Nie będzie problemu z wuzetkami
Chodzi o drugą wersję projektu (UD 316) nowelizacji ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym (Dz.U. z 2024 r. poz. 1130). W małym fragmencie dotyczy on wydawania decyzji o warunkach zabudowy (WZ). Dziś o „wuzetkę” może wystąpić każdy. Dla atrakcyjnych nieruchomości takich wniosków wpływa nawet kilkanaście. Ministerstwo Rozwoju i Technologii zdecydowało się, pod presją gmin, wprowadzić ograniczenia w wydawaniu popularnych „wuzetek”.
– Dotyczą one wnioskodawców. Chcemy wprowadzić zasadę, że wnioskodawcą będzie mogła być tylko osoba, która ma prawo do dysponowania nieruchomością na cele budowlane. Nie chcemy natomiast wprowadzać ograniczeń, co do liczby wydawanych decyzji o warunkach zabudowy. Uchylony ust. 1 art. 63 ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym mówi, że w odniesieniu do tego samego terenu decyzję o warunkach zabudowy można wydać więcej niż jednemu wnioskodawcy, doręczając odpis decyzji do wiadomości pozostałym wnioskodawcom i właścicielowi lub użytkownikowi wieczystemu nieruchomości. Nie odnosi się więc do liczby decyzji WZ tylko do liczby wnioskodawców – tłumaczy Tomasz Lewandowski, wiceminister rozwoju i technologii.
Mniej wnioskujących
Jego zdaniem, mimo uchylenia art. 63 ust. 1 nie ma przeszkód, by jeden podmiot występował o różne decyzje WZ na tę samą nieruchomość lub w przypadku zmiany podmiotu uprawnionego do dysponowania nieruchomością na cele budowlane, by ten nowy podmiot wystąpił o decyzję WZ.
– Uchylenie ust. 1 w art. 63 PlanZagospU jest konsekwencją dodania ust. 1a w art. 63 PlanZagospU – wyjaśnia minister Lewandowski.
Projektowany art. 1a precyzuje, że decyzję o warunkach zabudowy wydaje się wnioskodawcy, który ma prawo do dysponowania nieruchomością na cele budowlane. Ten tytuł prawny wynika z prawa własności i użytkowania wieczystego, ale też z ograniczonego prawa rzeczowego czy stosunku zobowiązaniowego. Przykładem tego ostatniego jest zawarcie umowy przedwstępnej, w której zakup nieruchomości przyszły nabywca uzależnia od uzyskania decyzji o warunkach zabudowy, dzięki której nabywca zrealizuje swój cel inwestycyjny. Projekt przewiduje także wprowadzenie obowiązku złożenia wraz z wnioskiem o WZ oświadczenia o posiadaniu prawa do dysponowania nieruchomością na cele budowlane, pod rygorem odpowiedzialności karnej.
Nowe regulacje, dotyczące wuzetek miałyby obowiązywać od 1 stycznia 2027 r.
– Te zmiany powinny być wprowadzone, jak najszybciej. Będziemy zabiegać, by zaczęły obowiązywać od 1 lipca – mówi Marek Wójcik, ekspert ds. legislacji Związku Miast Polskich.
Przepisy i intencja
Podczas gdy samorządowcy nie mogą się wprowadzenia projektowanych regulacji doczekać, ekspertów obsługujących inwestycje wyjaśnienia wiceministra Tomasza Lewandowskiego nie przekonują. Radczyni prawna, dr Agnieszka Grabowska-Toś, wspólniczka zarządzająca Kancelarii Radców Prawnych Kania Stachura Toś uważa, że wbrew założeniom, dla tego samego terenu nie będzie można wydać kilku decyzji o warunkach zabudowy (WZ), a już na pewno nie będzie można ich wydać różnym podmiotom.
– Powód jest analogiczny jak w przypadku pozwolenia na budowę: decyzja WZ ma potwierdzać prawo inwestora do dysponowania nieruchomością na cele budowlane, czyli uprawnienie do realizacji konkretnych robót opisanych w decyzji (po uzyskaniu późniejszego pozwolenia). Oczywiste jest przy tym, że dwóch różnych inwestorów nie może równocześnie dysponować tą samą nieruchomością w celu realizacji wykluczających się inwestycji – mówi ekspertka.
Dlatego też w jej ocenie, wprowadzenie zasady, według której wnioskujący o WZ musi wykazać prawo do dysponowania nieruchomością na cele budowlane, będzie dla właścicieli działek i inwestorów nie tylko poważnym utrudnieniem, ale realnie wpłynie na proces inwestycyjny i cały rynek nieruchomości.
Chodzi o sytuację, w której, zgodnie z projektowanymi przepisami, właściciel działki składa wniosek o WZ wraz z oświadczeniem, że posiada prawo do dysponowania nieruchomością pod budowę budynku wielorodzinnego. Po uzyskaniu decyzji postanawia jednak sprzedać działkę inwestorowi, który chce na niej postawić biurowiec. Zawierają umowę przedwstępną, w której właściciel udziela mu prawa do dysponowania nieruchomością na cele budowlane. Inwestor występuje o nową decyzję WZ i również oświadcza, że posiada do tego tytuł prawny. W obrocie prawnym nadal pozostaje jednak pierwotna decyzja WZ, z której wynika, że inny podmiot (właściciel) ma prawo do dysponowania tym terenem.
Liczne pytania
– Rodzą się więc pytania. Czy organ będzie mógł wydać inwestorowi nową decyzję WZ? Czy powinien wówczas weryfikować, komu faktycznie przysługuje prawo do nieruchomości? Czy uzyskanie nowej decyzji przez inwestora nie będzie wymagało uprzedniego wygaszenia decyzji wydanej właścicielowi, jak ma to miejsce przy pozwoleniu na budowę? Planowana nowelizacja tych wątpliwości nie rozwiązuje, natomiast mnoży pytania o praktyczne zastosowanie tych regulacji – mówi dr Grabowska-Toś.
Projektowana zmiana będzie już kolejną, którą w temacie wuzetek wywalczyły sobie gminy. W poprzedniej nowelizacji ustawy planistycznej zapewniły sobie zawieszenie terminów na wydanie decyzji do końca tego roku, dzięki czemu unikną płacenia kar za ich przekroczenie. Urzędnicy nie są w stanie obsłużyć fali wniosków, jaka zalała ich w ostatnich miesiącach. Jej powodem są, przede wszystkim, plany ogólne, na których przyjęcie projekt nowelizacji ustawy planistycznej daje im dwa miesiące więcej czasu, do 31 sierpnia 2026 r. Po przyjęciu planu możliwości wydawania WZ będą już mocno ograniczone.
Etap legislacyjny: konsultacje
[cta tekst=”Więcej treści z Rzeczpospolitej po zalogowaniu. Nie posiadasz dostępu? Kup online, korzystaj od razu!” link=” https://konfigurator.legalis.pl/#/landing-page?sou=legalis.pl&med=aktualnosci_belka&ter=rzeczpospolita&set
Związanie organu podatkowego danymi ewidencji gruntów
Na sądową wokandę trafiła sprawa dotycząca podatku od nieruchomości. Sprawa miała źródło w decyzji burmistrza ze stycznia 2025 r., w której dla właścicieli ustalono wysokość łącznego zobowiązania pieniężnego. W ramach tego zobowiązania wymierzono m.in. podatek od nieruchomości od lokali mieszkalnych, części wspólnych, garażu oraz gruntów pozostałych, a także podatek rolny od działki nr (…) o powierzchni 0,0459 ha, oznaczonej w ewidencji gruntów i budynków jako grunt rolny klasy IVb. Podatek rolny od tej działki wyniósł 15,17 zł.
Adresaci decyzji zaskarżyli ją w części dotyczącej opodatkowania wskazanej działki właśnie podatkiem rolnym. W odwołaniu podnieśli, że nieruchomość została nabyta jako działka budowlana, a następnie zabudowana domem jednorodzinnym w oparciu o stosowne decyzje administracyjne. Wskazali, że doszło do nieprawidłowych wpisów w rejestrze gruntów, które były przedmiotem postępowań przed sądami powszechnymi. Według ich twierdzeń, sąd okręgowy uchylił wcześniejszy wpis, wskazując, iż działka nie była i nie mogła być gruntem rolnym, a sąd wieczystoksięgowy przywrócił oznaczenie nieruchomości jako niezabudowanej.
Organ I instancji w odpowiedzi na odwołanie wskazał, że w ewidencji gruntów działka figuruje jako grunt rolny klasy IVb i brak jest informacji o zmianie jej klasyfikacji na teren mieszkaniowy. Organ podkreślił, że podatnicy corocznie otrzymywali decyzje podatkowe obejmujące podatek rolny od tej działki.
Historia nieruchomości
W dalszych pismach właściciele szczegółowo przedstawili historię nieruchomości. Wskazali, że księga wieczysta prowadzona jest od 1959 r., a nieruchomość pierwotnie stanowiła własność Skarbu Państwa. Została sprzedana w 1960 r. w trybie art. 6 ustawy z 28.5.1957 r. o sprzedaży przez Państwo domów mieszkalnych i działek budowlanych (Dz.U. z 1957 r. Nr 31, poz. 132), co – w ocenie skarżących – wykluczało jej rolny charakter. W 1997 r., przy modernizacji ewidencji, miało dojść do błędnej zmiany oznaczenia z gruntu budowlanego na grunt orny. W 1999 r. rozpoczęto budowę domu jednorodzinnego na podstawie uzyskanych decyzji o warunkach zabudowy i pozwolenia na budowę. Dopiero w 2021 r., w wyniku informacji starosty, w księdze wieczystej ujawniono zmianę przeznaczenia gruntu na orny. Próby wyjaśnienia sprawy w starostwie nie przyniosły rezultatu.
Samorządowe Kolegium Odwoławcze utrzymało w mocy decyzję organu I instancji. W uzasadnieniu powołało art. 21 ust. 1 ustawy z 19.5.1989 r. – Prawo geodezyjne i kartograficzne (t.j. Dz.U. z 2024 r. poz. 1151; dalej: PrGeodKart) wskazując, że podstawę wymiaru podatków stanowią dane z ewidencji gruntów i budynków. Zdaniem organu przedłożone przez stronę dokumenty – decyzje o warunkach zabudowy, pozwolenie na budowę oraz orzeczenie sądu powszechnego – nie rozstrzygają o rodzaju użytków gruntowych. Organ zaakcentował, że klasyfikacja gruntów ma bezpośredni wpływ na wysokość stawek podatkowych, a ewentualna zmiana wymaga uprzedniej modyfikacji danych ewidencyjnych.
Skarga do WSA
W skardze do sądu administracyjnego podatnicy zarzucili naruszenie prawa materialnego przez oparcie decyzji na – ich zdaniem – wadliwym rejestrze gruntów oraz naruszenie przepisów postępowania poprzez zaniechanie przeprowadzenia dowodów dotyczących nieprawidłowości wpisów z 1997 r. Wnieśli o uchylenie decyzji w części dotyczącej podatku rolnego.
Wyrokiem z 11.12.2025 r., I SA/Go 304/25, Legalis, Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gorzowie Wielkopolskim uchylił w całości decyzję organu odwoławczego. Organ wskazał, że zgodnie z art. 1a ust. 3 ustawy z 12.1.1991 r. o podatkach i opłatach lokalnych (t.j. Dz.U. z 2025 r. poz. 707), art. 1 ust. 1 ustawy z 15.11.1984 r. o podatku rolnym (t.j. Dz.U. z 2025 r. poz. 1344) oraz art. 21 ust. 1 PrGeodKart, podstawę wymiaru podatków stanowią dane zawarte w ewidencji gruntów i budynków. Dane te mają walor dokumentu urzędowego i co do zasady wiążą organ podatkowy, który nie jest uprawniony do ich samodzielnej zmiany.
Sąd odwołał się do ugruntowanego orzecznictwa Naczelnego Sądu Administracyjnego, w którym wyróżnia się dwie kategorie danych ewidencyjnych. Do pierwszej należą dane bezwzględnie wiążące, w tym rodzaj użytków gruntowych i klasy gleboznawcze. Do drugiej – dane o względnej mocy wiążącej, które mogą podlegać weryfikacji dowodowej w postępowaniu podatkowym, na podstawie art. 180 § 1 w zw. z art. 194 § 3 ustawy z 29.8.1997 r. – Ordynacja podatkowa (t.j. Dz.U. z 2025 r. poz. 111; dalej: OrdPU). Możliwość podważenia danych z ewidencji występuje wtedy, gdy wpis nie odpowiada dokumentowi, na podstawie którego został dokonany, gdy jest sprzeczny z innym rejestrem publicznym mającym ustawowe pierwszeństwo albo gdy oparcie rozstrzygnięcia wyłącznie na danych ewidencyjnych prowadziłoby do pominięcia przepisów prawa podatkowego. Jednocześnie sąd podkreślił, że organ podatkowy nie może w trybie art. 194 § 3 OrdPU dokonywać faktycznej zmiany zapisów ewidencji; zmiana taka może nastąpić wyłącznie w trybie przewidzianym w PrGeodKart.
Bezrefleksyjne przyjęcie danych z ewidencji
Na tle tych zasad WSA uznał, że w sprawie powstały istotne wątpliwości co do zgodności wpisu ewidencyjnego z rzeczywistym stanem prawnym i faktycznym. Z dokumentów zgromadzonych w aktach administracyjnych – w tym z decyzji o warunkach zabudowy z 1998 r., zawiadomień sądu wieczystoksięgowego oraz z uzasadnienia postanowienia sądu okręgowego z 2022 r. – wynikało, że nieruchomość była zbyta jako działka budowlana, a jej powierzchnia i sposób nabycia nie wskazywały na rolny charakter. Sąd powszechny zwrócił uwagę na możliwość błędu przy modernizacji ewidencji w latach 90., w wyniku którego działkę oznaczono jako grunt orny mimo braku podstaw.
Zdaniem WSA organy podatkowe ograniczyły się do bezrefleksyjnego przyjęcia danych z ewidencji, nie wyjaśniając wątpliwości wynikających z treści księgi wieczystej i ustaleń sądu powszechnego. Tym samym naruszyły art. 122 OrdPU, wyrażający zasadę prawdy materialnej, w związku z art. 194 § 3 OrdPU. Niepodjęcie działań zmierzających do wszechstronnego wyjaśnienia charakteru nieruchomości, w sytuacji istnienia rozbieżności między rejestrami, stanowiło istotne uchybienie procesowe.
Wyrok WSA w Gorzowie Wielkopolskim z 11.12.2025 r., I SA/Go 304/25 , Legalis
NSA: wykład na aplikacji radcowskiej to nie utwór i nie ma umowy o dzieło
Istota sporu
Wyrokiem z 14.7.2022 r., VI SA/Wa 616/22, Legalis, WSA w Warszawie oddalił skargę A. (dalej: Skarżąca) na decyzję Prezesa Narodowego Funduszu Zdrowia z 18.1.2022 r. w przedmiocie stwierdzenia podlegania obowiązkowi ubezpieczenia zdrowotnego.
Spór prawny w sprawie dotyczy oceny umowy zawartej przez Skarżącą z J.K. (wykładowcą; dalej: Uczestnik postępowania), do której należało stosować przepisy dotyczące umowy zlecenia, nie zaś umowa o dzieło. To uzasadniało wniosek, że Uczestnik postępowania podlegał, w okresie wskazanym w ww. decyzji, obowiązkowi ubezpieczenia zdrowotnego. Postępowanie w sprawie było prowadzone w tym przedmiocie. Zgodnie z art. 66 ust. 1 pkt 1 lit e) ustawy z 27.8.2004 r. o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych (t.j. Dz.U. z 2025 r. poz. 1461), obowiązkowi ubezpieczenia zdrowotnego podlegają osoby spełniające warunki do objęcia ubezpieczeniami społecznymi lub ubezpieczeniem społecznym rolników, które są osobami wykonującymi pracę na podstawie umowy agencyjnej lub umowy zlecenia albo innej umowy o świadczenie usług, do której stosuje się przepisy KC dotyczące zlecenia lub osobami z nimi współpracującymi.
Brak znaczenia woli stron umowy
NSA wskazał, że art. 65 § 2 KC w zakresie, w jakim przy badaniu umów daje pierwszeństwo kryterium zgodnego zamiaru stron, nie znajduje zastosowania przy kwalifikowaniu umów dla potrzeb ustalenia podlegania obowiązkowi ubezpieczenia zdrowotnego. Nie może i nie powinno budzić żadnych wątpliwości, że – nawet jeżeli taki byłby zgodny zamiar kontrahentów – strony umowy nie mogą oświadczeniem woli kształtować swych publicznoprawnych obowiązków odmiennie, niż wynika to z przepisów administracyjnego prawa materialnego. Autonomia woli stron w zakresie odnoszącym się do kształtowania treści umowy nie może prowadzić do nadawania tej umowie treści odmiennych od tych, które wynikają z przyjętych umową postanowień, a tym samym prowadzić do dowolnego kwalifikowania zawartej umowy, wbrew jej treści oraz wbrew prawu i mieć przesądzający charakter (wyrok NSA z 3.2.2021 r., II GSK 1492/18, Legalis).
Umowa o dzieło a umowa zlecenia
Z przepisów regulujących umowę o dzieło wynika, że:
- między stronami ww. umowy nie występuje jakikolwiek stosunek zależności lub podporządkowania,
- przyjmujący zamówienie, zobowiązując się do wykonania dzieła, może współdziałać z zamawiającym, jeżeli współdziałanie jest potrzebne do wykonania dzieła i nie ciąży na nim zasadniczo obowiązek osobistego wykonania dzieła chyba, że wynika to z umowy o dzieło lub charakteru dzieła,
- przedmiot umowy może być określony w różny sposób i różny może być stopień dokładności takiego określenia, pod warunkiem że nie budzi wątpliwości o jakie dzieło chodzi,
- cechą konstytutywną dzieła jest samoistność (materialnego lub niematerialnego) rezultatu, a mianowicie, że (z chwilą ukończenia dzieła) staje się on niezależny od osoby twórcy i może stanowić samodzielny byt posiadający autonomiczną wartość w obrocie prawnym.
Przedmiotem umowy o dzieło jest więc doprowadzenie do powstania samoistnego, jednorazowego oraz weryfikowalnego rezultatu (materialnego lub niematerialnego) – bez względu przy tym na rodzaj i intensywność świadczonej w tym celu pracy i staranności – co oznacza, że dzieło jest w każdym przypadku wytworem przyszłym, który w momencie zawarcia umowy nie istnieje, a istotnym kryterium umożliwiającym odróżnienie umowy o dzieło od umowy zlecenia lub umowy o świadczenie usług jest możliwość poddania dzieła sprawdzianowi na istnienie wad fizycznych, co stanowi jednocześnie charakterystyczny element umowy o dzieło.
Z kolei z przepisów odnoszących się do umów o świadczenie usług, do których odpowiednio mają zastosowanie przepisy o zleceniu wynika, że przedmiotem ww. umów jest wykonywanie lub wykonanie czynności dla innej osoby (osób) i w jej (ich interesie), które polega na zobowiązaniu do starannego działania – z czym łączy się jednocześnie brak uzgodnienia obowiązku osiągnięcia szczegółowo określonego, przyszłego, samoistnego materialnego lub ucieleśnionego materialnie rezultatu, uznawanego za kryterium prawidłowego spełnienia świadczenia głównego przez wykonującego usługę (umowa starannego działania, a nie rezultatu) – a także na osobistym spełnieniu świadczenia przez wykonawcę (usługobiorcę; zleceniobiorcę), przy – co do zasady – oparciu umowy na szczególnym zaufaniu do wykonującego usługę.
Umowa o dzieło autorskie
W przypadku umowy o dzieło autorskie, w postaci utworu naukowego (wykładu), przesłanką przedmiotowo istotną (przesądzającą) jest jego zakres, którego wskazanie nie może się ograniczać do danej dziedziny nauki, albowiem tak szeroko ujęty przedmiot umowy uniemożliwia jego identyfikację wśród innych utworów intelektualnych, dotyczących tego samego zakresu (wyrok SN z 28.8.2014 r., II UK 12/14, Legalis). Możliwa jest umowa o dzieło, której przedmiotem jest wygłoszenie wykładu, to jednak pod warunkiem, że można mu przypisać cechy utworu, a ten warunek spełnia tylko wykład naukowy o charakterze niestandardowym, niepowtarzalnym, wypełniający kryteria twórczego i indywidualnego dzieła naukowego, nie zaś działania polegające na wykonywaniu czynności wymagających określonej wiedzy i zdolności do jej przekazania (wyrok SN z 4.6.2014 r., II UK 548/13, Legalis). Obiektywnie nauczyciel (wykładowca) podlega pracodawcy w zakresie prowadzenia dydaktyki. Jeżeli tak, to – w korespondencji do cech odróżniających umowę o dzieło od umowy zlecenia (świadczenia usług) – stosunek prawny, wynikający z umowy o dzieło, nie ma charakteru zobowiązania trwałego (ciągłego). Stanowi zobowiązanie do świadczenia jednorazowego i to po obu stronach tego stosunku. Zobowiązanie z art. 627 KC polega na wykonaniu nie jakiegokolwiek dzieła, ale oznaczonego, co następuje pierwotnie, w trakcie sporządzania, zawierania umowy.
Stanowisko NSA
Z przedmiotu umowy – przygotowanie i wygłoszenie wykładu dla aplikantów radcowskich na temat: „Ustawa o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym” – nie sposób zrekonstruować istnienia sprawdzalnych parametrów uzgodnionego dzieła, a tym samym jego rezultatu. Przygotowanie i przeprowadzenie wykładu dla aplikantów radcowskich, którego celem jest przekazanie wiedzy z danej dziedziny prawa, służy przygotowaniu do przystąpienia do egzaminu państwowego w celu uzyskania uprawnień radcy prawnego. Przyjmujący zamówienie (wykładowca) może jedynie zobowiązać się do starannego przeprowadzenia wszystkich zleconych mu czynności edukacyjnych, nie przyjmując jednak na siebie odpowiedzialności za ich rezultat (wyrok SN z 18.4.2012 r., II UK 187/11, Legalis).
Działania i czynności podjęte w wykonaniu spornej umowy nie miały cech twórczych, indywidualizujących dzieło, jako ich rezultat. Faktem jest, że podczas zajęć szkoleniowych oraz wykładów dobór słów, przykładów może być inny – podobnie, jak różny może być zbiór samodzielnie wybranych i przystosowanych materiałów dydaktycznych – to jednak nie zmienia to typowej usługi w wymagany efekt. Wkład w postaci wysiłku umysłowego wymagany jest przy każdej pracy umysłowej i jest wykładnikiem tylko obowiązku starannego działania. Ochronie prawa autorskiego – jak wynika z art. 1 ust. 21 ustawy z 4.2.1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. z 2025 r. poz. 24) nie podlegają działania o charakterze odtwórczym, polegające na wykonywaniu czynności wymagających określonej wiedzy i zdolności do jej przekazywania. Sam pomysł, czy też koncepcja wykładu – jeżeli nie została skonkretyzowana w danym wykładzie, jako utworze, nie podlega ochronie (wyrok SN z 4.6.2014 r., II UK 543/13, Legalis).
Wykład, przeprowadzony w ramach zajęć szkoleniowych dla aplikantów radcowskich, zważywszy na przedmiot, miejsce oraz termin przeprowadzenia tychże zajęć, stanowił cykl powtarzających się czynności, cykl usystematyzowanych i powtarzających się zajęć dydaktycznych, co uzasadnia wniosek, że ich celem było przekazywanie wiedzy z danej dziedziny prawa, w ramach programu kształcenia aplikantów radcowskich. Zajęciom szkoleniowym przeprowadzonym przez Uczestnika postępowania oraz w oparciu o przygotowane przez niego materiały na podstawie spornej w sprawie umowy nie można przypisać cech utworu.
W związku z powyższym, NSA oddalił skargę kasacyjną.
Komentarz
Rozpatrując stan faktyczny sprawy NSA wypowiedział się na temat kwalifikacji, charakteru prawnego umowy o wykład szkoleniowy. Po dokonaniu porównania stanu prawnego relewantnego dla umowy o dzieło i umowy o świadczenie usług NSA uznał, że z ww. umowie nie można przypisać cech związanych z rezultatem jej wykonania. Stąd należy do niej stosować przepisy dotyczące umów o świadczenie usług, ze wszystkimi tego konsekwencjami, w tym także w zakresie obowiązkowych ubezpieczeń (tu: zdrowotnych).
Wyrok NSA z 10.2.2026 r., II GSK 2088/22
Rada Ministrów: przegląd decyzji z posiedzenia 10.3.2026 r.
Rząd przyjął następujące projekty ustaw i uchwał:
- Projekt ustawy o zmianie ustawy o ochronie zdrowia przed następstwami używania tytoniu i wyrobów tytoniowych (UD213);
- Projekt ustawy o zmianie ustawy o języku polskim oraz ustawy o Narodowej Agencji Wymiany Akademickiej (UD47);
- Projekt uchwały Rady Ministrów w sprawie zmiany Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększania Odporności (IC22);
- Projekt uchwały Rady Ministrów w sprawie Strategii Cyberbezpieczeństwa Rzeczypospolitej Polskiej (ID131).
Zakaz sprzedaży papierosów elektronicznych
Zmiany dotyczą ustawy z 9.11.1995 r. o ochronie zdrowia przed następstwami używania tytoniu i wyrobów tytoniowych (t.j. Dz.U. z 2024 r. poz. 1162). Projekt wprowadza bezwzględny zakaz sprzedaży jednorazowych papierosów elektronicznych (z nikotyną lub bez). Objęte nim zostaną także woreczki nikotynowe ze smakowymi aromatami oraz gumy i plastry nikotynowe, które nie zostały zakwalifikowane jako produkty lecznicze. Celem wprowadzenia takich rozwiązań jest przede wszystkich ochrona zdrowia, w szczególności młodych osób.
Projekt przewiduje nową definicję jednorazowego e-papierosa jako urządzenia, którego nie można ponownie napełnić płynem ani używać z wymiennymi wkładami. Do sprzedaży dopuszczone zostaną jedynie woreczki nikotynowe zawierające składniki, które nadają smak lub zapach tytoniu.
Za wprowadzenie do sprzedaży zakazanych wyrobów ma grozić grzywna nawet do 200 tys. zł, kara ograniczenia wolności lub obie kary łącznie. W ramach lepszej kontroli Inspekcja Sanitarna i Inspekcja Handlowa zyskają uprawnienia do zlecania badań laboratoryjnych w kierunku spełniania przez produkty norm technicznych.
Produkty, które nie spełnią nowych wymagań, pozostaną w sprzedaży do 6 miesięcy od dnia wejścia w życie ustawy. Po tym czasie ich sprzedaż stanie się nielegalna.
Lepsza organizacja egzaminów państwowych z języka polskiego
Przyjęte przez rząd rozwiązania mają przede wszystkim usprawnić organizację egzaminów z języka polskiego jako obcego, zwiększyć do nich dostęp i ulepszyć nadzór nad certyfikacją. Zmiany zostaną wprowadzone w dwóch ustawach: ustawie z 7.10.1999 r. o języku polskim (t.j. Dz.U. z 2026 r. poz. 81) oraz ustawie z 7.7.2017 r. o Narodowej Agencji Wymiany Akademickiej (t.j. Dz.U. z 2025 r. poz. 1643).
W projekcie ustawy zostały ustalone dwie grupy wiekowe zdających egzamin: do 16 lat i powyżej 16 lat. Maksymalnie do egzaminu w jednej grupie będzie mogło podejść 30 osób, a nie jak dotychczas – 20 osób.
O uprawnienia do organizacji egzaminów będą mogły ubiegać się polskie i zagraniczne uczelnie, które od co najmniej kilku lat prowadzą nauczanie języka polskiego jako obcego. Aby ułatwić proces tworzenia komisji egzaminacyjnych, egzaminatorami będą mogły byś także osoby z wykształceniem wyższym, które nie ukończyły filologii polskiej, ale posiadają odpowiednie doświadczenie w nauczaniu języka polskiego jako obcego.
Wprowadzone zostaną ułatwienia dla osób z niepełnosprawnościami – osoby z poważnymi problemami ze słuchem lub mową będą mogły zostać zwolnione z części ustnej egzaminu, jeśli ich stan zdrowia uniemożliwia jej zdanie.
Podniesiony zostanie także poziom biegłości językowej z B1 do B2, który będzie mógł potwierdzać znajomość języka polskiego bez konieczności zdawania egzaminu przez absolwentów niektórych szkół średnich posiadających świadectwo dojrzałości z języka polskiego. Uprawnienie to obejmie również osoby, które ukończyły polskie licea w kraju lub przy placówkach dyplomatycznych RP za granicą. Jednocześnie zwiększona zostanie kontrola oceniania prac pisemnych – ponownie sprawdzanych będzie 30% prac, zamiast dotychczasowych 20%.
Nowe przepisy mają wejść w życie przed rozpoczęciem rekrutacji na studia w roku akademickim 2026/2027.
Rewizja Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększania Odporności
Celem rewizji Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększania Odporności (KPO) jest ograniczenie ryzyka otrzymania przez Polskę niepełnych refundacji z Komisji Europejskiej za ostatnie wnioski o płatność oraz zapewnienie skutecznej realizacji kluczowych reform i inwestycji przewidzianych w programie. Planowana zmiana obejmuje wyłącznie elementy niezbędne do sprawnego zakończenia realizacji KPO.
Najważniejszym elementem rewizji jest modyfikacja reformy E1.1 dotyczącej wzrostu wykorzystania transportu przyjaznego dla środowiska, w szczególności kamieni milowych E3G i E4G. Zmiany mają na celu dostosowanie zobowiązań wynikających z tych kamieni milowych do realnych możliwości wdrożeniowych.
Rewizja KPO jest ostatnią planowaną zmianą dokumentu przed zakończeniem jego realizacji, przewidzianym na III kwartał 2026 r. Jej wprowadzenie ma przede wszystkim ograniczyć ryzyko nałożenia kar finansowych przez Komisję Europejską, które w przypadku niezrealizowania wskazanych kamieni milowych mogłyby wynieść nawet 4 mld euro. Dzięki proponowanym zmianom możliwe będzie dalsze, efektywne wdrażanie celów KPO.
Strategia Cyberbezpieczeństwa Polski do 2029 r.
Dokument wyznacza kierunki działań państwa w zakresie ochrony przed zagrożeniami w cyberprzestrzeni do 2029 r. Jego celem jest wzmocnienie bezpieczeństwa systemów informatycznych w administracji publicznej, gospodarce oraz w codziennym życiu obywateli. Strategia zakłada zwiększenie odporności Polski na cyberataki, rozwój krajowego systemu cyberbezpieczeństwa oraz budowę kompetencji i technologii niezbędnych do ochrony państwa w świecie cyfrowym.
Jednym z kluczowych filarów strategii jest suwerenność technologiczna, zakładająca ograniczenie udziału dostawców wysokiego ryzyka oraz rozwój krajowych technologii i systemów certyfikacji. Istotnym elementem jest również skuteczniejsza walka z cyberprzestępczością, w tym z kradzieżą tożsamości czy wykorzystywaniem fałszywych kart SIM, a także usprawnienie dostępu organów ścigania do informacji o sprawcach przestępstw.
Strategia przewiduje także rozbudowę struktur cyberbezpieczeństwa, w tym wzmocnienie centralnej instytucji koordynującej działania państwa (PCOC) oraz rozwój sektorowych zespołów reagowania na incydenty (CSIRT). Ważnym obszarem jest również zwiększenie odporności infrastruktury publicznej poprzez programy takie jak „Cyberbezpieczny Samorząd” czy „Cyberbezpieczne wodociągi” oraz rozszerzenie ochrony anty-DDoS dla kluczowych instytucji państwowych i Sił Zbrojnych RP.
Dokument zakłada również rozwój krajowej kryptologii, bezpiecznych rozwiązań chmurowych, wzmocnienie bezpieczeństwa łańcuchów dostaw oraz wsparcie badań i innowacji w obszarze cyberbezpieczeństwa. Istotnym elementem strategii jest budowanie kompetencji specjalistów, podnoszenie świadomości obywateli i przedsiębiorców oraz wzmacnianie międzynarodowej współpracy Polski w obszarze bezpieczeństwa cyfrowego.
Mniej formalizmu przy skardze kasacyjnej?
To sedno czwartkowej uchwały siedmiu sędziów Izby Cywilnej SN, podjętej przy trzech zdaniach odrębnych, która powinna ułatwić poprawne składanie skarg kasacyjnych.
Kwestia ta wynikła w sprawie frankowej, ale dotyczy ona także innych spraw cywilnych trafiających do Sądu Najwyższego. W tej sprawie sąd okręgowy orzekł, że umowa kredytu powódki z pozwanym mBankiem jest nieważna, a Sąd Apelacyjny w Warszawie zmienił wyrok, zasądzając od banku na jej rzecz 89 tys. zł. Powódka wniosła jednak skargę kasacyjną, zaskarżając wyrok SA w części, tj. niezasądzenie jej od banku odsetek. Jednocześnie wniosła o uchylenie wyroku SA i przekazanie sprawy do ponownego rozpoznania, ewentualnie o jego zmianę, nie oznaczając zakresu żądanego uchylenia ani zmiany.
Rozpatrując tę skargę, trzyosobowy skład SN powziął wątpliwości, które skierował w pytaniu prawnym do rozszerzonego składu SN. Chodziło o rozstrzygnięcie kwestii: czy skarga kasacyjna, w której zakres zaskarżenia orzeczenia określono niezgodnie z zakresem wniosku o uchylenie lub zmianę tego orzeczenia, podlega odrzuceniu bez merytorycznego rozpoznania. Przepisy w tym zakresie są niejednoznaczne, a są za to często podstawą do odrzucenia skargi kasacyjnej bez jej merytorycznego rozpoznania. Chodzi o art. 3984 § 1 pkt 1 KPC, mówiący, że skarga kasacyjna powinna wskazywać, czy zaskarża dane orzeczenie w całości czy w części, a zgodnie z § 2 pkt 3 tegoż artykułu powinna zawierać też wniosek o uchylenie lub zmianę orzeczenia z oznaczeniem zakresu żądanego uchylenia i zmiany. W orzecznictwie przyjmowano w zasadzie jednolicie, że wskazany w skardze zakres zaskarżenia oraz wniosku o uchylenie lub zmianę orzeczenia muszą być ze sobą ściśle skorelowane, a brak tej korelacji skutkuje odrzuceniem skargi bez wzywania do uzupełnienia braków (ta korelacja nie jest niezbędna wyjątkowo w sprawie o podział majątku wspólnego).
Autorzy pytania wskazali w jego uzasadnieniu, że skarga kasacyjna, jak każde pismo procesowe, podlega interpretacji, więc pewne niedoskonałości w jej skonstruowaniu mogą zostać usunięte w drodze „przyjaznej wykładni tekstu skargi”. Jest to jednak w przypadku skargi kasacyjnej ograniczone, gdyż jest ona przygotowywana przez wykwalifikowanych prawników (tzw. przymus adwokacki), od których można wymagać zachowania wymaganych reguł. Odejście od wykładni literalnej i ustępstwo względem jednego uczestnika postępowania może uderzać w innego.
Sędzia Marcin Krajewski powiedział w uzasadnieniu czwartkowej uchwały, że utrzymywanie dominującej dotychczas linii orzeczniczej, domagającej się bezwzględnej korelacji między zakresem zaskarżenia a wnioskiem o uchylenie zaskarżonego orzeczenia, nie zasługuje na kontynuację. Nie ma ona literalnej podstawy w treści przepisów KPC. i nie przemawiają za nią wystarczająco względy celowościowe. Taki formalizm może powodować wątpliwości co do jego konstytucyjności.
– Ta uchwała uprości formułowanie skarg kasacyjnych i tym samym ich stosowanie oraz dostęp do SN – uważa pełnomocnik powódki mec. Mariusz Korpalski. Podobne stanowisko zajęła przed SN pełnomocnik banku mec. Zuzanna Biernacka.
Sygnatura akt: III CZP 29/25
Marcin Szymański
adwokat
Sąd Najwyższy zasadnie zrezygnował w czwartkowej uchwale z nadmiernego formalizmu przy ocenie spełnienia wymogu oznaczenia w skardze kasacyjnej zakresu wniosku o zmianę lub uchylenie zaskarżonego wyroku w przypadku, gdy formalizm taki nie jest podyktowany potrzebą ochrony słusznych interesów przeciwnika procesowego lub zapewnienia sprawnego przebiegu postępowania. To rozsądne stanowisko ułatwia składanie skarg kasacyjnych, a także ograniczy sytuacje, w których strona procesu wyjdzie z sądu z przekonaniem, że nie została wysłuchana.
Ponad 11 mln zł kary za nieprawidłowe upoważnienia do przetwarzania danych
Stan faktyczny
Postępowanie zostało wszczęte z urzędu po przeprowadzeniu przez Prezesa UODO czynności kontrolnych w spółce świadczącej usługi doręczania przesyłek kurierskich. Kontrola obejmowała sposób przetwarzania danych osobowych nadawców i adresatów przesyłek w związku z realizacją usług kurierskich, w szczególności w zakresie organizacji procesu transportu przesyłek oraz stosowanych środków organizacyjnych i technicznych służących ochronie danych.
W toku kontroli ustalono, że administrator przetwarzał dane osobowe klientów w systemach informatycznych oraz w formie papierowej na etykietach adresowych przesyłek. Zakres przetwarzanych danych obejmował m.in.: imię i nazwisko, adres poczty elektronicznej, numer telefonu, adres nadania i doręczenia przesyłki, numer rachunku bankowego w przypadku przesyłek za pobraniem, nazwę działalności gospodarczej, numer przesyłki oraz podpis nadawcy i adresata.
Jednocześnie ustalono, że spółka korzystała z usług zewnętrznych przewoźników wykonujących transport przesyłek pomiędzy oddziałami oraz od dużych klientów biznesowych do oddziałów operatora. W umowach zawartych z tymi podmiotami nie przewidziano jednak postanowień dotyczących powierzenia przetwarzania danych osobowych. Spółka argumentowała, że przewoźnicy wykonują wyłącznie czynności transportowe i nie mają dostępu do danych osobowych znajdujących się na przesyłkach.
Kontrola wykazała ponadto nieprawidłowości w systemie nadawania upoważnień do przetwarzania danych osobowych pracownikom. Spółka wdrożyła elektroniczną platformę szkoleniową, w ramach której nowo zatrudniony pracownik po odbyciu szkolenia z zakresu ochrony danych i zaliczeniu testu otrzymywał automatycznie wygenerowany plik z treścią mającą stanowić upoważnienie do przetwarzania danych. Dokument ten nie zawierał jednak danych identyfikujących osobę upoważnioną ani podpisu osoby udzielającej upoważnienia. Dodatkowo w spółce nie wyznaczono osoby uprawnionej do nadawania upoważnień do przetwarzania danych, mimo że taki obowiązek przewidywała obowiązująca polityka ochrony danych.
W toku postępowania spółka wskazała, że rozpoczęła działania naprawcze polegające na aneksowaniu umów z przewoźnikami w celu zawarcia umów powierzenia przetwarzania danych oraz na zmianie procedury nadawania upoważnień pracownikom.
Stan prawny i ocena organu
Prezes UODO uznał, że opisany sposób organizacji współpracy z przewoźnikami prowadził do naruszenia art. 28 ust. 3 rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27.4.2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) (Dz.Urz. UE L z 2016 Nr 119, s. 1; dalej: RODO). Przepis ten stanowi, że przetwarzanie danych przez podmiot przetwarzający powinno odbywać się na podstawie umowy lub innego instrumentu prawnego regulującego relację między administratorem a procesorem, określającego w szczególności przedmiot i cel przetwarzania oraz obowiązki i prawa administratora.
Organ wskazał, że z treści umów zawartych z przewoźnikami wynikało, iż wykonywali oni transport przesyłek przy użyciu własnych środków transportu oraz uczestniczyli w czynnościach załadunku i rozładunku. W ocenie Prezesa UODO oznaczało to, że mieli faktyczny dostęp do przesyłek, w tym do etykiet adresowych zawierających dane osobowe nadawców i adresatów, a w czasie transportu sprawowali nad nimi faktyczne władztwo.
W konsekwencji Organ uznał, że przewoźnicy – realizując transport w ramach procesu doręczania organizowanego przez spółkę – przetwarzali dane osobowe w jej imieniu, co najmniej w zakresie ich przechowywania oraz dostępu do danych znajdujących się na etykietach adresowych. Nie określali oni przy tym samodzielnie celów ani sposobów przetwarzania, lecz działali w ramach procesu organizowanego przez administratora, co uzasadniało zakwalifikowanie ich jako podmiotów przetwarzających w rozumieniu art. 4 pkt. 8 RODO.
Brak zawarcia umów powierzenia został uznany nie tylko za naruszenie art. 28 ust. 3 RODO, lecz także za naruszenie zasady zgodności z prawem (art. 5 ust. 1 lit. a RODO) oraz zasady rozliczalności (art. 5 ust. 2 RODO).
Drugie z naruszeń dotyczyło organizacji procesu nadawania upoważnień do przetwarzania danych osobowych. Prezes UODO uznał, że automatyczne generowanie plików z treścią upoważnienia w systemie szkoleniowym nie stanowiło prawidłowego polecenia administratora w rozumieniu art. 29 RODO. Dokumenty te nie pozwalały bowiem ustalić, kto udzielił upoważnienia oraz komu zostało ono udzielone.
Organ podkreślił, że administrator powinien wdrożyć środki pozwalające wykazać, że osoby mające dostęp do danych przetwarzają je wyłącznie na jego polecenie. W ocenie Prezesa UODO system stosowany w spółce nie zapewniał wymaganej rozliczalności, a ponadto spółka nie wdrożyła w pełni własnej polityki ochrony danych, ponieważ nie wyznaczyła osoby upoważnionej do nadawania upoważnień. Działania te zostały zakwalifikowane jako naruszenie art. 29 oraz art. 32 ust. 1 i 4 RODO, a także zasady poufności wynikającej z art. 5 ust. 1 lit. f RODO.
Prezes UODO uznał, że naruszenia te stanowiły dwa odrębne zachowania administratora, co pozwoliło na nałożenie dwóch oddzielnych administracyjnych kar pieniężnych.
Sankcja administracyjna
Za naruszenie polegające na braku zawarcia umów powierzenia przetwarzania danych osobowych z przewoźnikami Prezes UODO nałożył na spółkę karę w wysokości 6 251 471 zł. Drugie naruszenie, dotyczące niewdrożenia odpowiednich środków organizacyjnych zapewniających przetwarzanie danych wyłącznie na polecenie administratora, skutkowało nałożeniem kary w wysokości 5 209 559 zł.
Łączna wysokość sankcji przekroczyła 11 mln zł.
Decyzja Prezesa UODO zwraca uwagę na dwa praktyczne aspekty stosowania RODO w organizacjach przetwarzających dane na dużą skalę.
Po pierwsze, znaczenie ma prawidłowa kwalifikacja relacji z podmiotami współpracującymi przy realizacji usług. Organ wskazał, że w przypadku transportu przesyłek przewoźnicy mogą zostać uznani za podmioty przetwarzające, jeżeli w ramach wykonywania usług mają dostęp do danych osobowych znajdujących się na przesyłkach lub sprawują nad nimi faktyczną kontrolę w czasie transportu. W takiej sytuacji konieczne jest zawarcie umowy powierzenia przetwarzania danych, spełniającej wymagania art. 28 RODO.
Po drugie, decyzja podkreśla znaczenie właściwego dokumentowania poleceń administratora wobec osób przetwarzających dane w organizacji. Samo odbycie szkolenia z zakresu ochrony danych czy potwierdzenie zapoznania się z zasadami przetwarzania danych nie jest równoznaczne z udzieleniem upoważnienia do przetwarzania danych osobowych. Administrator powinien być w stanie wykazać, kto udzielił upoważnienia, komu zostało ono udzielone oraz jaki jest jego zakres.
Warto wskazać, że choć przepisy RODO nie określają szczegółowych wymogów formalnych dotyczących formy udzielenia upoważnienia, a ich celem jest przede wszystkim zapewnienie, aby osoby mające dostęp do danych przetwarzały je wyłącznie na polecenie administratora, stanowisko Prezesa UODO wskazujące na konieczność spełnienia określonych wymogów formalnych może budzić wątpliwości interpretacyjne. W tym kontekście pojęcie „osoby działającej z upoważnienia administratora”, o którym mowa w art. 29 RODO, bywa rozumiane szerzej, jako funkcjonalne podporządkowanie pracownika procesowi przetwarzania danych organizowanemu przez administratora, a nie wyłącznie jako dysponowanie formalnym oświadczeniem woli o udzieleniu upoważnienia.
Sprawa ta wskazuje, że w przypadku dużych podmiotów przetwarzających dane na szeroką skalę szczególne znaczenie ma zarówno prawidłowe uregulowanie relacji z podmiotami zewnętrznymi, jak i zapewnienie rozliczalnego systemu zarządzania dostępem do danych wewnątrz organizacji.
Niepowodzenie leczenia implantologicznego nie zawsze oznacza błąd lekarza
Przebieg leczenia
Pacjent zgłosił się lekarza dentysty w 2010 r. w celu leczenia implantologicznego (uzupełnienie braków w uzębieniu). Na stale zamieszkiwał za granicą, jednak zdecydował się na leczenie w Polsce.
Zaplanowano przebieg leczenia i określono następujące etapy:
- pierwszy etap – diagnostyka – pantomogram zębów oraz zabieg wszczepienia implantów przez jednego lekarza (następnie pozwanego w sprawie),
- drugi etap – kontynuacja leczenia w zakresie implantoprotetyki u innego lekarza praktykującego w tym samym gabinecie (którego powód nieprawidłowo uznał za pracownika pozwanej, chociaż była to lekarka prowadząca indywidualny gabinet w tej samej lokalizacji, co pozwana).
Pacjent wykonał badanie diagnostyczne. Zabieg wszczepienia implantów miał miejsce na początku 2011 r. Pacjent został zakwalifikowany do zabiegu, stan przyzębia określono w dokumentacji medycznej jako dobry. Pacjent wyraził niezbędne zgody na leczenie. Oświadczył, że jest mu znany przebieg i plan dalszego leczenia, oraz że poinformowano go o mogących wystąpić po zabiegu objawach.
Tego samego dnia dokonano uzupełnienia kości materiałem kościotwórczym oraz nastąpiło wszczepienie implantu. W kolejnych dniach odbyły się wizyty kontrolne, potem zdjęcie szwów. Po około pół roku, w lipcu 2011 r., dokonano zabiegu odsłonięcia implantów i wprowadzenia dwóch łączników (śrub) zabliźniających na okres 2 tygodni. Na tym zakończył się pierwszy etap leczenia, który przebiegł bez powikłań.
Następnie pacjent kontynuował leczenie u drugiego z lekarzy, zgodnie z planem. Pacjent odbył kilka wizyt, ponieważ konieczne było dopasowanie protetyczne. Ten etap również zakończył się pomyślnie w sierpniu 2011 r.
Pacjent otrzymał zalecenia, np. regularne wizyty co pół roku w celu bieżącej kontroli funkcjonowania odbudowy uzębienia i przestrzegania zasad prawidłowej higienizacji.
Pacjent nie zgłaszał się na wizyty kontrolne do gabinetu, w którym przeprowadzono leczenie. Korzystał jednak z usług stomatologicznych w innych placówkach, np. w zakresie leczenia kanałowego, założenia koron zębowych, ekstrakcje zęba, usuwanie kamienia nazębnego.
W czerwcu 2015 roku – 5 lat po zakończonym leczeniu, zgłosił się do lekarki prowadzącej leczenie implantoprotetyczne (drugi etap leczenia). Zgłosił dolegliwości bólowe i ruchomość osadzonej na implantach konstrukcji protetycznej. W badaniach obrazowych stwierdzono stan zapalny w obrębie tkanki kostnej. Pacjent został odesłany do lekarki wykonującej leczenie implantologiczne (pierwszy etap leczenia).
Zdiagnozowano rozległy proces zapalny kości. W związku z tym usunięto mu osadzony na implantach most, a wydobyte implanty odesłano do producenta. Zastosowano protezę tymczasową.
Ostatecznie zastosowano protezę szkieletową na zatrzaskach oraz most porcelanowy na podbudowie metalowej. Wykonał to w innym gabinecie. Pacjent nie był zadowolony z tego rozwiązania – była to proteza ruchoma, sprawiała dyskomfort.
Etap przedsądowy
Pacjent skierował wezwanie do zapłaty do lekarki, która w styczniu 2010 r. wszczepiła implant (pierwszy etap leczenia). Domagał się zadośćuczynienia pieniężnego, kompensacji szkody majątkowej. Twierdził, że doszło do zaniedbań personelu lekarskiego. Lekarka odmówiła zapłaty, uznając roszczenie za bezzasadne.
Odpowiedź na pozew
Pacjent domagał się w pozwie:
- 50 000 zł zadośćuczynienia za doznaną krzywdę wraz z odsetkami,
- 33 830 zł odszkodowania za koszty leczenia wraz z odsetkami,
- zwrotu kosztów procesu.
W pozwie odtworzył przebieg leczenia. Podawał, że rozwój wydarzeń zmusił go do przedłużenia swojej wizyty w Polsce, co wiązało się z koniecznością zmiany planów oraz przedłużeniem zwolnienia z pracy, celem poddania się ponownej procedurze uzupełniania braków w uzębieniu.
Wskazując na podstawę prawną dochodzonych roszczeń, profesjonalny pełnomocnik powoda powołał przepisy art. 444 § 1 KC w zw. z art. 445 § 1 KC, art. 474 KC w zw. z art. 471 KC oraz art. 430 KC. Alternatywnie strona powodowa podniosła, że możliwe jest pociągnięcie pozwanej do odpowiedzialności w reżimie kontraktowym na podstawie art. 474 KC w zw. z art. 471 KC.
Pozwana domagała się oddalenia powództwa w całości. Potwierdziła, że sprawowała opiekę medyczną nad pacjentem w latach 2010-2011. Leczenie zakończyło się powodzeniem. Podkreślała, że pacjent nie zgłaszał się na wizyty kontrolne, które są równie ważne, co sam proces leczenia. Nie było według niej jasne, dlaczego w 2015 r. zaistniała konieczność usunięcia uzupełnienia protetycznego. Zakwestionowała także żądanie powoda co do wysokości. Uważała, że opisywane poczucie krzywdy jest wyolbrzymione.
Postępowanie dowodowe
W toku postępowania dowodowego, poza przesłuchaniem świadków i dowodami z dokumentów (rachunki, dokumentacja medyczna), Sąd dopuścił dowód z dwóch opinii biegłych.
Pierwsza opinia biegłego sądowego z zakresu chirurgii szczękowej została zdyskwalifikowana dowodowo przez sąd z następujących względów:
- biegła oparła się na fragmencie zeznań powoda, które były kwestionowane przez pozwaną (powód zeznał, że pozwana powiedziała mu, że jest u niego „troszeczkę za mało kości” – to według pozwanej nie była prawda),
- odwołanie się do nieaktualnej wiedzy medycznej, np. że w zakresie odbudowy lub zwiększenia tkanki kostnej w szczęce dokonuje się przeszczepiania zdrowej kości pobranej z biodra pacjenta – pozwana kwestionowała opinię, wykazując, że obecnie w implantologii odchodzi się od przeszczepów autogennych na rzecz preparatów obcych genetycznie,
- błędne założenia, nieprzystające do rozwijającej się dziedziny, jaką jest implantologia.
Ostatecznie nie udało się uzyskać opinii uzupełniającej i odpowiedzi na dodatkowe pytania z uwagi na zaawansowany wiek i stan zdrowia biegłej.
Druga opinia została sporządzona przez biegłych sądowych z zakresu stomatologii ogólnej i protetyki stomatologicznej oraz z zakresu chirurgii stomatologicznej. Biegli stwierdzili, że:
- badanie RTG wykonane przed leczeniem było prawidłowe i wystarczające, a zanik pionowy kości pacjenta nie był przeszkodą do zabiegu,
- prawidłowo przeprowadzono augmentację kości – zaprzeczyli twierdzeniu z pierwszej opinii, że konieczne było przeprowadzenie obszernej odbudowy tkanki kostnej,
- zaniechanie poddawania się kontrolom przez pacjenta było jednym z głównych powodów rozchwiania i utraty implantów – proces zaniku kości u powoda z 2015 r. nie nastąpił nagle, postępował od kilkunastu miesięcy; proces można byłoby spowolnić lub powstrzymać, dokonując ponownej nadbudowy; w momencie pojawienia się w 2015 r. w gabinecie pozwanej było już na to za późno,
- powód mógł nieprawidłowo dbać o higienę jamy ustnej, na co wskazuje także obniżenie kości w wielu segmentach, nie tylko w okolicy obszaru leczenia,
- pozwana wybrała prawidłowe metody i środki.
Sąd nie widział potrzeby dopuszczenia dowodu z innych opinii. Powodem takiej decyzji procesowej nie może być niezadowolenie jednej ze stron z treści opinii już sporządzonych lub niekorzystność opinii. Potrzeba powołania innego biegłego powinna wynikać z okoliczności sprawy, jeśli opinie wydane dotychczas do sprawy zawierają istotne braki, względnie też nie wyjaśniają istotnych okoliczności.
Oddalenie powództwa
Sad uznał, że powództwo jest bezzasadne i podlegające oddaleniu.
Rozpoznanie sprawy trwało ponad 9 lat, licząc od wniesienia pozwu, a od kwestionowanego leczenia minęło ponad 14 lat.
Sąd uznał, że:
- strony łączyła umowa o świadczenie usług (art. 750 KC), na podstawie której pozwana zobowiązała się do przeprowadzenia zabiegów, a istotą tego zobowiązania jest obowiązek starannego działania,
- umowa nie nakładała na pozwaną zobowiązania do osiągnięcia określonego rezultatu, lecz zobowiązania do postępowania zgodnie z zasadami aktualnej (ówczesnej – w dacie zabiegów) wiedzy medycznej,
- powód może wybrać, czy roszczenie odszkodowawcze wywodzi z nienależytego wykonania umowy (art. 471 KC), czy też zarzuca czyn niedozwolony, który może rodzić poza prawem do odszkodowania także roszczenia o zadośćuczynienie za doznaną krzywdę,
- powód domagał się zadośćuczynienia na podstawie art. 445 § 1 KC, dlatego z myślą o zapewnieniu stronie powodowej możliwie najpełniejszej ochrony prawnej, rozstrzygał w sprawie o odpowiedzialności pozwanej w reżimie ex delicto, statuowanym w przepisie art. 415 KC,
- przesłanką ewentualnej odpowiedzialności pozwanej jest bezprawne i zawinione zachowanie prowadzące do wyrządzenia powodowi szkody – Sąd nie dopatrzył się po stronie pozwanej żadnych nieprawidłowości, zarówno jeśli chodzi o kwalifikację pacjenta do leczenia implantologicznego, jak i sposób przeprowadzenia zabiegu i opiekę pozabiegową,
- leczenie implantologiczne zostało przeprowadzone prawidłowo, w odpowiednich proporcjach, nie było błędu w sztuce medycznej.
Wobec powyższego Sąd uznał, że nie ma podstaw do obciążenia pozwanej odpowiedzialnością za spowodowanie uszczerbku na prawnie chronionych dobrach pacjenta.
Sąd obciążył powoda kosztami procesu, zasądzając zwrot na rzecz pozwanej oraz nakazując ściągnięcie nieuiszczonych kosztów na rzecz Skarbu Państwa.
Temida coraz wolniejsza
– Jeśli obywatel mówi, że czeka na pierwszą rozprawę półtora roku, albo wyszedł właśnie po pierwszej instancji po czterech latach, to sprawiedliwość staje się fikcją. Musimy zrobić wszystko, żeby to przyspieszyć – mówił Waldemar Żurek obejmując latem ubiegłego roku stanowisko Ministra Sprawiedliwości. Sprawne sądy były też jednym z priorytetów wskazywanych przez jego poprzednika Adama Bodnara, który opracował nawet dziesięciopunktowy plan reform mający przyspieszyć pracę sądów.
Zamiast szybciej jest wolniej
Czy się udało? Z najnowszych danych resortu sprawiedliwości wynika, że w sądach zamiast szybciej jest wolniej. Średni czas trwania postępowania sądowego w I instancji w sądach okręgowych wynosił w ubiegłym roku 12,1 miesiąca i był o miesiąc dłuższy niż w 2024 r. Na orzeczenia w tych sądach trzeba czekać dłużej w niemal wszystkich kategoriach spraw. Rok do roku wydłużyły się w sądach okręgowych postępowania w sprawach cywilnych z 10,2 miesiąca do 11,9 miesiąca, w sprawach karnych z 9,1 miesiąca do 9,8 miesiąca, w sprawach gospodarczych z 12,6 miesiąca do 13,1 miesiąca. Jedynie na orzeczenie w sądzie pracy czekało się o niespełna miesiąc krócej.
Nie lepiej jest w sądach rejonowych, gdzie średni czas trwania procesu wydłużył się z 5,7 miesiąca w 2024 r. do 6,1 miesiąca. W sprawach cywilnych rozstrzyganie zajmowało 6,8 miesiąca, w sprawach karnych i wykroczeniowych 3,8 miesiąca, w sprawach prawa pracy 11,4 miesiąca, w sprawach rodzinnych i gospodarczych po 5,7 miesiąca, a w sprawach upadłościowych 7,7 miesiąca. W tej ostatniej kategorii orzekanie przebiega sprawniej, o niemal dwa miesiące.
Dane te uwzględniają postępowania nieprocesowe i procesowe. Jeżeli spojrzymy jednak wyłącznie na te ostatnie, czyli takie, które prowadzone są na rozprawie z udziałem stron, to ich prowadzenie wydłuża się nawet o kilka miesięcy. Przykładem są chociażby sprawy cywilne procesowe, w których na orzeczenia trzeba czekać blisko 15 miesięcy w sądzie okręgowym i ponad 16 miesięcy w sądzie rejonowym. Rekordowe 50 miesięcy trwa orzekanie w sprawach upadłościowych po ogłoszeniu upadłości, 36 miesięcy zaś zabiera rozstrzyganie spraw cywilnych dotyczących szkód geologicznych i górniczych.
Co ważne, spowolnienie pracy sądów trwa od lat i w konsekwencji oczekiwanie na wyrok sądu okręgowego jest już o ponad pięć miesięcy dłuższe niż w 2011 r. Oznacza to, że procesy w tych sądach trwają o 73 proc. dłużej niż 15 lat temu. Wolniej pracują też sądy rejonowe, gdzie czas trwania postępowań wydłużył się w ostatnich 15 latach z 3,9 miesiąca do 6,1 miesiąca.
Złe wieści dla biznesu
– Jestem przerażony tymi statystykami – komentuje mec. Marcin Wolny z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. – Im później sąd wydaje wyrok, to, co do zasady, mniejsze ma on dla nas znaczenie. Coraz dłuższe oczekiwanie na orzeczenie oznacza coraz większą stratę finansową dla przedsiębiorców dochodzących zapłaty, którzy nie mogą wyegzekwować płatności w terminie. To jest też późniejsze ustabilizowanie życia dla oskarżonych, którzy są uniewinniani i późniejsze rozpoczęcie nowego życia dla tych, którzy zostali skazani. Wreszcie, jakie znaczenie ma wyrok zapadający po latach w sądzie pracy w sytuacji, kiedy zainteresowany został zmuszony do utrzymywania się z innego źródła i już od dawna ma inną pracę? – mówi mec. Wolny.
Jego zdaniem coraz dłuższe oczekiwanie na wyrok to złe wieści także dla polskiej gospodarki i biznesu. – Państwo nie jest w stanie zagwarantować przedsiębiorcom łatwego dochodzenia roszczeń i traci na tym gospodarczo. Staje się bowiem mniej atrakcyjne do inwestowania, a klimat do prowadzenia biznesu osłabia się. A przecież są to czynniki napędzające każdą gospodarkę – wskazuje ekspert.
Na wysokie koszty społeczne i ekonomiczne coraz dłuższych procesów sądowych uwagę zwraca też adwokat Maciej Zaborowski.
– Dłuższe procesy sądowe oznaczają brak stabilności w gospodarce. Przedsiębiorcy nie mogą bowiem oczekiwać, że nieuczciwi kontrahenci zapłacą należne im pieniądze, a państwo zapewni im szybkie rozstrzygnięcie sporu – mówi adwokat.
– Jest jednak znaczne grono osób, które cieszy się z tej nieudolności państwa. Są to przestępcy – dodaje.

Nierozwiązany problem neosędziów
Dlaczego od lat procesy sądowe trwają coraz dłużej? Zdaniem mec. Zaborowskiego zasadniczym powodem są braki kadrowe w sądach. – Niestety nie ma komu orzekać, ponieważ sądy nie są zasilane nowymi sędziami z uwagi na ciągnący się spór wokół praworządności. Ten konflikt determinuje problem związany z wyłączaniem poszczególnych sędziów albo całych składów sędziowskich z uwagi na rzekomo wadliwe powołanie. Nawet jeśli uzyskamy prawomocny wyrok, to jest niemała szansa na podważenie go w Sądzie Najwyższym – wskazuje adwokat i podaje przykład jednej ze spraw karnych, w której reprezentuje osobę pokrzywdzoną.
– Proces idzie bardzo sprawnie i podejrzewam, że zakończy się po trzech terminach. Za stołem sędziowskim zasiada jednak sędzia powołany przy udziale tzw. neoKRS i jestem przekonany, że wyrok, który niebawem zapadnie, zostanie uchylony, a postępowanie będzie toczyło się od nowa. Dopóki nie uporamy się z problemem statusu sędziów, to problemy kadrowe w sądach będą rosły, a niestabilność orzeczeń będzie się pogłębiać – twierdzi mec. Zaborowski.
Podobnego zdania jest sędzia Bartłomiej Przymusiński, prezes Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”. – Rosnący czas oczekiwania na wyroki pokazuje jak ważne jest uporządkowanie sytuacji z Krajową Radą Sądownictwa, która jest sercem polskiego wymiaru sprawiedliwości. Jeśli zostanie ona uzdrowiona, to będzie mogła zasilić sądy nowymi sędziami. Mam nadzieję, że prezydent będzie nominował sędziów rekomendowanych przez Radę spełniającą standardy konstytucyjne i międzynarodowe – komentuje sędzia Przymusiński.
Kryzys ustrojowy w sądownictwie jest główną przyczyną wydłużania się procesów także w ocenie mec. Wolnego. – Obie strony tego ustrojowego sporu grają przede wszystkim na siebie. Dobro wspólne i los wymiaru sprawiedliwości mało kogo już obchodzi. Niestety nie mówię tylko o politykach, ale także o sędziach, którzy w coraz większym stopniu uczestniczą w tej wyniszczającej walce. Jednym z destrukcyjnych dla sądów skutków tego konfliktu jest zawieszanie konkursów sędziowskich i w rezultacie brak napływu nowych sędziów do polskich sądów. Miało to uchronić prawo do niezależnego i bezstronnego sądu. Pytanie tylko, czy lekarstwo nie stało się gorsze od choroby. Co obywatelom po sądzie, co do którego niezależności nie ma nawet najmniejszych wątpliwości, jeśli nie mogą doczekać się wyroku? – pyta mec. Wolny.
Zapomniana cyfryzacja
Wskazuje przy tym także na brak cyfryzacji wymiaru sprawiedliwości. – Nadal nie potrafimy odejść od papieru. Zmiany następują niestety bardzo powoli, co niewątpliwie wydłuża tempo rozpatrywania spraw – zaznacza ekspert HFPC.
O problemie ślimaczącej się elektronizacji sądów mówi także sędzia Przymusiński. Jego zdaniem cyfryzacja w sądownictwie w ostatnich latach postępowała zdecydowanie za wolno, a w postępowaniach rozpoznawczych w ogóle nie była prowadzona. – Wpływ na rosnący czas trwania procesów ma też brak pomysłu na rozwiązanie problemu spraw masowych, które trwale zapychają sądy cywilne. Mam na myśli sprawy frankowe, ale także tzw. sprawy sankcji kredytu darmowego czy roszczenia z OC. Nie widzę niestety kompleksowego podejścia ustawodawcy do tych spraw – komentuje sędzia Przymusiński.
Podkreśla, że sędziowie co do zasady robią wszystko, aby wydać sprawiedliwe orzeczenie w jak najkrótszym czasie, pomimo niesprzyjających warunków, które zapewnili im politycy. – Sędziowie pracują bardzo ciężko, mają setki spraw w swoich referatach. Wielu z nas zarywa noce, aby postępowania toczyły się sprawnie. Dopóki jednak nie nastąpią znaczące zmiany ustrojowe, a cyfryzacja nie ruszy pełną parą, to nie widzę dużych szans na przyspieszenie w sądach – konkluduje Przymusiński.
Z wydłużającym się czasem trwania procesów wiąże się też wzrost rekompensat za opieszałość sądów. W ubiegłym roku zasadzono łącznie 7,5 mln zł odszkodowań z tytułu przewlekłości postępowania. To o ponad pół miliona więcej niż rok wcześniej i o blisko pięć milionów więcej niż w 2011 r. Co istotne, ponad dwukrotnie wzrosła też liczba uwzględnionych skarg na przewlekłość postępowania.
Odległość od cmentarza nie blokuje pozwolenia na budowę, jeśli dopuszcza ją plan miejscowy
Stan faktyczny
Wojewódzki Sąd Administracyjny w Opolu rozpoznał skargę na decyzję Wojewody Warmińsko-Mazurskiego w przedmiocie udzielenia pozwolenia na budowę budynku mieszkalnego jednorodzinnego i wydał wyrok, którym uchylił zaskarżoną decyzję oraz utrzymaną nią w mocy decyzję organu I instancji.
W sprawie tej Wojewoda utrzymał w mocy decyzję odmawiającą udzielenia pozwolenia na budowę. W uzasadnieniu decyzji organ odwoławczy wskazał, że organ I instancji prawidłowo wydał decyzję odmowną z powodu sprzeczności inwestycji z treścią § 3 ust. 1 rozporządzenia Ministra Gospodarki Komunalnej z 25.8.1959 r. w sprawie określenia, jakie tereny pod względem sanitarnym są odpowiednie na cmentarze (Dz.U. z 1959 r. Nr 52, poz. 315; dalej: TerSanitCmentR). Wyjaśniono, że zgodnie z powołanym przepisem odległość cmentarza od zabudowań mieszkalnych powinna wynosić co najmniej 150 m; odległość ta może być zmniejszona do 50 m pod warunkiem, że teren posiada sieć wodociągową i budynki są do tej sieci podłączone. Stwierdzono, że zgodnie z projektem budynek miałby zostać przyłączony do sieci wodociągowej. Dlatego minimalna zabudowa od cmentarza wynosi 50 m. Natomiast odległość projektowanego budynku mieszkalnego od granicy cmentarza wynosi około 18 m, zaś od najbliższego nagrobka około 20-25 m. Organ odwoławczy podniósł, że celem wskazanego przepisu jest zapewnienie bezpieczeństwa sanitarnego osób mieszkających w pobliżu cmentarza.
Zwrócono uwagę, że w starym planie miejscowym z 2001 r. teren przedmiotowej działki był wyłączony spod inwestycji. Nowy plan miejscowy z 2023 r. dopuszcza zabudowę jednorodzinną na tej działce, jednak jest to niezgodne z przepisami cytowanego rozporządzenia.
Organ odwoławczy nie uwzględnił argumentów inwestora, że cmentarz jest zamknięty od 1961 r., ostatni pochówek zaś miał miejsce do 1945 r., a w 1988 r. cmentarz wpisany został do rejestru zabytków. Stwierdzono, że okoliczności te nie mają żadnej doniosłości prawnej. Wskazano, że w przypadku cmentarzy nieczynnych od wielu lat zagrożenie dla zdrowia zostało zminimalizowane jednak wymaga to badań i analiz, i nie można stwierdzić z całą pewnością ze takie zagrożenie nie ma miejsca. Przepisy regulujące odległość zabudowy od cmentarzy nie uzależniają ich stosowania od tego czy cmentarz jest użytkowany, czy też nie.
Inwestorzy wnieśli skargę.
Stanowisko WSA
Sąd stwierdził, że skarga zasługuje na uwzględnienie. Zasadnie bowiem skarżący podnosili, że przedstawiony przez nich projekt budowlany sporządzony został zgodnie z obowiązującym miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego, czego organy orzekające nie negowały. Powinny więc orzec zgodnie z treścią ustaleń planu miejscowego, gdyż były związane ustaleniami miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego. Organy administracji architektoniczno-budowlanej nie mają też racji twierdząc, że plan miejscowy pozostaje sprzeczny z przywołanym § 3 ust. 1 TerSanitCmentR.
Zgodnie z art. 35 ust. 1 pkt 1 lit. a) ustawy z 7.7.1994 r. – Prawo budowlane (t.j. Dz. U. z 2025 poz. 418; dalej: PrBud) przed wydaniem decyzji o pozwoleniu na budowę lub odrębnej decyzji o zatwierdzeniu projektu zagospodarowania działki lub terenu oraz projektu architektoniczno-budowlanego organ administracji architektoniczno-budowlanej sprawdza: zgodność projektu zagospodarowania działki lub terenu oraz projektu architektoniczno-budowlanego z ustaleniami miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego i innymi aktami prawa miejscowego albo decyzji o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu w przypadku braku miejscowego planu. W myśl art. 35 ust. 1 pkt 2 PrBud organ ten sprawdza też zgodność projektu zagospodarowania działki lub terenu z przepisami, w tym techniczno-budowlanymi.
W związku z powyższym organy administracji architektoniczno-budowlanej nie mogą kwestionować ustaleń obowiązującego planu miejscowego przy rozpatrywaniu wniosku o udzielenie pozwolenia na budowę. Proces inwestycyjny dzieli się na wyodrębnione etapy, kończące się zaskarżalnym aktem, który jest wiążący na kolejnych etapach inwestycyjnych. Do każdego z etapów inwestycyjnych mają zastosowanie odrębne przepisy, które są weryfikowane na danym etapie. Jeżeli określony przepis znajdował zastosowanie na wcześniejszym etapie procedury zmierzającej do realizacji budowy i został zakończony wydaniem prawomocnego aktu, to uznaje się, że kwestia objęta tym uregulowaniem została już rozważona i przesądzona. Taka sytuacja ma miejsce w rozpatrywanym przypadku.
Przytoczony przepis § 3 ust. 1 TerSanitCmentR ma na celu zapewnienie bezpieczeństwa sanitarnego osób mieszkających w pobliżu cmentarza. Ocena zgodności inwestycji z tym unormowaniem rozstrzygana jest na etapie ustalania warunków zabudowy w drodze decyzji lub przy uchwalaniu miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego, po zajęciu stanowiska właściwego organu Państwowej Inspekcji Sanitarnej, który ocenia dopuszczalność zabudowy pod względem wymagań higienicznych i zdrowotnych. Potwierdzają to przepisy art. 17 pkt 6 lit. a tiret 9, art. 60 ust. 1 w zw. z art. 53 ust. 4 pkt 2a ustawy z 27.3.2003 r. o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym (t.j. Dz. U. z 2024 r., poz. 1130; dalej: PlanZagospU) oraz art. 3 pkt 1 i 1a ustawy z 14.3.1985 r. o Państwowej Inspekcji Sanitarnej (t.j. Dz.U. z 2024 r., poz. 416; dalej: PISU). Zgodnie z tymi ostatnimi przepisami do zakresu działania Państwowej Inspekcji Sanitarnej w dziedzinie zapobiegawczego nadzoru sanitarnego należy opiniowanie miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego oraz uzgadnianie warunków zabudowy i zagospodarowania przestrzennego pod względem wymagań higienicznych i zdrowotnych.
Gdyby wystarczyło proste zestawienie odległości planowanej zabudowy mieszkalnej z treścią ww. przepisu, zbędne byłoby uzgadnianie projektu decyzji na etapie ustalania warunków zabudowy czy uchwalania planu miejscowego przez organ inspekcji sanitarnej, a więc poddanie ocenie wyspecjalizowanego organu całokształtu okoliczności faktycznych sprawy dotyczącej możliwości zlokalizowania zabudowy mieszkaniowej jednorodzinnej w strefie wokół zlokalizowanego cmentarza.
Sąd wskazał, że wielokrotnie już uchylał postanowienia organów inspekcji sanitarnej odmawiające uzgodnienia decyzji o warunkach zabudowy z powodu sąsiedztwa zabytkowych cmentarzy, zamkniętych od kilkudziesięciu lat. W tych sprawach i wydanych wyrokach wyjaśniono, że celem wydania rozporządzenia było zachowanie bezpieczeństwa sanitarnego dla zabudowy mieszkaniowej przez m.in. określenie szerokości pasów izolujących teren cmentarny od innych terenów, a w szczególności terenów mieszkaniowych. Dlatego istniejącego ograniczenia w zagospodarowaniu terenów wokół cmentarza nie należy łączyć jedynie z faktem istnienia cmentarza na danym terenie, ale przede wszystkim z występowaniem realnych zagrożeń wynikających z pochówkiem zmarłych na tym terenie. Skoro ustawodawca w art. 6 ust. 1 ustawy z 31.1.1959 r. o cmentarzach i chowaniu zmarłych (t.j. Dz.U. 2025 r., poz. 1590; dalej: CmentU) zezwolił na użycie terenu cmentarnego po zamknięciu cmentarza na inny cel po upływie 40 lat od dnia ostatniego pochowania zwłok na cmentarzu, to tym samym uznał, że z upływem tego terminu ustaje możliwość wywierania przez teren cmentarny szkodliwego wpływu na otoczenie (por. wyrok WSA w Poznaniu z 29.3.2018 r., IV SA/Po 1190/17, Legalis).
W wyroku z 4.12.2023 r., II OSK 1491/22, NSA potwierdził, że upływ okresu ponad 40 lat od ostatniego pochówku zwalnia z obowiązku zachowania strefy sanitarnej wynikającej z § 3 ust. 1 TerSanitCmentR. Przepis ten bowiem dotyczy cmentarza czynnego, na którym odbywają się pochówki.
Komentarz
Organy rozpatrujące wniosek o pozwolenie na budowę są związane ustaleniami miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego. Skoro plan dopuszcza zabudowę jednorodzinną na działce, organy nie mogą tego kwestionować na etapie wydawania pozwolenia na budowę. Ocena dopuszczalności zabudowy (np. pod względem sanitarnym) następuje wcześniej – przy uchwalaniu planu miejscowego lub przy wydawaniu decyzji o warunkach zabudowy.
W tych wcześniejszych etapach stanowisko zajmuje Państwowa Inspekcja Sanitarna, która ocenia zagrożenia zdrowotne związane z lokalizacją zabudowy. Zatem zbyt mała odległość zabudowy od cmentarza nie może być przeszkodą dla wydania pozwolenia na budowę, jeżeli zezwala na to plan miejscowy.
Wyrok WSA w Opolu z 26.2.2026 r., II SA/Op 21/26
Ustawie umknęły całe skutki przywrócenia
Naczelny Sąd Administracyjny (NSA) wydał bardzo ważny wyrok dla firm, które fiskus niesłusznie wykreślił z rejestru VAT.
Kłopoty spółki cywilnej zaczęły się, gdy fiskus wytoczył wobec niej jedno z najcięższych swoich dział, czyli tzw. STIR. Na podstawie analizy i informacji doszedł bowiem do przekonania, że zarejestrowana na VAT od 2016 r. spółka może wykorzystywać działalność banków do celów związanych z wyłudzeniami skarbowymi. Konsekwencją tego były najpierw tzw. krótka, a potem długa blokada kont firmy. Na tym się nie skończyło, bo informacja o blokadzie trafiła do właściwego urzędu skarbowego. Ten zaś skorzystał z art. 96 ust. 9 pkt 5 VATU i 10 lipca 2020 r. z automatu, bez konieczności zawiadamiania wykreślił spółkę z rejestru podatników VAT oraz VAT-UE.
Fronty walki
Firma stanęła do walki. Nie tylko oprotestowała blokady STIR. Ponadto już w sierpniu i wrześniu 2020 r. wystąpiła o przywrócenie jej zarejestrowania jako czynnego podatnika VAT. Fiskus w obu instancjach tego odmówił. Spółka zaskarżyła odmowę i rację prawomocnie przyznał jej Wojewódzki Sąd Administracyjny (WSA) w Łodzi. Gdy urzędnicy ponownie zajmowali się pierwotnymi wnioskami spółki o przywrócenie do rejestru, spółka też nie zasypywała gruszek w popiele. W marcu 2022 r. złożyła zgłoszenie rejestracyjne VAT-R.
Schody zaczęły się, gdy kilka tygodni później fiskus sam przywrócił ją do rejestru. Problem w tym, że zrobił to z mocą wsteczną, czyli z dniem po wykreśleniu, tj. od 11 sierpnia 2020 r. Tymczasem firma wniosła o przywrócenie jej w rejestrze VAT oraz VAT-UE, ale od 22 kwietnia 2022 r., czyli z dniem, kiedy realnie mogła zafunkcjonować już jako podatnik. Fiskus umył ręce, tłumacząc, że ponowny wniosek o rejestrację VAT podatnika z inną datą nie znajduje już uzasadnienia prawnego ani faktycznego. I postępowanie zainicjowane jej zgłoszeniem z 2022 r. umorzył.
To nie przekonało spółki. Nadal obawiała się o los swoich rozliczeń podatkowych z okresu między wykreśleniem a ostatecznie wstecznym przywróceniem do rejestru. Wykonywała bowiem czynności jako wykreślona z rejestru podatników VAT, ze skutkiem podatkowym dla siebie i kontrahentów w zakresie podatku naliczonego i należnego.
To nie przekonało łódzkiego WSA. Zauważył, że przepisy o VAT nie pozwalają dowolnie określać daty, z którą następuje przywrócenie do rejestru podatników VAT.
Nieco inaczej do problemu podszedł NSA. Co prawda nie zgodził się, że wnioski o przywrócenie i o ponowną rejestrację powinny być procedowane łącznie. W konsekwencji w spornym przypadku umorzenie było zasadne. Niemniej NSA nie pozostał głuchy na argumenty spółki co do jej sytuacji z okresu, gdy była poza rejestrem w kontekście ewentualnej kontroli fiskusa. Dostrzegł, że taki problem praktyczny związany z prowadzeniem działalności gospodarczej oraz prawidłowym rozliczeniem VAT jest. Sąd zauważył, że czynność materialno-techniczna wykreślenia z rejestru nie podlega zaskarżeniu. Niemniej spółka cały czas dążyła do odzyskania status podatnika VAT i zrobiła to niejako dwutorowo, również przez wniosek o ponowną rejestrację. Ten zaś nie mógł mieć wpływu na dokonaną już w odrębnym postępowaniu czynność przywrócenia i zarejestrowania jej z inną datą, czego oczekiwała spółka.
Prawne przeoczenie
Jednak NSA uznał, że te okoliczności powinny być wzięte pod uwagę przy ewentualnej kontroli czy postępowań dotyczących rozliczeń za okres pomiędzy wykreśleniem a przywróceniem. To znaczy za czas, kiedy spółka pozostawała w usprawiedliwionym przekonaniu, że nie posiada statusu podatnika VAT. Wyciąganie w takim przypadku negatywnych konsekwencji wobec spółki mogłoby, zdaniem sądu, stanowić naruszenie zasad postępowania z ordynacji podatkowej, zwłaszcza prowadzenia go w sposób budzący zaufanie do organów podatkowych.
NSA podkreślił, że tylko w taki sposób można było wybrnąć z sytuacji, bo przywrócenie prawidłowo nastąpiło z kolejnym dniem po wykreśleniu, gdyż tak stanowią przepisy. Ustawodawca nie przewidział jednak wszystkich tego skutków. Dlatego, jak tłumaczył sędzia NSA Roman Wiatrowski, należało uznać, że skoro w spornej sprawie do wykreślenia przyczynił się organ podatkowy, to jego ewentualne negatywne skutki nie mogą obciążać podatnika. Wyrok jest prawomocny.
Sygnatura akt: I FSK 996/23
Krzysztof J. Musiał
doradca podatkowy, partner w kancelarii Musiał i Partnerzy
Komentowany wyrok NSA ma doniosłe znaczenie nie tylko dla praktyki stosowania prawa, ale także ewentualnych wyzwań stawianych samemu ustawodawcy. Pozostawiając jednak poza marginesem dość banalne acz konieczne działania ustawodawcze, skupmy się na praktycznym wydźwięku tego ważnego dla przedsiębiorców orzeczenia. A najistotniejsze jest to, że NSA związał niejako na przyszłość ocenę. De facto wskazał bowiem, że przedsiębiorca był nieprzerwanie czynnym podatnikiem VAT i nie może ponosić negatywnych skutków błędów fiskusa. Ma to ogromne znaczenie, bo choć sprawa może wydawać się prosta, faktycznie wywołuje bardzo poważne konsekwencje nie tylko dla rozliczeń podatkowych samego podatnika, których ustawodawca nie dostrzegł. Chodzi też o problem płatności za wystawione wcześniej faktury na rachunek podatnika, który między dniem wykreślenia a przywrócenia do rejestru VAT nie znajdował się na „białej liście”. A to powoduje, że także jego kontrahenci mogą się spotkać z zarzutem braku prawa do odliczenia. NSA jak w soczewce uwypuklił sporą rysę w polskim systemie VAT i reżimach procesowych związanych z prowadzeniem postępowań związanych z wykreśleniem z tychże rejestrów. I oczywiście należy się cieszyć z „plastra”, którym są poglądy NSA zawarte w komentowanym wyroku. Nie zmienia to jednak faktu, że ustawodawca powinien ten problem dostrzec i pilnie wprowadzić proste regulacje, które go rozwiążą i ucywilizują postępowania w zakresie wykreślenia i przywrócenia podatników do rejestrów VAT.