepisu szczególnego pozwalającego sądowi na orzekanie o ubezwłasnowolnieniu całkowitym lub częściowym, mimo braku takiego żądania, omawiane zagadnienie prawne różnie jest rozstrzygane w orzecznictwie i doktrynie. Zasadniczo prezentowane są trzy koncepcje: o braku związania sądu zakresem wniosku co do rodzaju ubezwłasnowolnienia; o całkowitym związaniu sądu zakresem wniosku; o dopuszczalności orzeczenia ubezwłasnowolnienia częściowego mimo żądania ubezwłasnowolnienia całkowitego, wykluczając przy tym sytuację odwrotną.

SN podkreślił, że w toku postępowania o ubezwłasnowolnienie ochronie podlegają szczególnie doniosłe prawa osoby, której postępowanie to dotyczy, takie jak: życie, zdrowie i godność. Ubezwłasnowolnienie ma zapewnić zainteresowanemu możliwość funkcjonowania w rodzinie i społeczeństwie przy zapewnieniu koniecznej pomocy ze strony opiekuna. Jednocześnie jednak konieczne jest zagwarantowanie ochrony interesów innych osób, z którymi osoba spełniająca przesłanki ubezwłasnowolnienia może dokonywać różnorodne czynności prawne.

Szkolenia z zakresu KC i KPC – Sprawdź aktualny harmonogram Sprawdź

Stanowisko SN

SN uznał, że rozpoznający wniosek o ubezwłasnowolnienie sąd nie jest związany zakresem tego wniosku co do rodzaju ubezwłasnowolnienia. W uzasadnieniu uchwały wskazano, że w odróżnieniu od treści przepisów materialnoprawnych, odnoszących się do przesłanek ubezwłasnowolnienia (art. 13 i 16 KC), przepisy związane z postępowaniem w sprawach o ubezwłasnowolnienie, co do zasady nie nawiązują do rodzajów ubezwłasnowolnienia. Ustawodawca nie rozróżnił, ze względu na rodzaj ubezwłasnowolnienia, m.in.: właściwości rzeczowej czy miejscowej sądów, katalogu osób uprawnionych do zgłoszenia wniosku o ubezwłasnowolnienie czy kręgu uczestników postępowania w sprawach o ubezwłasnowolnienie. Rodzaj ubezwłasnowolnienia nie determinuje również celu i sposobu wysłuchania osoby, której dotyczy wniosek czy postępowania dowodowego w tych sprawach. Dla rozstrzygnięcia spornego zagadnienia prawnego istotne znaczenie ma również fakt, że brak konieczności określenia rodzaju ubezwłasnowolnienia we wniosku o ubezwłasnowolnienie nie wpływa negatywnie na zakres gwarancji procesowych przyznanych osobie, której dotyczy wniosek. W uzasadnieniu uchwały wskazano, że jako jedyny wyjątek w przepisach procesowych może być postrzegany art. 559 KPC, zgodnie z którym sąd uchyli ubezwłasnowolnienie, gdy ustaną przyczyny, dla których je orzeczono, przy czym uchylenie może nastąpić także z urzędu. W razie zaś poprawy stanu psychicznego ubezwłasnowolnionego sąd może zmienić ubezwłasnowolnienie całkowite na częściowe, a w razie pogorszenia się tego stanu – zmienić ubezwłasnowolnienie częściowe na całkowite. Ustawodawca nie przesądził jednak, czy zmiana taka nastąpić może również z urzędu, czy też wymaga wniosku osoby uprawnionej.

Rodzaju ubezwłasnowolnienia nie jest elementem żądania

Zgodnie z art. 321 § 1 KPC sąd nie może wyrokować co do przedmiotu, który nie był objęty żądaniem, ani zasądzać ponad żądanie. Na podstawie art. 13 § 2 KPC przepis ten znajduje zastosowanie także w postępowaniu nieprocesowym (zob. postanowienie SN z 20.9.2022 r., II CSKP 101/22, Legalis; uchwała SN z 19.10.2017 r., III CZP 49/17, Legalis). W obowiązujących przepisach nie ma żadnej regulacji, w której jednoznacznie uznano by za dopuszczalne orzeczenie ubezwłasnowolnienia całkowitego albo częściowego pomimo braku stosownego żądania. SN stwierdził jednak, że wskazanie rodzaju ubezwłasnowolnienia nie należy do treści wniosku i nie jest elementem żądania. W kontekście art. 321 § 1 KPC sąd odnosi się więc do żądania ubezwłasnowolnienia, a nie do żądania określonego rodzaju ubezwłasnowolnienia.

W uzasadnieniu podkreślono, że stanowisko przyjęte w uchwale realizuje podstawowe cele spraw o ubezwłasnowolnienie. Stosowanie przepisów o ubezwłasnowolnieniu wymaga jak najpełniejszego uwzględnienia woli osoby zainteresowanej, bowiem kluczowe znaczenie ma w tym przypadku zapewnienie jej dobra i ochrony. Każdorazowo powinien zostać uwzględniony stopień rozeznania tej osoby, przede wszystkim na podstawie ustalenia stopnia jej niepełnosprawności intelektualnej, o ile taka występuje, i jej skutków. Przy uwzględnieniu tych okoliczności konieczne jest respektowanie konstytucyjnie strzeżonej wartości, czyli godności człowieka. Z art. 30 Konstytucji RP wynika bowiem nakaz tworzenia i stosowania prawa przez wszystkie organy władzy publicznej w zakresie ich kompetencji w taki sposób, by uwzględniać gwarancje stworzenia warunków właściwego funkcjonowania osoby w społeczeństwie oraz stworzenia jej możliwości samorealizacji (zob. postanowienie SN z 18.3.2021 r., V CSKP 235/21, Legalis).

Uchwała SN (7) z 13.3.2025 r., III CZP 41/24, Legalis

Wszystkie aktualności n.ius® po zalogowaniu. Nie posiadasz dostępu? Kup online, korzystaj od razu! Sprawdź

Zakaz praktyk pseudomedycznych

  • Projekt ustawy z 6.6.2025 r. o zmianie ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta oraz ustawy o systemie powiadamiania ratunkowego (nr UD207) został skierowany do konsultacji publicznych.
  • Rzecznik Praw Pacjenta otrzyma dodatkowe kompetencje służące przeciwdziałaniu praktykom pseudomedycznym.
  • Wzrośnie wysokość kar finansowych dla podmiotów stosujących praktyki niezgodne z przepisami.

Nowe zadania Rzecznika Praw Pacjenta

Zgodnie z projektowaną nowelizacją, Rzecznik Praw Pacjenta zostanie wyposażony w dodatkowe kompetencje w zakresie przeciwdziałania praktykom pseudomedycznym. Rozszerzenie katalogu zadań następuje zarówno w treści art. 1 ustawy z 6.11.2008 r. o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta (t.j. Dz.U. z 2024 r. poz. 581; dalej: PrPacjRPPU), jak i art. 47 PrPacjRPPU, który określa zadania Rzecznika. Będzie on mógł prowadzić postępowania w sprawach praktyk pseudomedycznych oraz upowszechniać orzecznictwo w tym zakresie, w tym przez publikację decyzji administracyjnych na stronie internetowej urzędu, z zachowaniem ochrony danych wrażliwych.

Nowelizacja przewiduje również doprecyzowanie uprawnień procesowych Rzecznika, który zyska możliwość wszczynania postępowań sądowych także w sprawach dotyczących śmierci pacjenta wskutek świadczeń zdrowotnych lub ich braku. Wzmacnia się również skuteczność żądań kierowanych przez Rzecznika – podmiot, który nie zrealizuje ich w terminie, może zostać ukarany karą pieniężną.

Zakaz praktyk pseudomedycznych

Ważną zmianą jest dodanie Rozdziału 13c do PrPacjRPPU, w którym wprowadzono zakaz tzw. praktyk pseudomedycznych. Projekt precyzyjnie definiuje te praktyki jako działania nieuprawnione, które mają na celu poprawę zdrowia, lecz są podejmowane przez osoby niewykonujące zawodu medycznego, polegające na oferowaniu metod niebędących świadczeniami zdrowotnymi, którym przypisuje się takie właściwości.

Za praktyki pseudomedyczne uznane zostaną także działania dezinformujące – promowanie niezweryfikowanych metod jako skutecznych, rozpowszechnianie informacji o szkodliwości metod opartych na aktualnej wiedzy medycznej, czy też wykonywanie działalności leczniczej bez rejestracji. Zakaz ma charakter bezwzględny i powszechny, a jego naruszenie pociągać będzie za sobą odpowiedzialność administracyjną. Jednocześnie w Rozdziale 13c wprowadzono trzy wyjątki. Jego przepisów nie stosuje się do:

  1. eksperymentów medycznych, przeprowadzanych na podstawie przepisów ustawy z 5.12.1996 r. o zawodach lekarza i lekarza dentysty (t.j. Dz.U. z 2024 r. poz. 1287);
  2. badań klinicznych, przeprowadzanych na podstawie przepisów ustawy z 9.3.2023 r. o badaniach klinicznych produktów leczniczych stosowanych u ludzi (Dz.U. z 2023 r. poz. 605);
  3. innych działań medycznych, wynikających z przepisów odrębnych, regulujących zasady ich wykonywania.
Beck Akademia - praktyczne szkolenia online - sprawdź aktualny harmonogram Sprawdź

Uprawnienia nadzorcze i środki zapobiegawcze

Rzecznik uzyska nowe narzędzia przeciwdziałania zagrożeniom dla zdrowia pacjentów w postępowaniu administracyjnym. Będzie mógł publikować informacje o podejrzanych praktykach już w toku postępowania, a w przypadku ryzyka dla zdrowia lub życia – wydać decyzję nakazującą natychmiastowe zaniechanie określonych działań. Decyzje te będą natychmiast wykonalne i wyłączone spod niektórych zasad ogólnych KPA. Zgodnie z dodanym do PrPacjRPPU art. 64a. ust. 3: „Jeżeli w toku postępowania w sprawie stosowania praktyk naruszających zbiorowe prawa pacjentów zostanie uprawdopodobnione, że dalsze stosowanie zarzucanej praktyki może spowodować zagrożenie życia lub zdrowia pacjentów, Rzecznik przed zakończeniem postępowania w sprawie stosowania tych praktyk może, w drodze decyzji, zobowiązać podmiot udzielający świadczeń zdrowotnych albo organizatora strajku do zaniechania określonych zachowań w celu zapobieżenia tym zagrożeniom”. Natomiast w art. 64a ust. 4. projektu zmian zapisano, że do decyzji, o których mowa w art. 64a ust. 3, nie stosuje się przepisów art. 10 i art. 81 KPA.

Co więcej, Rzecznik zyska możliwość nakładania obowiązku usunięcia skutków stosowania zakazanych praktyk oraz publikowania decyzji – w całości lub w części – na koszt podmiotu, który dopuścił się naruszeń.

Sankcje i odpowiedzialność osobista

Projekt przewiduje znaczący wzrost dolegliwości finansowych dla podmiotów stosujących praktyki niezgodne z przepisami. Rzecznik będzie mógł nałożyć kary do 1 mln zł w przypadku niezaniechania działań uznanych za praktyki pseudomedyczne lub naruszające zbiorowe prawa pacjenta oraz za stwierdzenie ponownego podjęcia takich praktyk. Co istotne, kary te mogą być nakładane wielokrotnie, aż do momentu skutecznego usunięcia skutków tych działań. Zgodnie z projektowanym art. 68 ust. 3: „Kara pieniężna, o której mowa w art. 68 ust. 2, może być nakładana wielokrotnie do czasu zaniechania stosowania praktyk naruszających zbiorowe prawa pacjenta albo praktyk pseudomedycznych lub podjęcia działań niezbędnych do usunięcia skutków stosowania tych praktyk”.

Możliwe będzie również ukaranie osób pełniących funkcje kierownicze, m.in. właścicieli firm lub członków organów zarządzających, jeżeli dopuściły się naruszeń zakazów. Wysokość tej sankcji może sięgnąć dwudziestokrotności przeciętnego wynagrodzenia.

Zmiany w ustawie o systemie powiadamiania ratunkowego

Projekt przewiduje również zmianę art. 10 ust. 14 ustawy z 22.11.2013 r. o systemie powiadamiania ratunkowego (t.j. Dz.U. z 2023 r. poz. 748). Na jego mocy dane przetwarzane w systemie będą udostępniane również Rzecznikowi Praw Pacjenta – obok sądu, prokuratury i Policji – co wzmocni skuteczność interwencji w nagłych przypadkach. Chodzi o informacje dotyczące treści zgłoszeń alarmowych, w tym nagrań rozmów telefonicznych obejmujących całość zgłoszenia alarmowego, danych osób zgłaszających i innych osób wskazanych w trakcie przyjmowania zgłoszenia, pozycji geograficznych, informacji o miejscu zdarzenia i jego rodzaju oraz skróconego opisu zdarzenia.

Projekt nowelizacji ustawy o prawach pacjenta z 6.6.2025 r. stanowi wyraźną odpowiedź ustawodawcy na dezinformację medyczną (rosnącą, ponieważ łatwo rozpowszechniać ją w mediach społecznościowych) i nieuprawnione udzielanie porad zdrowotnych przez osoby nieposiadające wymaganych kwalifikacji. Wprowadzenie zakazu praktyk pseudomedycznych, wzmocnienie roli Rzecznika Praw Pacjenta oraz rozbudowany system sankcji to krok w stronę systemowej ochrony pacjentów przed zagrożeniami płynącymi z alternatywnych i niesprawdzonych metod leczenia.

Etap legislacyjny

Projekt jest obecnie na etapie opiniowania. Prośba o zgłoszenie ewentualnych uwag została skierowana do 122 podmiotów. Ustawa ma wejść w życie po upływie trzech miesięcy od dnia ogłoszenia. Jednak do postępowań prowadzonych przez Rzecznika Praw Pacjenta w sprawach praktyk naruszających zbiorowe prawa pacjentów, czy w przedmiocie nałożenia kar pieniężnych, wszczętych i niezakończonych przed dniem wejścia w życie niniejszej ustawy, stosowane mają być przepisy dotychczasowe.

Wszystkie aktualności n.ius® po zalogowaniu. Nie posiadasz dostępu? Kup online, korzystaj od razu! Sprawdź

Przedawnienie kar pieniężnych dotyczący naruszenia RODO w NSA

Stan faktyczny

W 2018 r. doszło do incydentu naruszenia ochrony danych osobowych – skradzione i porzucone dokumenty bankowe zawierały dane osobowe klientów Santander Bank Polska SA. Bank, mimo wiedzy o incydencie, nie dokonał obowiązkowego zgłoszenia naruszenia do Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych, ani nie poinformował osób, których dane zostały naruszone. Tym samym zaniechał wykonania obowiązków wynikających z art. 33 ust. 1 oraz art. 34 ust. 1 rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27.4.2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (Dz.Urz. UE L 2016 Nr 119, s. 1; dalej: RODO).

W toku postępowania wyjaśniającego Prezes UODO stwierdził, że bank bezpodstawnie uznał, iż nie zachodził obowiązek dokonania zgłoszenia oraz powiadomienia, i nie zrealizował tych obowiązków, aż do chwili wydania decyzji przez organ nadzorczy. W związku z powyższym Prezes UODO nałożył na bank karę administracyjną w wysokości 1 440 549 zł oraz zobowiązał go do poinformowania osób, których dane zostały ujawnione.

Decyzja została zaskarżona do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie, który uchylił ją w zakresie kary pieniężnej. W ocenie sądu nastąpiło bowiem przedawnienie możliwości jej nałożenia – a więc organ nadzorczy przekroczył maksymalny okres, w którym mógł legalnie zastosować sankcję administracyjną.

Stan prawny

RODO – jako rozporządzenie unijne mające bezpośrednie zastosowanie – nie reguluje kwestii przedawnienia administracyjnych kar pieniężnych. Artykuł 83 RODO określa kryteria, jakie należy uwzględnić przy ich wymierzaniu, lecz milczy co do terminów ich nakładania. Brak jest także przepisu upoważniającego państwa członkowskie do uzupełniania tej luki prawem krajowym.

W polskim porządku prawnym, na podstawie art. 106 ustawy z 10.5.2018 r. o ochronie danych osobowych (t.j. Dz.U. z 2019 r. poz. 1781), w postępowaniach prowadzonych przez Prezesa UODO stosuje się przepisy Kodeksu postępowania administracyjnego, chyba że ustawa stanowi inaczej. Artykuł 189g § 1 KPA przewiduje, że administracyjna kara pieniężna nie może zostać nałożona, jeżeli od dnia popełnienia czynu lub wystąpienia jego skutków upłynęło pięć lat. Przepis ten nie został wyłączony przez ustawę sektorową, co oznacza, że – jak dotąd – znajdował zastosowanie w praktyce orzeczniczej i urzędowej.

Prezes UODO w skardze kasacyjnej podniósł, że stosowanie art. 189g § 1 KPA do sankcji opartych na art. 83 RODO jest nieprawidłowe, ponieważ prowadzi do naruszenia zasady skuteczności i pierwszeństwa prawa Unii Europejskiej. Jego zdaniem przepisy unijne nie przewidują przedawnienia, a stosowanie analogicznych mechanizmów krajowych nie znajduje podstawy prawnej i osłabia funkcję prewencyjno-sankcyjną RODO. Wniósł również o rozważenie skierowania pytania prejudycjalnego do Trybunału Sprawiedliwości UE.

Beck Akademia - praktyczne szkolenia online - sprawdź aktualny harmonogram Sprawdź

Komentarz

Sprawa wniesiona przez Prezesa UODO przeciwko Santander Bank Polska SA dotyczy zagadnienia fundamentalnego dla praktyki egzekwowania RODO – możliwości stosowania terminów przedawnienia wynikających z krajowego prawa proceduralnego wobec unijnych sankcji administracyjnych. Rozstrzygnięcie, jakie zapadnie przed NSA, może zaważyć nie tylko na przyszłych działaniach organu nadzorczego, ale także na trwałości już wydanych decyzji o karach pieniężnych.

Jak zauważył Paweł Litwiński w swojej analizie („Czy możliwość nałożenia kary za naruszenie RODO ulega przedawnieniu?”, LinkedIn, 2024), art. 189g § 1 KPA nie został wyłączony przez ustawę z 10.5.2018 r. o ochronie danych osobowych (t.j. Dz.U. z 2019 r. poz. 1781), co przemawia za jego stosowaniem. W polskim systemie prawa publicznego obowiązuje zasada legalizmu proceduralnego, a wyjątki muszą być jednoznacznie wskazane. Co więcej, pięcioletni termin przedawnienia trudno uznać za ograniczający skuteczność prawa unijnego, skoro – jak przypomina Litwiński – zgodnie z art. 78 ust. 2 RODO organ nadzorczy ma zaledwie trzy miesiące na rozpoznanie skargi. Tym samym pięcioletni termin jest 20-krotnością przewidzianego okresu działania organu, co w sposób oczywisty nie może być uznane za nieskuteczne narzędzie egzekwowania prawa.

Podobne stanowisko prezentuje orzecznictwo TSUE – m.in. w wyroku z 10.7.1997 r., Palmisani, C-261/95, Legalis oraz w wyroku z 27.2.2003 r., Santex, C-327/00, Legalis w których uznano, że państwa członkowskie mogą przewidywać krajowe terminy przedawnienia w zakresie dochodzenia roszczeń wynikających z prawa unijnego, o ile są one proporcjonalne i nie podważają zasady skuteczności. Trybunał nie zakwestionował przy tym samego istnienia przedawnienia jako instytucji proceduralnej – oceniał jedynie jego długość i wpływ na funkcjonowanie przepisów materialnych.

Co ciekawe, niektóre państwa członkowskie, takie jak Litwa, przewidują jeszcze krótsze okresy – tam termin przedawnienia wynosi zaledwie dwa lata. Oznacza to, że stosowanie pięcioletniego terminu w Polsce nie stanowi wyjątku w skali UE i mieści się w ramach akceptowanych standardów.

Z drugiej strony argumentacja Prezesa UODO nie jest pozbawiona podstaw – podkreśla ona, że obowiązki z art. 33 i 34 RODO pełnią funkcję systemową: zapewniają szybką reakcję i powiadomienie zarówno organu nadzorczego, jak i osób, których dane zostały naruszone. Przyjęcie, że obowiązki te wygasają wskutek upływu terminu, mogłoby prowadzić do sytuacji, w której administratorzy zwlekają z działaniem w nadziei, że przekroczenie progu czasowego uniemożliwi ukaranie.

Nie bez znaczenia jest również to, że Prezes UODO w przeszłości – m.in. w sprawie Poczty Polskiej w kontekście tzw. wyborów kopertowych – stosował art. 189g § 1 KPA i powoływał się na niego jako element obowiązującego stanu prawnego. Obecna skarga kasacyjna może być próbą rewizji tej linii interpretacyjnej, wynikającą ze wzrostu znaczenia sankcji jako narzędzia ochrony danych osobowych w Polsce.

Z perspektywy praktyki prawnej oraz strategii compliance, wynik tej sprawy będzie mieć doniosłe znaczenie. Jeśli NSA przychyli się do argumentacji Prezesa UODO, może dojść do ograniczenia stosowania krajowych reguł proceduralnych w sprawach opartych na RODO, a w dłuższej perspektywie – do konieczności ich rewizji legislacyjnej. Z kolei utrzymanie wykładni WSA oznaczać będzie potwierdzenie stabilności dotychczasowej praktyki stosowania prawa.

Szczególnie istotne będzie ewentualne skierowanie pytania prejudycjalnego do TSUE – zapewniłoby ono jednolitą interpretację prawa na poziomie unijnym, uwzględniającą także realia stosowania przepisów RODO w innych państwach członkowskich.

Postanowienie WSA w Warszawie z 8.7.2024 r., II SA/Wa 774/24

Wszystkie aktualności n.ius® po zalogowaniu. Nie posiadasz dostępu? Kup online, korzystaj od razu! Sprawdź

Projektowane trwałe wzmocnienie ochrony gospodarki narodowej

Cel wdrożenia nowych norm prawnych

Konieczność unormowania kwestii dotyczącej kontroli inwestycji napływających do Polski z zagranicy dostrzeżono już dekadę temu. Pierwsze regulacje wprowadzono ustawą z 24.7.2015 r. o kontroli niektórych inwestycji (t.j. Dz.U. z 2024 r. poz. 1459; dalej: KontrNiektInwU). Kontrolą objęto inwestycje w strategicznych sektorach gospodarki, dokonywane przez podmioty z UE i państw trzecich.

W czasie pandemii COVID-19 wzrosła potrzeba ochrony krajowych spółek przed przejęciami przez inwestorów spoza Polski. Wprowadzono wówczas czasowe przepisy ochronne, zawarte w ustawie z 19.6.2020 r. o dopłatach do oprocentowania kredytów bankowych udzielanych przedsiębiorcom dotkniętym skutkami COVID-19 oraz o uproszczonym postępowaniu o zatwierdzenie układu w związku z wystąpieniem COVID-19 (t.j. Dz.U. z 2022 r. poz. 2141), powierzając funkcję organu kontroli Prezesowi UOKiK. Pierwotnie te regulacje miały obowiązywać przez 24 miesiące od dnia wejścia w życie. Jednak, z uwagi na wojnę na Ukrainie i narastające napięcia międzynarodowe, termin ich obowiązywania wydłużono do 60 miesięcy, czyli do 24.7.2025 r.

Po 24.7.2025 r. kontrola inwestycji z zagranicy uległaby istotnemu ograniczeniu, obejmując jedynie przedsiębiorstwa strategiczne wymienione w rozporządzeniu Rady Ministrów z 18.12.2024 r. w sprawie wykazu podmiotów podlegających ochronie oraz właściwych dla nich organów kontroli (Dz.U. z 2024 r. poz. 1892). Dopuszczenie braku ustawowej kontroli stwarza potencjalne zagrożenie dla bezpieczeństwa, porządku i zdrowia publicznego w obecnej napiętej sytuacji międzynarodowej. Trwające ryzyka geopolityczne, w tym konflikt bliskowschodni, napięcia między Chinami a Tajwanem, czy wojny celne, podkreślają konieczność stałego monitorowania. Komisja Europejska również dostrzegła potrzebę przeciwdziałania negatywnym konsekwencjom inwestycji zagranicznych dla bezpieczeństwa państw członkowskich, inicjując rewizję i nowelizację rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2019/452 z 19.3.2019 r. ustanawiające ramy monitorowania bezpośrednich inwestycji zagranicznych w Unii (Dz.Urz. UE L z 2019 r. Nr 79, s. 1). Wszystkie te czynniki sprawiły, że przygotowanie nowelizacji ustawy o kontroli niektórych inwestycji stało się niezbędne.

Beck Akademia - praktyczne szkolenia online - sprawdź aktualny harmonogram Sprawdź

Proponowane zmiany i ich uzasadnienie

Projekt ustawy ma na celu trwałe zapewnienie bezpieczeństwa, porządku i zdrowia publicznego poprzez bezterminowe prowadzenie kontroli inwestycji zagranicznych w Polsce. Wobec wygaśnięcia dotychczasowych przepisów po 24.7.2025 r., kluczowe jest utrzymanie aktualnego zakresu kontroli.

Główna zmiana dotyczy powierzenia funkcji organu kontroli ministrowi właściwemu do spraw gospodarki. Decyzja ta jest konsekwencją rozstrzygnięcia sporu kompetencyjnego z 26.7.2024 r. przez Prezesa Rady Ministrów, który powierzył ministrowi właściwemu do spraw gospodarki wiodącą rolę w obszarze monitorowania inwestycji zagranicznych. Ta trwała zmiana rozwiąże problem tymczasowości nadzoru, co jest niezwykle ważne w kontekście potencjalnych zagrożeń dla rozwoju gospodarczego RP, wynikających z braku ochrony krajowych przedsiębiorstw. Wiele państw UE od lat stosuje podobną kontrolę.

Sprawy wszczęte przez Prezesa UOKiK na podstawie art. 12a–12k KontrNiektInwU i niezakończone przed wejściem w życie nowej ustawy będą kontynuowane na podstawie dotychczasowych przepisów. Jest to istotne, ponieważ postępowania te są złożone i czasochłonne. Pozostawienie tych spraw dotychczasowemu organowi pozwoli na zachowanie terminów i płynne zakończenie procesów. Po 24.7.2025 r. nowe sprawy będzie prowadził minister właściwy do spraw gospodarki.

Ustawa o kontroli niektórych inwestycji, ograniczająca wolność działalności gospodarczej, jest zgodna z art. 22 i art. 31 ust. 3 Konstytucji RP, ponieważ ograniczenia te są konieczne dla bezpieczeństwa państwa lub porządku publicznego, i są proporcjonalne.

Informacje uzupełniające

Skrócone vacatio legis (wejście w życie 24.7.2025 r.) jest uzasadnione koniecznością zapewnienia ciągłości regulacji po wygaśnięciu dotychczasowych kompetencji UOKiK. Taki tryb nie narusza zasad demokratycznego państwa prawnego ani art. 4 ust. 2 ustawy z 20.7.2000 r. o ogłaszaniu aktów normatywnych i niektórych innych aktów prawnych (t.j. Dz.U. z 2019 r. poz. 1461), ponieważ służy ważnemu interesowi państwa.

Etap legislacyjny

Projekt ustawy został skierowany do I-go czytania w Komisji Gospodarki i Rozwoju. Nowelizacja ma wejść w życie 24.7.2025 r., aby zapewnić ciągłość obowiązywania regulacji po wygaśnięciu dotychczasowych przepisów.

Wszystkie aktualności n.ius® po zalogowaniu. Nie posiadasz dostępu? Kup online, korzystaj od razu! Sprawdź

Dopłata do elektrycznego samochodu bez podatku

Mamy dobrą wiadomość dla beneficjentów rządowego programu NaszEauto. Ministerstwo Finansów w odpowiedzi na pytanie „Rzeczpospolitej” przyznało, że dopłaty do samochodów elektrycznych są zwolnione z podatku. Na zwolnienie zgadza się też Krajowa Informacja Skarbowa.

Program NaszEauto

Przypomnijmy, że program NaszEauto ruszył w lutym. Cel ma szczytny – zmniejszenie emisji zanieczyszczeń powietrza. Rząd chce go osiągnąć dofinansowując zakup, a także leasing bądź wynajem długoterminowy samochodów. O wsparcie mogą ubiegać się osoby fizyczne, w tym prowadzące jednoosobową działalność gospodarczą. Dofinansowanie można dostać na fabrycznie nowe elektryczne samochody osobowe o przebiegu do 6 tys. km, które przed zakupem nie były zarejestrowane (w maksymalnej cenie 225 tys. zł netto, bez VAT). Maksymalna kwota dopłaty to 40 tys. zł.

Wnioski kierowane są do Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Z informacji udzielonej przez fundusz „Rzeczpospolitej” wynika, że dokonano na razie 63 wypłat na kwotę 1 896 961 zł. – Przelewy realizowane są przez Polski Fundusz Rozwoju, któremu wystawiamy zlecenie. Następne wypłaty będą 3 lipca – mówi Magdalena Skłodowska, rzecznik prasowy NFOŚiGW.

Szkolenia online z zakresu podatków – Sprawdź aktualny harmonogram Sprawdź

Odpowiedź MF

Jak rozliczyć dofinansowanie w PIT? – Beneficjenci programu już o to pytają. Na pewno dopłata jest przychodem zarówno u przedsiębiorców, jak i tych, którzy nie prowadzą działalności. Taki przychód powinien być zwolniony z podatku, nie może bowiem być tak, że państwo jedną ręką daje, a drugą zabiera. Są jednak wątpliwości, do którego ze zwolnień dopasować dofinansowanie – mówi Grzegorz Gębka, doradca podatkowy w kancelarii GTA.

O rozliczenie dopłat zapytaliśmy Ministerstwo Finansów. Jego zdaniem, należy w tej sprawie zastosować zwolnienie z art. 21 ust. 1 pkt 137 ustawy o PIT. Przepis ten wymienia środki finansowe otrzymane przez uczestnika projektu jako pomoc udzielona w ramach programu finansowanego z udziałem środków, o których mowa w art. 5 ust. 3 pkt 1, 2 i 4, pkt 5 lit. a i b i pkt 5a-5d ustawy o finansach publicznych.

Ministerstwo podkreśliło, że program NaszEauto jest realizowany ze środków Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększenia Odporności Polski (KPO). Bezzwrotne dofinansowanie stanowi środki publiczne, o których mowa w art. 5 ust. 3 pkt 5d ustawy o finansach publicznych. Zgodnie z tym przepisem, do środków publicznych, o których mowa w art. 5 ust. 1 pkt 2 ustawy, tj. do środków z budżetu Unii Europejskiej oraz niepodlegających zwrotowi środków z pomocy udzielanej przez państwa członkowskie Europejskiego Porozumienia o Wolnym Handlu (EFTA), zalicza się również środki pochodzące z Instrumentu na rzecz Odbudowy i Zwiększania Odporności, przeznaczone na wsparcie o charakterze bezzwrotnym, o którym mowa w rozporządzeniu Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2021/241. Z Regulaminu Naboru Wniosków o objęcie przedsięwzięcia wsparciem z planu rozwojowego realizowanego w ramach programu priorytetowego NaszEauto wynika, że formą dofinansowania jest wsparcie bezzwrotne z planu rozwojowego w ramach inwestycji E1.1 KPO. Także zapisy Programu NaszEauto stanowią, że jest to wsparcie bezzwrotne z planu rozwojowego w ramach inwestycji E1.1 KPO.

Ministerstwo Finansów zauważa, że dokumenty programu używają pojęcia „dotacja”. Dofinansowanie nie jest jednak traktowane jako dotacja w rozumieniu ustawy o finansach publicznych. „Ostateczni odbiorcy wsparcia, tj. osoby fizyczne oraz osoby fizyczne wykonujące działalność gospodarczą, otrzymują natomiast bezzwrotne wsparcie z planu rozwojowego w ramach inwestycji finansowanej z KPO” – pisze resort finansów. Dodaje, że ostateczny odbiorca wsparcia jest podmiotem, który jest odpowiedzialny za realizację przedsięwzięcia, a przez to wygenerowanie efektu, który przekłada się na realizację wskaźników.

Jakie z tego wnioski? Otrzymane dofinansowanie jest przychodem podatkowym, ale objętym zwolnieniem, o którym mowa w art. 21 ust. 1 pkt 137 ustawy o PIT – wskazuje Ministerstwo Finansów. Dodaje, że na podstawie art. 10 ustawy o ryczałcie preferencja przysługuje również przedsiębiorcom opodatkowanym ryczałtowo.

Dopłata do aut

Na zwolnienie zgadza się też Krajowa Informacja Skarbowa. W odpowiedzi na pytanie jednego z przedsiębiorców powołuje się jednak na inny przepis. Jest to art. 21 ust. 1 pkt 129a ustawy o PIT, który zwalnia z podatku świadczenia otrzymane ze środków NFOŚiGW na przygotowanie dokumentacji oraz realizację przedsięwzięcia.

– Widać, że skarbówka chce w tej sprawie dobrze dla podatników. Powinna się jednak zdecydować, który przepis jest właściwy – mówi Grzegorz Gębka. Dodaje, że w drugim wariancie, czyli stosując art. 21 ust. 1 pkt 129a ustawy o PIT, zwolnienie nie będzie przysługiwać ryczałtowcom. W ustawie o ryczałcie nie ma bowiem stosownego odniesienia. – Choćby to pokazuje, że wcale nie jest obojętne, która podstawa zwolnienia jest prawidłowa – podsumowuje ekspert.

Więcej treści z Rzeczpospolitej po zalogowaniu. Nie posiadasz dostępu? Kup online, korzystaj od razu! Sprawdź

Dane nabywców mieszkań pod ochroną

Jak się zorientować w cenach mieszkań i mieć pewność, że te informacje są rzetelne? Dziś niekiedy o to trudno, ale Ministerstwo Rozwoju i Technologii szykuje centralną bazę takich informacji. Ma to być ogólnie dostępny Portal DOM, gromadzący informacje o cenach transakcyjnych domów i mieszkań. Jego budowa to nie tylko przedsięwzięcie techniczne i organizacyjne, ale też prawne. W najbliższych dniach Stały Komitet Rady Ministrów ma zająć się nowelizacją ustawy o ochronie praw nabywcy lokalu mieszkalnego lub domu jednorodzinnego oraz Deweloperskim Funduszu Gwarancyjnym (tzw. ustawy deweloperskiej). To właśnie do tej ustawy ma zostać dodany nowy rozdział dający podstawę prawną funkcjonowania portalu.

Portal DOM

Sam cel powstania takiego narzędzia nie budzi większych zastrzeżeń deweloperów ani w łonie rządu. Ma to być bowiem miejsce, w którym będą ujawniane ceny, po jakich rzeczywiście doszło do sprzedaży lokali, a nie cen ofertowych. W ramach portalu będzie można sprawdzić nie tylko cenę mieszkania w danym mieście, ale też wiele innych szczegółowych danych wpływających na cenę. Będzie wiadomo m.in., ile pokoi liczy dany lokal, na którym piętrze jest położony, ile w ogóle kondygnacji jest w danym budynku oraz kiedy doszło do transakcji. Portal ma zacząć działać pełną parą w ciągu 20 miesięcy od dnia ogłoszenia ustawy.

Jednak w pracach nad ustawą pojawiła się kość niezgody dotycząca ochrony danych osobowych osób nabywających domy i mieszkania. Portal ma bowiem gromadzić takie dane, łącznie z numerem PESEL albo numerem paszportu (w przypadku cudzoziemców). Przeciwko temu protestował prezes Urzędu Danych Osobowych Mirosław Wróblewski. W piśmie z 10 czerwca br. do MRiT zwrócił uwagę, że gromadzenie numerów PESEL w takim portalu jest nieproporcjonalne do potrzeb. „Projektodawca nie przedstawił wyliczeń, czy też statystyk wykazujących niezbędność przetwarzania numerów PESEL nabywców nieruchomości na tak wielką skalę dla wyeliminowania ryzyk potencjalnie narażonych na nie osób fizycznych (w nieoszacowanej przez projektodawcę liczbie)” – czytamy w piśmie prezesa UODO.

Beck Akademia - praktyczne szkolenia online - sprawdź aktualny harmonogram Sprawdź

Zbieranie numerów PESEL

I rzeczywiście – w dołączonej do projektu Ocenie Skutków Regulacji resort rozwoju nie przewidział, ile numerów PESEL w takiej bazie mogłoby się znaleźć. Jednak w trakcie uzgodnień MRiT wyjaśniało, że identyfikacja nabywców jest konieczna ze względu na rzetelność przedstawienia danych statystycznych w portalu. W ten sposób można będzie bowiem zidentyfikować, czy domy i mieszkania w danym czasie i na danym terenie nie są nabywane przez jedną lub kilka osób, być może w celach spekulacyjnych, niekoniecznie po rynkowych cenach.

MRiT zwraca też uwagę, że inne dane osobowe zbierane w portalu, dotyczące np. wieku i płci nabywców, mogą być cenne dla państwa z punktu widzenia polityki mieszkaniowej, czyli konstytucyjnego obowiązku władz. „Dane te nie są aktualnie gromadzone, a są kluczowe dla właściwego parametryzowania instrumentów polityki mieszkaniowej, które często obejmują wiek nabywcy/kredytobiorcy jako kryterium dostępu do wsparcia” – czytamy w stanowisku MRiT.

Dostęp nie dla każdego

Ta trwająca od kilku miesięcy dyskusja może jednak wkrótce zakończyć się kompromisem. Otóż 1 lipca br. wiceminister rozwoju i technologii Michał Baranowski przedstawił autopoprawkę do projektu, z której wynika, że upublicznianie informacji w portalu DOM ma następować „w sposób, który uniemożliwia identyfikację nabywców i nieruchomości”. Wiceminister zapowiada też, że w dalszych pracach legislacyjnych zostaną opracowane przepisy gwarantujące, że numery PESEL nie będą przechowywane w portalu dłużej niż 3 lata. Osobne przepisy mają regulować zasady przechowywania numerów NIP i PESEL notariuszy, którzy obsługują transakcje ujęte w portalu. Prezes UODO – jak wynika z dokumentów upublicznionych przez Rządowe Centrum Legislacji – przyjął te propozycje z zadowoleniem.

Ministerstwo zapewnia, że dostęp do danych o PESEL na potrzeby portalu będzie miał przy tym nadal tylko Ubezpieczeniowy Fundusz Gwarancyjny. To właśnie UFG będzie się zajmował prowadzeniem DOM-u. Dziś zresztą ma już dostęp do tych danych, bo prowadzi ewidencję transakcji na rynku nieruchomościowym.

Etap legislacyjny: przed Radą Ministrów

CO JEST W PROJEKCIE

DOM jawny na ziemi i pod ziemią

Portal DOM będzie zawierał dane o zawartych umowach sprzedaży domów i mieszkań.

Będzie tam można odnaleźć m.in.:

  • datę zawarcia umowy;
  • dane o wpisie aktu notarialnego do repertorium oraz dane o kancelarii notarialnej obsługującej transakcję;
  • numer księgi wieczystej nieruchomości objętej umową i adres tej nieruchomości;
  • rodzaj obiektu (dom czy mieszkanie);
  • cenę, za którą sprzedano obiekt;
  • powierzchnię użytkową, liczbę pokoi;
  • liczbę kondygnacji nadziemnych i liczbę kondygnacji podziemnych budynku, w którym znajduje się lokal.
Więcej treści z Rzeczpospolitej po zalogowaniu. Nie posiadasz dostępu? Kup online, korzystaj od razu! Sprawdź

Sprzedaż online: 122 transakcje to wcale nie musi być biznes

Szykuj się na nowy podatek, skarbówka idzie po sprzedających w sieci, zagrożonych jest 17 mln Polaków – tak różne media straszyły Dyrektywą DAC7 tych, którzy handlują na popularnych platformach internetowych (np. Allegro, Vinted czy OLX). W „Rzeczpospolitej” tonowaliśmy nastroje – dyrektywa nie wprowadza nowego podatku, a fiskus nie uzna każdego sprzedającego w sieci za przedsiębiorcę. Lektura wydanych po 31 stycznia (do tego dnia platformy musiały przesłać skarbówce raporty) interpretacji pokazuje, że mieliśmy rację.

Informacje dla fiskusa

Przypomnijmy, że przepisy wdrażające unijną Dyrektywę DAC7 obowiązują w Polsce od 1 lipca 2024 r. Na ich podstawie platformy musiały przesłać fiskusowi informacje o sprzedawcach, którzy przeprowadzili rocznie (chodzi o dane za 2023 i 2024 r.) przynajmniej 30 transakcji. A także o tych, którzy sprzedawali rzadziej, ale w sumie za więcej niż 2 tys. euro. Do sprawozdania powinni trafić też ci, którzy za pośrednictwem platform wynajmowali nieruchomości, środki transportu czy świadczyli różne usługi.

Krajowa Administracja Skarbowa informowała w kwietniu, że dostała raporty za 2023 i 2024 r. od 82 operatorów platform. Trafiło do nich ponad 177 tys. osób fizycznych oraz ponad 115 tys. innych podmiotów. Niektórzy od razu złożyli wnioski o interpretację. I co się okazuje? Fiskus potwierdza, że sprzedaż na platformach wcale nie musi być działalnością gospodarczą. I jeśli rzeczy, których się pozbywamy, mieliśmy dłużej niż pół roku (licząc od końca miesiąca, w którym je nabyliśmy), w ogóle nie musimy przejmować się podatkiem.

Oto przykłady. Kobieta sprzedaje w internecie używane rzeczy – odzież, obuwie, książki. W 2024 r. były to 122 transakcje. Przychód z tego tytułu wyniósł 4,5 tys. zł. Czy jest to działalność gospodarcza? Kobieta twierdzi, że nie, ponieważ sprzedaje tylko rzeczy, które nie są jej potrzebne, jest to „porządkowanie osobistych zasobów”.

Beck Akademia - praktyczne szkolenia online - sprawdź aktualny harmonogram Sprawdź

Dłużej niż pół roku

Co na to fiskus? Przypomniał, że w świetle ustawy o PIT przedsiębiorcą jest ten, kto działa w celach zarobkowych w sposób ciągły i zorganizowany. Działalności gospodarczej nie stanowi jednak sprzedaż, nawet wielokrotna, przedmiotów z majątku prywatnego, które nie były nabyte w celach handlowych. Tak jest w opisanej sprawie. Sprzedaż używanych rzeczy na platformie internetowej to zwykłe zarządzanie własnym majątkiem. Nie trzeba jej rozliczać tak jak biznesu. Oznacza to, że kobieta nie zapłaci podatku, ponieważ sprzedawane rzeczy miała dłużej niż pół roku (interpretacja nr 0114-KDIP3-1.4011.160.2025.1.BS).

Druga sprawa. Mężczyzna jest kolekcjonerem sportowych pamiątek. Głównie są to karty piłkarskie i autografy zawodników. Od dwóch lat wystawia je na sprzedaż na platformach internetowych. I trafił do raportu do skarbówki. Wynika z niego m.in., że w 2023 r. przeprowadził około 100 transakcji. Czy jest to działalność gospodarcza i od dochodu trzeba zapłacić PIT? Mężczyzna twierdzi, że nie. Podkreśla, że transakcje są nieregularne, a pieniądze przeznacza na rozwój swojej kolekcji. Zbieranie kart i autografów jest jego pasją, a nie działalnością zarobkową.

Skoro to tylko hobby, to nie jest pan przedsiębiorcą – przyznała skarbówka. „Fakt, że sprzedaż odbywa się za pośrednictwem platform internetowych, a nie w sposób bezpośredni, nie ma wpływu na kwalifikację tych transakcji jako działalności gospodarczej” – czytamy w interpretacji nr 0112-KDIL2-2.4011.94.2025.1.IM.

Podobnie było w sprawie innego kolekcjonera. W zeszłym roku odnotował 48 transakcji, w tym będzie ich dużo więcej, bo przez niecałe trzy miesiące sprzedał już 105 kart. Skarbówka o nim wie z raportu z platformy, wygląda jednak na to, że nic mu nie zrobi. Przyznała bowiem, że kolekcjoner nie jest przedsiębiorcą oraz, że sprzedaż nie podlega opodatkowaniu, bo karty miał dłużej niż pół roku (interpretacja nr 0114-KDIP3-1.4011.345.2025.1.BS).

Kogo fiskus może uznać za przedsiębiorcę? Tego, kto działa na większą skalę, sprzedaje takie same rzeczy, współpracuje ze stałymi dostawcami, intensywnie się reklamuje.

Opinia dla „Rzeczpospolitej”

Wojciech Kieszkowski

doradca podatkowy, wspólnik w Solveo Advisory

Dyrektywa DAC7 nie wprowadziła żadnego nowego podatku. Nie spowodowała też, że rodzice pozbywający się rampersów i śpiochów, z których wyrosło ich dziecko, stali się nagle przedsiębiorcami. Nawet jak mają na koncie ponad 30 transakcji rocznie. Potwierdzają to wydane w ostatnich miesiącach interpretacje. I widać, że krzykliwe i alarmujące nagłówki, jakie pojawiały się w licznych mediach, miały niewiele wspólnego z rzeczywistością (za to pewnie dobrze się klikały).

Oczywiście pozytywne interpretacje fiskusa nie oznaczają, że wszyscy handlujący w sieci mogą spać spokojnie. Skarbówka od wielu lat sprawdza tych najaktywniejszych. I to nie tylko pod kątem PIT, ale także VAT, gdzie definicja działalności gospodarczej jest pojemniejsza. Teraz skarbówka dostała wszystko na talerzu, na pewno więc jest jej łatwiej. Na razie nie widać, aby przekładało się to na zwiększenie i zaostrzenie kontroli. Ministerstwo Finansów zapowiadało jednak, że urzędnicy będą sprawdzać, skąd biorą się rozbieżności między danymi z raportów platform internetowych, a składanymi przez podatników deklaracjami.

Więcej treści z Rzeczpospolitej po zalogowaniu. Nie posiadasz dostępu? Kup online, korzystaj od razu! Sprawdź