Zapomoga na wypadek trudności życiowych dla doktorantów
- Nowe świadczenie dla doktorantów – w formie zapomogi, która ma być wypłacana w trudnych sytuacjach życiowych.
-
Ograniczenia i zasady – zapomoga będzie mogła być przyznana nie więcej niż dwa razy w roku. Zasady jej przyznawania będą ustalane przez podmioty prowadzące szkoły doktorskie w porozumieniu z samorządem doktorantów.
-
Bezpieczeństwo finansowe budżetu państwa – proponowane rozwiązanie jest bezkosztowe z punktu widzenia budżetu państwa, ponieważ nie wiąże się ze zwiększaniem dotacji na świadczenia dla studentów.
-
Minimalizacja obciążeń – nowy system ma zminimalizować dodatkowe obowiązki regulacyjne i organizacyjne dla uczelni oraz innych podmiotów prowadzących szkoły doktorskie, np. instytutów naukowych PAN.
Nowe świadczenie będzie finansowane ze środków własnych podmiotów prowadzących szkoły doktorskie, a nie ze środków publicznych przeznaczonych na pomoc materialną dla studentów, co ma zapewnić szybką i skuteczną pomoc bez dodatkowego obciążenia dla budżetu państwa oraz bez komplikowania istniejącego systemu pomocy materialnej. Inicjatywa ta jest ukłonem w stronę społeczności doktoranckiej, która od momentu reformy systemu sygnalizowała potrzebę elastycznego mechanizmu wsparcia w sytuacjach losowych.
Główny cel i geneza zmian
Głównym celem projektowanej ustawy jest przyznanie podmiotom prowadzącym szkoły doktorskie możliwości wypłacania zapomóg doktorantom, którzy znaleźli się przejściowo w trudnej sytuacji życiowej. Świadczenie to ma stanowić realną i szybką formę wsparcia w wyjątkowych okolicznościach, które mogłyby utrudniać, a nawet uniemożliwiać kontynuowanie pracy naukowej i funkcjonowanie w społeczności akademickiej.
Nowa regulacja stanowi uzupełnienie reformy, która wprowadziła w życie nowy model kształcenia – szkoły doktorskie. Funkcjonujące od 1.10.2019 r. szkoły doktorskie zastąpiły wcześniejszą formę studiów doktoranckich, znacząco poprawiając status materialny doktorantów. Wprowadzono powszechny system stypendialny, z którego każdy doktorant otrzymuje stypendium w wysokości co najmniej 37% minimalnego wynagrodzenia profesora. Pozytywny wynik oceny śródokresowej podnosi tę kwotę do co najmniej 57% minimalnego wynagrodzenia profesora.
Poprawa statusu materialnego uzasadniała likwidację dotychczasowego systemu zapomóg. Jednakże, w pierwszych latach funkcjonowania nowego modelu, środowisko naukowe coraz częściej zwracało uwagę na potrzebę przywrócenia mechanizmu wsparcia w sytuacjach losowych. Taka forma pomocy jest kluczowa w obliczu nieprzewidzianych trudności, które mogą dotknąć doktorantów i wpłynąć negatywnie na ich badania oraz osobiste funkcjonowanie.
Zapomoga dla doktorantów jako sieć bezpieczeństwa
Wprowadzenie szkół doktorskich z powszechnym systemem stypendialnym było istotną zmianą jakościową, znacząco poprawiającą sytuację finansową doktorantów. Wprowadzenie stypendium w wysokości 3 466,9 zł miesięcznie przed oceną śródokresową oraz 5 340,9 zł po ocenie śródokresowej stanowiło stabilne i przewidywalne źródło dochodu, znacznie wyższe niż dawne zapomogi dla studentów, których średnia wysokość wynosi ok. 2 304 zł (świadczenie jednorazowe).
Dotychczasowe wsparcie finansowe dla doktorantów koncentrowało się na specyficznych okolicznościach, takich jak niepełnosprawność (dodatkowe 30% stypendium) czy okresy związane z rodzicielstwem, w których stypendium jest wypłacane bez wliczania tego czasu do czteroletniego okresu pobierania świadczenia. Jednakże, jak zauważano, zdarzają się sytuacje losowe, które nie są ujęte w tych przepisach. Nagła choroba, wypadek, pożar czy inne zdarzenie, które przejściowo stawiając doktoranta w trudnym położeniu, mogło uniemożliwić mu kontynuowanie pracy badawczej i normalne funkcjonowanie.
Właśnie w takich przypadkach, nowa zapomoga ma działać jako sieć bezpieczeństwa. Biorąc pod uwagę dane Głównego Urzędu Statystycznego z 2022 r., w systemie studiów doktoranckich jedynie 2,81% uczestników było uprawnionych do zapomogi. Ta statystyka sugeruje, że potencjalna grupa beneficjentów zapomóg w szkołach doktorskich będzie niewielka, co czyni to rozwiązanie wysoce efektywnym i dostosowanym do realnych potrzeb, a nie do masowego systemu wsparcia.
Dlaczego „ze środków własnych”?
Projekt ustawy celowo przewiduje finansowanie zapomóg ze środków własnych podmiotów prowadzących szkoły doktorskie. Takie podejście jest podyktowane szeregiem argumentów, które mają na celu zapewnienie, że nowe rozwiązanie będzie efektywne, bezkosztowe dla budżetu państwa i nie obciąży administracji.
Przyjęcie rozwiązania odmiennego, czyli włączenie zapomogi do istniejącego systemu pomocy materialnej dla studentów, wiązałoby się z poważnymi konsekwencjami:
Z perspektywy podmiotów prowadzących szkoły doktorskie, nowa regulacja ma być realizowana bez konieczności zatrudniania dodatkowych osób. W przypadku uczelni, wypłata zapomóg będzie możliwa z wykorzystaniem procedur już obowiązujących wobec studentów, co znacznie uprości proces.
Granice uczniowskiej wolności
Konieczność „przyjęcia właściwej pozycji do nauki”, zobowiązanie nauczycieli do „stałej formacji umysłu i ducha”, zaś uczniów do dbałości o estetykę przyborów szkolnych, a także ustalenie kryterium akceptacji przez klasę jako jedno z tych składających się na ocenę z zachowania. To tylko niektóre z przykładów „statutowego absurdu roku”, które w ostatniej edycji konkursu organizowanego przez Stowarzyszenie Umarłych Statutów, walczyły o tytuł najbardziej bezsensownego zapisu z odmętów szkolnych regulacji. Zwycięzcą okazał się jednak ten pozwalający dyrektorowi na ograniczenie korzystania z praw uczniów.
W 2023 r. w konkursie „doceniono” zaś zapisy przewidujące kary statutowe za udział ucznia we „wszelkiego rodzaju pokazach ciała”, obowiązek noszenia określonego stroju z okazji dnia papieskiego, konieczność uzyskania zgody dyrektora na udział np. w korepetycjach i ryzyko skreślenia z listy wychowanków bursy za podjęcie pracy zarobkowej. Konkurs tamtym razem wygrał jednak zakaz przebywania poza domem bez opieki rodziców po godz. 22.
Interwencja RPO
Choć lektura większości z tych propozycji może wywołać uśmiech oraz uzasadnione wątpliwości, co do powodzenia we wcielaniu ich w życie, warto pamiętać, że dla części uczniów nieprzestrzeganie absurdalnych nawet zasad to ryzyko ponoszenia realnych konsekwencji, np. obniżenia oceny z zachowania. I mimo że przywołane przykłady wydają się nietypowe, pewne niejasności wokół szkolnych statutów pozostają niezmienne. A jedną z nich jest ta dotycząca swobody w kwestii uczniowskiego stroju.
Warto pamiętać, że prawo oświatowe pozwala dyrektorowi na wprowadzenie za ich pomocą obowiązku noszenia na terenie szkoły jednolitego stroju, czyli tzw. mundurka. W placówkach, gdzie takiego obowiązku nie ma, zasady określa właśnie statut – i kwestia ta bywa kością niezgody między szkołą a jej wychowankami.
W sprawie zbyt daleko idącej, zdaniem uczniów, ingerencji w ich wygląd, z początkiem 2023 r. u kuratorów interweniował już rzecznik praw obywatelskich. W płynących z całej Polski skargach podnosili oni bowiem, że za „nieodpowiedni” ubiór, makijaż, manicure, farbowanie włosów czy kolczykowanie ciała w ich szkołach grożą kary i tzw. punkty ujemne, a te – w konsekwencji – mogą przełożyć się na końcoworoczną ocenę z zachowania.
Worek bez dna
Komentując to zjawisko, radca prawny Arkadiusz Chmielowski zwracał uwagę na granice swobody w sposobie formowania szkolnego statutu. A te – według mecenasa – przebiegają tam, gdzie mowa jest już o wyglądzie ucznia, a nie jego stroju. – Dlatego zabranianie makijażu, piercingu i tatuaży w mojej ocenie może być uznane za zbyt daleko idące – oceniał.
Kolejnym przyczynkiem do nieporozumień bywają nieostre pojęcia, jakimi posługuje się szkoła. Jeśli bowiem w statucie zawrze ona zakaz noszenia „nietypowych” ubrań czy fryzur, w praktyce może się okazać, że to, co „nietypowe” dla nauczyciela, dla ucznia takie być już nie musi. Jeśli w grę wejdzie dodatkowo tzw. konflikt pokoleń czy charakterystyczna dla nastolatków potrzeba wyrażania siebie również przez wygląd zewnętrzny, trudno będzie uzyskać porozumienie.
RPO – podobnie jak mec. Chmielowski – dostrzegł, że przepisy ustawy jasno odnoszą się tylko do kwestii ubioru na terenie szkoły. Zauważył jednak, że ta sama ustawa de facto umożliwia potraktowanie statutowych „obowiązków ucznia” jak worka bez dna, co w praktyce umożliwia piętrzenie kolejnych wymagań. Rzecznik doszedł więc do popartego praktyką stosowaną w części placówek wniosku, że jeśli w statucie zawrą one np. zakaz farbowania włosów, noszenia bluz z kapturem czy dredów, podopieczni do tych reguł muszą się stosować.
Pokazać siebie
Kuratoria o interwencje w podobnych sprawach proszą też rzecznicy praw ucznia, aktywiści oraz organizacje, takie jak Stowarzyszenie Umarłych Statutów, Fundacja na rzecz Praw Ucznia i Stowarzyszenie dO!PAmina Lab. Chodzi właśnie o sytuacje, kiedy naruszenie wewnętrznych szkolnych zasad kończy się dla uczniów właśnie nałożeniem kar – punktów ujemnych lub w konsekwencji nagany.
Iga Kazimierczyk, prezeska Fundacji „Przestrzeń dla edukacji” – komentując interwencję rzecznika – oceniła, że jeśli sposób ubierania młodych ludzi nie narusza praw innych, nie nawiązuje do symboli czy znaków zakazanych polskim prawem, to nikomu nie powinien on przeszkadzać.
– Są w momencie swojego życia, w którym jednym ze środków wyrazu – świadczącym o stanowieniu o sobie jako o człowieku – jest właśnie sposób ubierania się. Ubiór to najłatwiej dostępne narzędzie do tego, by budować siebie, wyróżnić się, pokazać siebie jako inną od reszty osobę. Jeśli dorośli w bezrefleksyjny sposób próbują ingerować w te kwestie, to ograniczają dojrzewającym ludziom prawo do rozwoju – oceniała ekspertka. I przypomniała oczywistą prawdę, że przemawianie do nastolatków z pozycji silniejszego nie tylko nie zachęca ich do dialogu, ale wręcz mobilizuje do działania wbrew.
Oceny dorosłych uczniów
Kolejnym powracającym pytaniem jest to, dotyczące sytuacji uczniów już pełnoletnich. Czy można wymagać od nich dyscypliny takiej, jak od ich młodszych kolegów? Oczekiwać całkowitego podporządkowania się szkolnym regułom? Odpowiedź również nie jest jednoznaczna – i ten problem także dostrzegł RPO.
Wystarczy przytoczyć kwestię dostępu do informacji o uczniowskich ocenach. Stosując się do przepisów ustawy o systemie oświaty, wszystkie te bieżące i klasyfikacyjne, czyli śródroczne, roczne oraz końcowe są jawne zarówno dla samego zainteresowanego, jak i jego rodziców. Wszystkim z tego grona mogą być też udostępniane do wglądu, podobnie jak sprawdzone i ocenione prace pisemne oraz dokumentacja związana z egzaminami klasyfikacyjnymi i poprawkowymi. W praktyce sprowadza się to do sytuacji, w której pełnoletni uczniowie mogą założyć rodzinę i firmę, na własne nazwisko wynająć mieszkanie, a także przerwać naukę w szkole, ale z pozbawieniem dostępu do wykazu szkolnych ocen swoich rodziców mają już problemy. Nie ma też gwarancji, w jaki sposób dyrektor podejdzie do próby o nieudostępnianie informacji. Wątpliwości, co do takiego stanu rzeczy miał nie tylko RPO, ale też generalny inspektor ochrony danych osobowych. Część ekspertów pozbawianie pełnoletnich osób możliwości zastrzegania informacji dotyczących ich osiągnięć w nauce, postrzega wręcz jako sprzeczne z konstytucją i Europejską Konwencją Praw Człowieka.
Mogą rzucić szkołę
Co ciekawe, w szkołach dla dorosłych, branżowych II stopnia i policealnych takiego problemu nie ma – dorośli uczniowie decydują sami. Rozbieżny sposób traktowania różnych grup krytycznie oceniał m.in. Daniel Sjargi, prawnik ze Stowarzyszenia Umarłych Statutów. Do organizacji zgłaszają się bowiem uczniowie niezgadzający się na zastany porządek szkolnego świata. – Na szczęście coraz więcej szkół dostrzega, że ze względu na ochronę danych osobowych i pełną zdolność do czynności prawnych, którą przecież mają już pełnoletni uczniowie – teoretycznie mogący wypisać się ze szkoły – uszanowanie ich woli jest kluczowe – oceniał na łamach „Rzeczpospolitej”. Jak wyjaśniał, część placówek po prostu wprowadza system zastrzeżeń, czyli w praktyce – udostępnia dane, póki nie sprzeciwi się temu sam zainteresowany uczeń.
Brak poszanowania niektórych praw ucznia pod koniec 2023 r. szkołom wytknęła też Najwyższa Izba Kontroli. Jak ustaliła, w części ze sprawdzanych placówek (choć trzeba zauważyć, że była to zbyt mała „próbka”, aby móc wyciągać generalne wnioski) dopuszczano możliwość obniżenia not za „nieodpowiedni” wygląd, co w praktyce oznaczało, że uczeń farbujący włosy albo malujący paznokcie (lub siebie) nie miał szans na uzyskanie wzorowej lub bardzo dobrej oceny z zachowania (zwiększało się zaś ryzyko otrzymania tej nieodpowiedniej). Izba podzieliła jednak punkt widzenia RPO: przepisy oświatowe wymagają określenia w statucie obowiązków w zakresie przestrzegania zasad ubierania się uczniów na terenie szkoły, ale to nie dotyczy szeroko pojętego wyglądu.
ZUS wyręczy przedsiębiorcę w rozliczaniu składek
Niedawno ZUS przedstawił sprawozdanie z realizacji przepisów o rencie wdowiej, która weszła w życie na początku tego roku, a pierwsze wypłaty ruszyły w lipcu. Dwie główne przyczyny odmowy to zbyt wysoka kwota świadczenia aktualnie wypłacanego (powyżej trzykrotności kwoty najniższej emerytury) oraz nabycie prawa do renty rodzinnej po zmarłym małżonku wcześniej niż 5 lat przed osiągnięciem powszechnego wieku emerytalnego. Szczególnie ta druga przesłanka wzbudza sporo kontrowersji. Planowane są w najbliższym czasie zmiany w tym zakresie?
Limit świadczeń w zbiegu był od początku obecny w projekcie obywatelskim. Dlaczego? Bo podstawowym celem renty wdowiej jest zapobieżenie degradacji ekonomicznej gospodarstw emerytów wskutek śmierci współmałżonka. Gdy umiera osoba najbliższa, zawsze następuje zmiana sytuacji finansowej gospodarstwa domowego. Zmiana ta jest jednak różna: jeśli ktoś pobiera wysoką emeryturę, np. 10 tys. zł, mniej dotkliwie odczuwa utratę świadczenia zmarłego małżonka. Dlatego ustawa wprowadza maksymalną wysokość emerytury i renty rodzinnej, które można łączyć na zasadzie renty wdowiej. Z kolei wymóg owdowienia nie wcześniej niż 5 lat przed osiągnięciem powszechnego wieku emerytalnego to miara tego, jak długo utrzymują się konsekwencje ekonomiczne śmierci zmarłego małżonka. Inaczej jest wtedy, gdy mąż lub żona umiera 12 lat przed osiągnięciem wieku emerytalnego, bo wtedy wdowiec lub wdowa może jeszcze poprawić swoją sytuację ekonomiczną. Inaczej jest natomiast, gdy śmierć następuje bezpośrednio przed osiągnięciem wieku emerytalnego. O poprawę własnej sytuacji ekonomicznej jest już wtedy bardzo trudno. Rozumiem poczucie rozczarowania, gdy owdowienie nastąpiło niewiele przed ustawowymi 5 latami, np. 6 lat przed osiągnięciem wieku emerytalnego. Takiego rozwiązania w pierwotnej wersji projektu, pod którym my jako Lewica zbieraliśmy podpisy, rzeczywiście nie było.
Więc może warto to zmienić?
To nie jest takie proste. Nawet w takim wariancie ustawa wywołuje bardzo duże skutki finansowe. To jeden z największych projektów socjalnych tego rządu. W tym roku wydamy na niego ponad 4 mld zł, w kolejnym 8 mld zł, a jeszcze w następnym nawet 14 mld zł. Wdrożenie tych zmian wymagało kompromisów z ministrem finansów. I ten warunek 5 lat nim jest. Mogę dzisiaj zapowiedzieć, że w 2028 roku usiądziemy i zastanowimy się, czy możemy podwyższyć procent drugiego świadczenia z 25 proc. na więcej oraz dokonamy całościowego przeglądu przesłanek przyznania renty wdowiej. Ten przegląd jest obowiązkiem ustawowym i na pewno będzie on okazją do dyskusji o zmianach w rencie wdowiej.
Nie rozważaliście państwo zastąpienia obowiązku pozostawania we wspólności małżeńskiej przesłanką prowadzenia wspólnego gospodarstwa domowego? Otworzyłoby to osobom żyjącym w nieformalnych związkach prawo do skorzystania z renty wdowiej.
Renta wdowia nie jest nowym świadczeniem, tylko regułą zbiegu emerytury oraz renty rodzinnej. I właśnie warunki nabycia tego drugiego świadczenia są kluczowe. Dzisiaj nie możemy nabyć prawa do renty rodzinnej po osobie, z którą prowadziliśmy wspólne gospodarstwo domowe, a która nie była małżonkiem lub inną osobą wskazaną w ustawie emerytalnej, z reguły członkiem rodziny. Jako Lewica byśmy bardzo chcieli, żeby to świadczenie było nabywane także po partnerze czy partnerce. Takie zmiany przygotowała Katarzyna Kotula w przepisach wprowadzających ustawę o związkach partnerskich. Przyjęcie tych regulacji problem by rozwiązało.
Wysokie wydatki powodują też wypłaty tzw. groszowych emerytur. ZUS informuje o dużym wzroście cen za przekazy pocztowe od tego roku, co tylko potęguje problem. Pracujecie nad jego rozwiązaniem?
Są emerytury wypłacane w wysokości dwóch groszy osobom, które pracowały w życiu przez jeden dzień. Takich świadczeń nie jest dużo, natomiast rzeczywiście koszty ich obsługi znacząco przekraczają samą ich wysokość. Zgadzam się, że to jest nieracjonalne. Będziemy chcieli zaproponować rozwiązanie, które zakładałoby, że te najniższe świadczenia byłyby wypłacane nie co miesiąc, a co kwartał.
Ale takie osoby zachowywałyby status emeryta?
Tak. Z nim wiążą się liczne uprawnienia, jak choćby prawo do ubezpieczenia zdrowotnego. Rodzinom tych emerytów po ich śmierci przysługuje prawo do zasiłku pogrzebowego i renty rodzinnej. Emeryci groszowi mogą też otrzymać trzynastkę i czternastkę.
Pytanie, czy zasadnie?
Uważam, że tak. Nie są to świadczenia ubezpieczeniowe, a mają charakter socjalny. My nie planujemy żadnych zmian w przepisach, które je regulują.
Nie obawiacie się wystąpienia zjawiska tzw. turystyki emerytalnej? Obecne zasady powodują też, że obywatel np. Niemiec, po jednym dniu pracy w Polsce też otrzyma to świadczenie po osiągnięciu naszego wieku emerytalnego.
Nie obserwujemy takich sytuacji. Wiem, że takie historie budzą emocje, ale ryzyko ich wystąpienia jest naprawdę marginalne i wydaje mi się, że nie są warte interwencji legislacyjnej.
Zdecydowaliście się zrealizować pomysł tzw. wakacji składkowych, ale z moich rozmów z przedstawicielami przedsiębiorców wynika, że oni najbardziej czekają na zmiany w wypłacie wynagrodzenia chorobowego. Kiedy mogą się ich spodziewać?
Ministerstwo rodziny odrobiło pracę domową: przygotowaliśmy projekt przepisów, który przewiduje wypłatę zasiłku chorobowego przez ZUS od pierwszego dnia niezdolności do pracy. Zaproponowaliśmy przy tej okazji rozmowę o tym, czy nie nadszedł już czas, aby nieco podnieść sam zasiłek chorobowy. Dzisiaj wynosi on – z wyjątkami – 80 proc. podstawy wymiaru. Jakiś czas temu zrezygnowaliśmy z progu 70 proc. dla zwolnień szpitalnych, więc chcieliśmy przy tej okazji zastanowić się, czy świadczenie, które pobieramy podczas zwolnienia, nie mogłoby być wyższe. Projekt, zresztą w kilku wariantach, skierowaliśmy do Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów. Jesteśmy po dwóch dłuższych dyskusjach w tych sprawach na jego posiedzeniach. Do końca kadencji mamy 2,5 roku, więc jest jeszcze sporo czasu na podjęcie tego tematu. Natomiast decyzja, kiedy to nastąpi, pozostaje poza resortem rodziny. Tu kluczowe jest stanowisko Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów oraz ministra finansów i gospodarki, to on w końcu uzupełnia deficyt w Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Natomiast – od początku o tym mówiliśmy – aby wdrożyć taki projekt, należy w pierwszej kolejności przeprowadzić reformę orzecznictwa lekarskiego w ZUS oraz zwolnień chorobowych. I na tym się obecnie koncentrujemy. Myślę, że jeszcze w tym miesiącu projekt tej reformy może zostać przyjęty przez rząd i skierowany do Sejmu.
Wracając jeszcze do kwestii wypłaty wynagrodzenia chorobowego, wspomniał pan o różnych wariantach tego rozwiązania. Co konkretnie proponujecie?
Analizowaliśmy różne warianty: od takiego, który dotyczy wszystkich płatników, do takiego, który obejmuje mniejsze podmioty. W żadnym z wariantów nie przewidywaliśmy podwyższenia składki chorobowej i to się nie zmieni. Ona wynosi obecnie 2,45 proc. i tyle powinno zostać.
Z raportów ZUS dotyczących absencji chorobowej wynika wzrost liczby zaświadczeń lekarskich jednodniowych. Czy aby zaradzić temu problemowi resort rozważa np. rozwiązanie polegające na braku odpłatności za krótkoterminowe zwolnienia?
W żadnym wypadku. Niezdolności do pracy mają różne przyczyny i są też takie, które trwają jeden czy dwa dni. Nie jest to jednak równoznaczne z nieprawidłowym korzystaniem z L4. Mogę zatem zapewnić, że żadnych zmian na niekorzyść ubezpieczonych nie planujemy.
W rewizji KPO zrezygnowaliście z oskładkowania wszystkich zleceń, na rzecz rozszerzenia kompetencji Państwowej Inspekcji Pracy do przekształcania pozornych umów cywilnoprawnych w umowy o pracę. Dlaczego?
Nowa propozycja będzie skuteczniej oddziaływać na to, jak funkcjonuje rynek pracy. Cały czas mamy do czynienia ze zjawiskiem zatrudniania osób do pracy podporządkowanej na podstawie umów cywilnoprawnych. Chcemy temu zjawisku przeciwdziałać, bo jest to nie tylko niezgodne z prawem, ale psuje też rynek pracy. Dzisiaj inspektor pracy może skierować do pracodawcy wystąpienie lub wydać mu polecenie, aby zatrudnił daną osobę w stosunku pracy, a nie na umowie cywilnoprawnej. Te środki są niewiążące dla pracodawcy. Inspektor może też wytoczyć na korzyść zleceniobiorcy powództwo o ustalenie istnienia stosunku pracy. Środek ten stosuje się rzadko, gdyż z punktu widzenia inspekcji wiąże się z dużym nakładem pracy, a nie zawsze kończy się powodzeniem. Stąd pomysł nadania inspektorom uprawnienia do przekształcania stosunku cywilnoprawnego w umowę o pracę w drodze decyzji administracyjnej. Planujemy też wzmocnienie PIP polegające na większej elektronizacji postępowań kontrolnych. Będzie łatwiej i inspektorom, i pracodawcom.
Nie obawiacie się państwo, że nowe uprawnienia mogą spowodować lawinę spraw w sądach, w których pracodawcy będą podważać decyzje inspektorów? Stany faktyczne w takich sprawach są często skomplikowane.
Mamy gwarancję prawa do sądu w konstytucji. Ona obejmuje możliwość zainicjowania kontroli decyzji administracyjnej. Decyzja inspektora będzie ingerować w stosunki cywilnoprawne i stosunki pracy, więc przewidziane będzie odwołanie od niej do sądu powszechnego. Odpowiadając na pytanie: nie obawiamy się lawiny spraw w sądach z tego tytułu. Dzisiaj też pracodawca może się odwołać od decyzji inspektorów w różnym zakresie i sądy nie są tymi sprawami mocno obciążone.
Na jakim etapie są prace nad tym rozwiązaniem?
Złożyliśmy wniosek o wpis do wykazu prac legislacyjnych rządu (we wtorek założenia do projektu pojawiły się w wykazie – przyp. red.) Następnie projekt zostanie skierowany do uzgodnień międzyresortowych, konsultacji i opiniowania.
ZUS pochwalił się niedawno na naszych łamach, że rząd dał zielone światło dla wdrożenia tzw. jednolitego pliku ubezpieczeniowego (JPU). To prawda?
Tak. Pracujemy nad projektem ustawy, skierowaliśmy właśnie wniosek o wpis do wykazu prac legislacyjnych rządu. Proces wdrożenia JPU potrwa kilka lat. Chcemy, żeby przebiegał w dwóch etapach: najpierw udostępnimy go samozatrudnionym, a potem – wszystkim płatnikom. Idea jest taka, żeby zrezygnować ze wszystkich dokumentów rozliczeniowych na rzecz JPU. Płatnik będzie przekazywał wyłącznie te dane, których ZUS nie ma i nie może ich pozyskać z innych źródeł. Obliczenie należnych składek zostanie przesunięte z płatnika na organ rentowy, który wystawi dokument do zapłaty i który od razu odeśle nas do bankowości elektronicznej.
Czy w tym roku jest szansa na zrealizowanie tego rozwiązania choćby dla tych najmniejszych płatników?
Nie ma. To jest bardzo duże przedsięwzięcie od strony legislacyjnej i technicznej. W docelowym modelu chcielibyśmy, aby ZUS zaciągał dane z programów kadrowo-płacowych płatników składek. Sam proces legislacyjny zaplanowaliśmy na rok, czyli do przyszłych wakacji. Koniec wdrożenia pod względem technicznym przewidujemy na koniec 2030 roku, a dla mniejszych płatników – na początek 2028 roku.
To nowe narzędzie będzie obejmowało składki na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne?
Chcielibyśmy, żeby tak było. Na pewno będą to składki na ubezpieczenia społeczne. Zobaczymy, jak uda się ze składką zdrowotną. To jest właściwość resortu zdrowia i NFZ, ale liczę na to, że uda się to zintegrować.
Na podpis prezydenta czeka ustawa o czerwcowych emerytach z lat 2009-2019. Ostatecznie jednak przepisy, które trafiły do Sejmu i zostały przyjęte przez parlament nie przewidują wyrównania wysokości ich świadczeń za minione lata. Dlaczego?
Wyrównanie musi być zawsze zakotwiczone w art. 77 ust. 1 konstytucji. Przewiduje on prawo do naprawienia szkody wyrządzonej przez niezgodne z prawem działanie państwa. Tą ustawą rozwiązujemy problem wysokości świadczeń osób, które przechodziły na emeryturę w czerwcu. Z niezgodnym z prawem ustaleniem wysokości emerytury mamy do czynienia w dwóch przypadkach. Po pierwsze, gdy podstawa prawna ustalenia tej wysokości jest niezgodna z ustawą zasadniczą. Po drugie, gdy ZUS nieprawidłowo stosuje przepisy, ustalając prawo do świadczenia i jego wysokość. Tymczasem w przypadku emerytur czerwcowych nie spełniła się żadna z tych przesłanek. Źródłem problemu był przepis ustawy emerytalnej, zgodnie z którym jeżeli wysokość emerytury była ustalana w czerwcu, kwota składek poddana ostatniej waloryzacji rocznej nie podlegała dodatkowym waloryzacjom kwartalnym. A to często oznaczało niższe, nawet o kilkanaście proc., świadczenie. Przepisy dotyczące zarówno wskaźnika, jak i schematu waloryzacji nie zostały zakwestionowane ani przez Trybunał Konstytucyjny, ani też przez sądy. Są one zgodne z konstytucją. ZUS zastosował je prawidłowo. Kwestia emerytur czerwcowych nie jest problemem prawnym, tylko faktycznym. W określonych warunkach gospodarczych, które wystąpiły w konkretnych latach, ten wskaźnik i schemat waloryzacji zareagował niekorzystnie dla ubezpieczonych. Jednak wcale tak nie musiało być. W świetle analiz ekonomicznych, które przeprowadziliśmy w ministerstwie, przy tym wskaźniku i schemacie waloryzacji możliwy był taki scenariusz, choć nie był bardzo prawdopodobny, że przejście na emeryturę w czerwcu nie byłoby niekorzystne. Ziściłby się on w przypadku deflacji i niskiego przypisu składek na ubezpieczenie emerytalne. Wtedy ten czerwiec nie byłby aż tak zły, jak okazał się w latach 2009-2019. Z tych powodów nie powstało tu prawo do naprawienia szkody. Dlatego nie widzimy przestrzeni do wyrównania. Natomiast chcemy potraktować równo wszystkich emerytów czerwcowych, to znaczy, żeby wobec każdej takiej osoby mogła być zastosowana zasada, że ustala się jej emeryturę tak jak w maju, jeżeli jest to dla niej korzystniejsze.
To prawda, że konstytucyjność wspominanego przepisu nie została zakwestionowana. Ale czy nie chcieliście państwo po prostu wynagrodzić ludziom faktu, iż często nieświadomie wpadali w niekorzystny schemat?
Uważamy, że równe potraktowanie emerytów czerwcowych polega na tym, że każdy z nich ma prawo do emerytury tak, jakby przeszedł na nią w maju. Sens tego mechanizmu, który zaproponowaliśmy, jest taki sam, jak tego, który w odniesieniu do emerytów czerwcowych przyjęto w 2021 r. i w 2020 r.
Czyli kwestie finansowe nie zaważyły na braku wyrównania dla tej grupy?
Każda zmiana w systemie emerytalnym, czy szerzej w prawie ubezpieczeń społecznych, wywołuje skutki finansowe. Rząd i minister, który przygotowuje projekt ustawy, muszą brać je pod uwagę. Co więcej, jesteśmy zobowiązani do ich obliczania, bo musimy przygotować ocenę skutków regulacji na potrzeby rządowego procesu legislacyjnego. Dlatego oczywiście analizujemy poszczególne rozwiązania także w takim kontekście. Natomiast w tym przypadku po prostu poruszamy się w przestrzeni wyznaczonej przez konstytucję i przepisy prawa.
Ale to nie są jedyne rozwiązania, na które czekają seniorzy. Kiedy wcześniejsi emeryci z innych roczników niż 1953 mogą spodziewać się zakończenia prac nad projektem, który rozwiązuje ich problem?
Jeżeli chodzi o sprawę emerytów wcześniejszych, którym pomniejszono kapitał do emerytury powszechnej o kwoty wcześniej pobranych świadczeń, to sprawa jest trudna i złożona. Są to osoby w korzystniejszej sytuacji niż większość świadczeniobiorców. Po pierwsze, przynależą one do nowego systemu emerytalnego, ale mogły skorzystać z możliwości przejścia na emeryturę wcześniejszą zgodnie z zasadami starego systemu. Są one z reguły bardziej korzystne.
Po drugie, miały możliwość przejścia na emeryturę po emeryturze. Patrząc z perspektywy konstytucyjnej, ryzyko emerytalne ziszcza się tylko raz i ono zostało zrealizowane w przypadku tych osób przez przejście na wcześniejsze świadczenie. Możliwość przechodzenia kilkakrotnie na emeryturę to wybór ustawodawcy. Konstytucja tego nie gwarantuje. Przejście na emeryturę wcześniejszą przez długi czas nie miało wpływu na kapitał, na podstawie którego obliczana była emerytura powszechna. W efekcie dochodziło do absurdu: im dłużej ktoś pobierał emeryturę wcześniejszą, tym większa była jego emerytura powszechna, ponieważ kapitał do niej nie był pomniejszany, a przeciwnie – rósł, bo był corocznie waloryzowany. W 2012 r. tę ostatnią regułę zmieniono – i słusznie, co zresztą rekomendował Sąd Najwyższy, a nie zakwestionował tego Trybunał Konstytucyjny. Zrobiono to jednak dość niefortunnie, bo wprowadzono bardzo krótkie vacatio legis, które naruszyło zasadę zaufania obywateli do państwa. Niekonstytucyjność w tym przypadku polegała na tym, że część osób została zaskoczona konsekwencjami swojego wyboru: w chwili, gdy decydowały się przejść na emeryturę wcześniejszą, nie wiedziały, że będzie miało to wpływ na wysokość ich emerytury powszechnej, a w konsekwencji – że nie zawsze przejście z emerytury wcześniejszej na emeryturę powszechną będzie korzystne lub tak sprzyjające, jak się tego spodziewały.
Tu dochodzimy do clou problemu, tj. w jaki sposób zrekompensować tym osobom źle skonstruowane vacatio legis?
Kobiety z rocznika 1953 zostały pokrzywdzone w sposób absolutnie skandaliczny, ponieważ na kilka miesięcy przed przejściem na emeryturę powszechną dowiedziały się, że kapitał przy jej obliczeniu zostanie im pomniejszony o uprzednio pobrane świadczenie wcześniejsze. W efekcie nawet gdyby postanowiły zawiesić prawo do emerytury wcześniejszej, to te kilka miesięcy z czysto ekonomicznego punktu widzenia nic by w zasadzie nie zmieniło. Jednak element zaskoczenia tym skutkiem w innym stopniu dotyczył np. osób, które dowiedziały się o tym 6 lat przed osiągnięciem powszechnego wieku emerytalnego. Gdyby taka osoba zdecydowała się zawiesić emeryturę wcześniejszą, miałoby to olbrzymi wpływ na to, jak wygląda jej świadczenie w powszechnym wieku. Dlatego musimy dostosować sposoby łagodzenia tego źle ukształtowanego vacatio legis do wielkości szkody, która tym osobom została wyrządzona, i tego, czy i w jakim zakresie realnie miały one wpływ na zmianę swojej sytuacji. Projekt jest też trudny pod względem finansowym: kosztuje więcej niż emerytury czerwcowe. W tym wariancie, który mamy teraz, to jest pół miliarda złotych rocznie.
Kiedy przepisy zostaną przyjęte przez rząd?
Projekt jest w tej chwili w uzgodnieniach międzyresortowych, konsultacjach publicznych i opiniowaniu. Planujemy, że przepisy wejdą w życie od połowy 2026 r., a proces legislacyjny zakończymy pod koniec bieżącego roku. Już teraz jednak wiem, że zajdą w nim pewne zmiany.
Jakie?
Prawdopodobnie poszerzymy katalog uprawnionych o rocznik 1960. Okazało się bowiem, że jeśli ktoś wcześniej zaczął niektóre prace, to również – pobierając emeryturę wcześniejszą – mógł odczuć niekorzystne skutki przepisów z 2012 r.
Ten katalog, mam wrażenie, może być problematyczny. Nie obawiacie się, że pominięte roczniki będą go kwestionować przed sądami?
My chcemy wyłapać wszystkich wcześniejszych emerytów, którzy mogli odczuć negatywne skutki błędnego ukształtowania vacatio legis ustawy z 2012 r., a jednocześnie nie należą do grupy, która miała kilkanaście lat na decyzję o zawieszeniu emerytury wcześniejszej. To było kryterium, którym się posługiwaliśmy. Na pewno w rządowym procesie legislacyjnym będziemy się jeszcze dokładnie przyglądać zakresowi podmiotowemu tej ustawy.
Dr hab. Sebastian Gajewski jest podsekretarzem stanu w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej.
Dopłata do czterodniowego tygodnia pracy z podatkiem
Pracodawco, dołącz do pilotażu skróconego czasu pracy – zachęca Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Kusi przedsiębiorców dofinansowaniem – może to być nawet 20 tys. zł na jednego pracownika (a na firmę maksymalnie 1 mln zł). Okazuje się jednak, że część tej kwoty trzeba będzie oddać fiskusowi.
– Dofinansowanie jest dla firmy przychodem, od którego trzeba zapłacić podatek – mówi Izabela Leśniewska, doradca podatkowy w kancelarii Alo-2. Wskazuje, że zgodnie z regulaminem programu pilotażowe projekty będą finansowane ze środków rezerwy Funduszu Pracy. – Do takiej dopłaty nie pasuje żadne z podatkowych zwolnień – podkreśla ekspertka.
KIS potwierdza
Potwierdza to Krajowa Informacja Skarbowa. Przyznaje, że dofinansowania z Funduszu Pracy są firmowym przychodem.
– Nie można zastosować wyłączenia z art. 12 ust. 4 pkt 14 ustawy o CIT. Regulacja ta stanowi, że do przychodów nie zalicza się otrzymanych w ramach rządowych programów nieodpłatnych świadczeń, rzeczy lub praw. Dofinansowanie jest poza dyspozycją tego przepisu – tłumaczą konsultanci. Ich zdaniem, nie zastosujemy też zwolnienia z art. 17 ust. 1 pkt 47 ustawy o CIT, który mówi o dotacjach otrzymanych z budżetu państwa. – Dofinansowanie z Funduszu Pracy nie jest uznawane za taką dotację. Tak wynika z dotychczasowych interpretacji w podobnych sprawach – wskazuje KIS.
Podobnie jest w PIT. – W momencie otrzymania dofinansowania przedsiębiorca będzie musiał wykazać przychód. Żadne ze zwolnień, które są w art. 21 ustawy o PIT, do tego przychodu nie pasuje. Od dofinansowania trzeba będzie więc zapłacić podatek, dotyczy to zarówno przedsiębiorców na skali lub stawce liniowej, jak i ryczałtowców – tłumaczą konsultanci z KIS.
Jak ten podatek wyliczyć i ile wyniesie? – Dofinansowanie trzeba dodać do innych przychodów i wyliczyć dochód (przychód minus koszty). Od tego dochodu firmy zapłacą 9 albo 19 proc. CIT. Przedsiębiorcy na skali PIT odprowadzą 12 albo 32 proc. podatek, liniowy to 19 proc. Z kolei na ryczałcie podatek liczymy od przychodu (bez odliczania kosztów), w tym wypadku stawka wynosi 3 proc. – tłumaczy Izabela Leśniewska.
Ekspertka dodaje, że przedsiębiorców uratowałoby rozporządzenie ministra finansów o zaniechaniu poboru podatku. Przyznają to też konsultanci KIS. – Dopóki nie ma takiego rozporządzenia albo objaśnień czy interpretacji ogólnej, nasze stanowisko nie może być inne – podkreśla Krajowa Informacja Skarbowa.
Ministerstwo Finansów najwyraźniej jednak nie ma jeszcze poglądu w tej sprawie. Nie odpowiedziało bowiem na wysłane przez naszą redakcję w poniedziałek pytanie.
Niektórzy zapłacą też składkę zdrowotną
Ale podatek to nie wszystko. – Przedsiębiorcy na skali i liniówce zapłacą dodatkowo składkę zdrowotną – podkreśla Izabela Leśniewska. Przykładowo, przedsiębiorca, który jest na liniowym PIT, od dofinansowania w wysokości 40 tys. zł (na dwóch pracowników) musi odprowadzić 7,6 tys. zł podatku i 1 960 zł składki. Na skali w pierwszym progu w sumie (podatek i składka) zapłaci 8,4 tys. zł, w drugim progu 16,4 tys. zł.
A na ryczałcie? Tu wysokość składki zdrowotnej zależy od wszystkich przychodów i od tego, w której grupie znajduje się przedsiębiorca. – Załóżmy, że ryczałtowiec ma około 270 tys. zł przychodu rocznie. Dostanie dofinansowanie na dwóch pracowników w wysokości 40 tys. zł. To spowoduje przejście do trzeciej grupy i oznacza, że w rozliczeniu rocznym będzie musiał dopłacić ponad 7,3 tys. zł składki zdrowotnej. Do tego jest 1,2 tys. zł podatku – wylicza Izabela Leśniewska.
– Jak widać, pokaźną część tego, co dostaniemy od państwa, od razu będziemy musieli mu oddać – podsumowuje ekspertka. Dodaje, że podatku i składki zdrowotnej od dofinansowania nie muszą obawiać się jedynie firmy rozliczające się w formie karty podatkowej.
PILOTAŻ NIE DLA WSZYSTKICH
Jakie są warunki programu
Wnioski o udział w pilotażowym programie skróconego czasu pracy można składać do 15 września 2025 r. Kluczowe warunki uczestnictwa to:
- prowadzenie działalności przez co najmniej 12 miesięcy przed dniem złożenia wniosku,
- zatrudnianie przynajmniej 75 proc. kadry na podstawie umowy o pracę, powołania, wyboru, mianowania lub spółdzielczej umowy o pracę,
- objęcie projektem minimum 50 proc. pracowników,
- utrzymanie zatrudnienia na poziomie nie niższym niż 90 proc. stanu początkowego, określonego we wniosku,
- utrzymanie wynagrodzeń pracowników biorących udział w projekcie na poziomie nie niższym niż obowiązujący w dniu rozpoczęcia jego realizacji, przez cały okres jego trwania,
- brak pogorszenia warunków pracy i płacy pracowników objętych projektem.
Administrator odpowiada za wyciek danych
Stan faktyczny
KSSiP została powiadomiona przez Komendę Główną Policji o pojawieniu się w Internecie danych osobowych powiązanych z jej platformą szkoleniową. Po przeprowadzeniu kontroli ustalono, że pochodzą one z kopii bazy danych wykonanej przez „T.” sp. z o.o. w tracie prac testowych nowej platformy. W zgłoszeniu przesłanym Prezesowi Urzędu Ochrony Danych Osobowych (dalej: PUODO) KSSiP wskazała, że naruszenie dotyczyło ponad 50 tys. osób, w tym: sędziów, prokuratorów, kuratorów zawodowych, wykładowców, urzędników sądów i prokuratury. Ujawnione dane to m.in.: imię i nazwisko, adres e-mail, nazwa użytkownika, numer telefonu, jednostka, wydział, a także dane o charakterze technicznym takie jak: adres IP, data pierwszego i ostatniego logowania, hasło. W przypadku ponad 44,5 tys. osób naruszenie dotyczy także ujawnienia numeru PESEL. Po wykryciu nieprawidłowości administrator podjął działania skutkujące usunięciem danych z publicznego portalu. Dezaktywowano dotychczasowe hasła informując użytkowników o konieczności ich zmiany przy logowaniu do nowej platformy. Stwierdzając wysokie ryzyko naruszenia praw lub wolności osób, których dane dotyczą, KSSiP rozesłał drogą mailową stosowną informację do wszystkich narażonych na to osób.
Postępowanie administracyjne
PUODO stwierdził, że art. 24 ust. 1 RODO nakłada na administratora danych obowiązek wdrożenia odpowiednich środków technicznych i organizacyjnych, aby przetwarzanie odbywało się zgodnie z RODO, a jednocześnie tak by móc to wykazać. Administrator musi przy tym uwzględnić charakter, zakres, kontekst i cele przetwarzania oraz ryzyko naruszenia praw lub wolności osób fizycznych o różnym prawdopodobieństwie i wadze. Ze zgromadzonego materiału dowodowego wynika, że „T.” sp. z o.o. nie była informowana o charakterze podejmowanych czynności, wykonując je w ramach wsparcia technicznego. Do naruszenia ochrony danych doszło więc wskutek braku zrozumienia przez administratora roli, jaką pełni w relacji z podmiotem przetwarzającym. Za całość operacji związanych z wykonaniem kopii bazy danych i przekazaniem jej do serwera docelowego, odpowiedzialna był KSSiP, która nie podjęła wystarczających działań sprawdzających bezpieczeństwo przetwarzania, tak przed rozpoczęciem migracji danych, jak i po jej zakończeniu. Weryfikacji tej dokonano dopiero w dniu stwierdzenia naruszenia. Zdaniem PUODO świadczy to o rażącym zaniedbaniu obowiązków KSSiP i naruszeniu art. 32 ust. 1 i ust. 2 RODO.
Wymierzając administracyjną karę pieniężną w maksymalnej dopuszczalnej wysokości, czyli kwocie 100 tys. zł organ wziął pod uwagę w szczególności: kategorie danych osobowych, których dotyczyło naruszenie ochrony danych osobowych, charakter i wagę naruszenia przy uwzględnieniu liczby poszkodowanych osób, czas trwania naruszenia, nieumyślny charakter naruszenia oraz wysoki stopień odpowiedzialności administratora. Ustalając wysokość kary Prezes UODO uwzględnił również działania podjęte przez administratora w celu zminimalizowania szkody poniesionej przez osoby, których dane dotyczą. Organ uznał jednak, że nałożona kara i tak jest niewspółmiernie niska do skali i wagi naruszenia z perspektywy przepisów RODO.
Zarzuty skargi
KSSiP wniósł skargę dowodząc, że to „T.” sp. z o.o. jako podmiot przetwarzający nie wdrożyła właściwych środków technicznych i organizacyjnych pozwalających na zapewnienie bezpieczeństwa bazy danych podczas przenoszenia z jednej udostępnianej przez siebie lokalizacji do drugiej takiej lokalizacji. KSSiP uznała, że dochowała wymaganej staranności powierzając świadczenie usług, w tym zlecając migrację bazy danych, podmiotowi, który zawodowo wykonuje takie czynności i legitymuje się posiadaniem dokumentów potwierdzających znajomość zasad i technik zabezpieczenia informacji w technikach informatycznych. Zdaniem skarżącej do naruszenia doszło na skutek błędu pracownika „T.” sp. z o.o., który polegał na umieszczeniu tymczasowej kopi bazy danych w katalogu publicznym, a następnie nieusunięciu tego pliku. KSSiP kwestionował też wysokość nałożonej kary.
Stanowisko WSA
WSA w Warszawie oddalił skargę KSSiP uznając, że bezsprzecznie doszło do naruszenia art. 32 ust. 1 i 2 RODO. KSSiP zdecydowała, że po zakończeniu procesu migracji żadna kopia bazy danych nie powinna pozostać, jednak nie sprawdziła, czy czynność ta została wykonana. To administrator decyduje o celach i sposobach przetwarzania i to on w pierwszej kolejności odpowiada za bezpieczeństwo danych. Nawet jeśli w wyniku błędu pracownik „T.” sp. z o.o. nie usunął wykonanej kopii bazy danych, to na administratorze nadal ciążył obowiązek weryfikacji, czy lokalizacja, w której umieszczono te dane zapewnia bezpieczeństwo ich przetwarzania.
WSA w Warszawie uznał też, że wbrew twierdzeniom KSSiP, ustalenie, czy wyciek danych nastąpił w wyniku błędu pracownika „T.” sp. z o.o., czy też na skutek innych czynników, nie było ani przesądzające ani nawet wymagane do wydania decyzji. Dokonując oceny działalności administratora organ ustalił jakie procedury zostały złamane i jakie przepisy naruszono. Było to wystarczające do ustalenia odpowiedzialności KSSiP, a nie „T.” sp. z o.o., gdyż to rolą administratora było zapewnienie bezpieczeństwa w procesie przetwarzania danych osobowych.
Orzeczenie NSA
NSA oddalił skargę kasacyjną. W uzasadnieniu wyjaśniono, że ze zgromadzonego materiału dowodowego wynika, iż to administrator nie podjął wystarczających działań mających na celu zweryfikowanie bezpieczeństwa środowiska przetwarzania przed rozpoczęciem działań migracyjnych i po ich zakończeniu. W uzasadnieniu wyroku podkreślono, że odpowiednie na gruncie art. 32 ust. 1 RODO środki techniczne i organizacyjne mające zapewnienie bezpieczeństwa, to nie środki skuteczne w każdym przypadku, a takie, których dochowanie mogło być w dacie i okolicznościach dostępu do danych osobowych, obiektywnie wymagane od danego podmiotu. Decydując się na nieangażowanie podmiotu przetwarzającego w proces migracji i nieudzielenie pełnych informacji o podejmowanych czynnościach i oczekiwanych rezultatach, administrator nie upewnił się, że przetwarzane dane osobowe są odpowiednio zabezpieczone. Weryfikacji tej administrator podjął się dopiero w dniu stwierdzenia naruszenia, co stanowi o naruszeniu przez KSSiP art. 32 ust. 1 i 2 RODO.
NSA podkreślił, że administrator ponosi odpowiedzialność także za działanie osób i podmiotów od siebie zależnych, przy pomocy których przetwarza dane osobowe. W realiach niniejszej sprawy jest to o tyle istotna kwestia, że do wycieku danych osobowych doszło nie na skutek ingerencji osoby trzeciej, a w efekcie niezastosowania należytych środków technicznych i organizacyjnych przy migracji danych. Niedopełnienie tych obowiązków skutkowało pobraniem kopii bazy danych przez nieznane i nieuprawnione osoby, co stanowi o naruszeniu przez KSSiP zasady poufności wyrażonej w art. 5 ust. 1 lit. f) RODO. Za nietrafne uznano twierdzenia KSSiP, że dla oceny odpowiedzialności administratora za naruszenie danych konieczne było wyjaśnienie co dokładnie było przyczyną wycieku danych. NSA podzielił stanowisko Sądu I instancji i PUODO, że organ dokonuje oceny działalności administratora przez pryzmat obowiązujących przepisów, a ustalony stan faktyczny pozwalał na przypisanie odpowiedzialności za wyciek danych osobowych KSSiP. Nie ma więc znaczenia, czy doszło do tego w wyniku błędu pracownika „T.” sp. z o.o., czy też na skutek innych czynników.
W uzasadnieniu podkreślono, że w świetle art. 32 ust. 1 RODO korzystanie przez KSSiP w procesie przetwarzania danych osobowych ze wsparcia profesjonalnego podmiotu przetwarzającego, nie powoduje przeniesienia odpowiedzialności z administratora na podmiot przetwarzający w zakresie obowiązków ciążących na nim na mocy przepisów RODO, w tym zapewnienia bezpieczeństwa przetwarzania danych osobowych. Przyjęcie odmiennej interpretacji przepisu prowadziłoby do błędnego wniosku, że w momencie zawarcia umowy powierzenia danych osobowych, administrator zostaje wyłączony spod przepisów RODO zobowiązujących go do zapewnienia bezpieczeństwa przetwarzanych danych.
NSA za prawidłowe uznał także określenie wysokości kary. Pomimo tego, że faktycznie organ wymierzył skarżącej karę pieniężną w maksymalnej dopuszczalnej wysokości to wziął pod uwagę okoliczności łagodzące odpowiedzialność, w tym działania podjęte przez administratora w celu zminimalizowania szkody poniesionej przez osoby, których dane dotyczą. PUODO zasadnie uznał jednak, że obniżenie kary z uwagi na okoliczności łagodzące, zostało zastąpione przez bardziej korzystne dla KSSiP ustawowe ograniczenie wysokości kary do 100 tys. zł. Zdaniem NSA kara w maksymalnej wysokości, w tej sprawie jest i tak niewspółmiernie niska do skali i wagi naruszenia z perspektywy regulacji RODO.
Wyrok NSA z 12.6.2025 r., III OSK 1394/22, Legalis
Maksymalny czas na przyjęcie do szpitala
- Na poziomie rozporządzenia ma zostać zapewnione, że czas oczekiwania na przyjęcie z Zespołu Ratownictwa Medycznego (dalej: ZRM) do szpitala nie będzie przekraczać 15 minut od czasu przybycia ZRM do szpitala.
- Regulacja nie dotyczy wszystkich pacjentów i wszystkich szpitali, lecz jedynie pacjentów w stanie nagłego zagrożenia życia, których łączne zaopatrzenie od chwili zdarzenia nie powinno przekroczyć 60 minut (licząc czas dojazdu na miejsce, działania na miejscu zdarzenia, a następnie transport do szpitala).
Aktualny stan prawny
Ustawą z 24.4.2025 r. o zmianie ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym oraz niektórych innych ustaw (Dz.U. z 2025 r. poz. 637) został wprowadzony do ustawy z 8.9.2006 r. o Państwowym Ratownictwie Medycznym (t.j. Dz.U. z 2025 r. poz. 91, dalej: PRatowMedU) art. 45a. Na podstawie tego przepisu, minister właściwy do spraw zdrowia został zobowiązany do określenia w drodze rozporządzenia maksymalnego czasu na przyjęcie pacjenta od zespołu ratownictwa medycznego.
Nie dotyczy to jednak wszystkich pacjentów i wszystkich szpitali, lecz szpitali, o których mowa w art. 44 ust. 1 i art. 45 PRatowMedU.
Zgodnie z art. 44 ust. 1 PRatowMedU ZRM transportuje osobę w stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego do najbliższego, pod względem czasu dotarcia, szpitalnego oddziału ratunkowego lub do szpitala wskazanego przez dyspozytora medycznego, wojewódzkiego koordynatora ratownictwa medycznego albo krajowego koordynatora ratownictwa medycznego.
Natomiast zgodnie z art. 45 PRatowMedU, w przypadku gdy:
- u osoby w stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego zostanie stwierdzony stan, który wymaga transportu z miejsca zdarzenia bezpośrednio do szpitala, w którym znajduje się centrum urazowe lub centrum urazowe dla dzieci, albo do jednostki organizacyjnej szpitala wyspecjalizowanej w zakresie udzielania świadczeń zdrowotnych niezbędnych dla ratownictwa medycznego, lub
- gdy tak zadecyduje kierownik zespołu ratownictwa medycznego,
osobę w stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego transportuje się bezpośrednio do szpitala, w którym znajduje się odpowiednie centrum albo jednostka organizacyjna szpitala wyspecjalizowana w zakresie udzielania świadczeń zdrowotnych niezbędnych dla ratownictwa medycznego, wskazanego przez dyspozytora medycznego, wojewódzkiego koordynatora ratownictwa medycznego lub krajowego koordynatora ratownictwa medycznego. W przypadku transportu poza obszar działania dyspozytorni medycznej transport koordynuje odpowiednio wojewódzki koordynator ratownictwa medycznego albo krajowy koordynator ratownictwa medycznego.
Wobec powyższego określony omawianym rozporządzeniem czas przekazania pacjenta z ZRM do szpitala dotyczy tylko powyżej wskazanych szpitali. Nie dotyczy każdego przypadku przekazania pacjenta z ZRM do szpitala.
Projektowany akt prawny
Zgodnie z projektem rozporządzenia, czas na przyjęcie pacjenta do ZRM wynosi nie więcej niż 15 minut, licząc od czasu przybycia zespołu ratownictwa medycznego do szpitala zarejestrowanego w Systemie Wspomagania Dowodzenia Państwowego Ratownictwa Medycznego.
Projektodawcy uzasadniają, że już obecnie w większości przypadków powyższy czas i tak jest zachowany, głownie z przyczyn medycznych.
Wskazują, że czas na przekazanie wraz z czasem dojazdu zespołu ratownictwa medycznego na miejsce zdarzenia (art. 24 ust. 1 pkt 1 PRatowMedU), czasem pobytu na miejscu zdarzenia i czasem przewiezienia pacjenta do szpitala (art. 21 ust. 3 pkt 2 lit. b PRatowMedU), nie powinien być dłuższy niż 60 minut, czyli powinien spełniać standard tzw. „złotej godziny”, która nie może być przekroczona w przypadku osób w stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego.
Oczekiwane zmiany
Określenie czasu na przekazanie pacjenta w stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego do wskazanych szpitali ma zapewnić przyspieszenie obsługi i skrócenie czasu oczekiwania na przekazanie pacjenta. To również ułatwi pracę dyspozytorów medycznych i ZRM tak, aby możliwie niezwłocznie pacjent został zaopatrzony w szpitalu, a ZRM mógł zostać odesłany do dalszych zgłoszeń, bez potrzeby dodatkowego oczekiwania.
Planuje się, że rozporządzenie wejdzie w życie z dniem następującym po dniu ogłoszenia.
Etap legislacyjny
Projekt rozporządzenia Ministra Zdrowia w sprawie maksymalnego czasu na przyjęcie pacjenta od zespołu ratownictwa medycznego w szpitalach (MZ1783) jest w trakcie prac rządowych.
Zawezwanie do próby ugodowej a przedawnienie roszczenia
Komentarz
Uproszczenie udostępniania danych z rejestrów
Etap legislacyjny
Ustawa z 25.6.2025 r. o zmianie ustawy o informatyzacji działalności podmiotów realizujących zadania publiczne oraz niektórych innych ustaw (Dz.U. z 2025 r. poz. 1006; dalej: ZmInformPodPublU25) weszła w życie co do zasady 9.8.2025 r. Zgodnie bowiem z art. 11 ZmInformPodPublU25, ustawa wchodzi w życie po upływie 14 dni od dnia ogłoszenia, co nastąpiło 25.7.2025 r., z wyjątkami:
- art. 3 pkt 2 lit. a i b oraz pkt 3 ZmInformPodPublU25 (dotyczący ustawy z 6.8.2010 r. o dowodach osobistych, t.j. Dz. U. z 2022 r. poz. 671; dalej: DowodyU), art. 4 pkt 2, 4 i 5 ZmInformPodPublU25 (dotyczący ustawy z 24.9.2010 r. o ewidencji ludności, t.j. Dz.U. z 2025 r. poz. 274) oraz art. 9 ZmInformPodPublU25 (dotyczący zgody na udostępnianie fotografii z Rejestru Dowodów Osobistych w trybie pełnej teletransmisji danych), które wejdą w życie 30.6.2026 r.;
- art. 6 ZmInformPodPublU25, dotyczący zmian w ustawie z 25.6.2015 r. – Prawo konsularne (t.j. Dz.U. z 2023 r. poz. 1329) który wejdzie w życie 17.4.2026 r.
Cel wprowadzonych zmian
ZmInformPodPublU25 ma na celu – jak wskazał ustawodawca w uzasadnieniu do ZmInformPodPublU25, dostępnym na stronie internetowej Sejmu RP (druk sejmowy nr 1268) – uproszczenie zasad udostępniania danych z rejestrów prowadzonych przez ministra właściwego do spraw informatyzacji, to jest danych z:
- rejestru danych kontaktowych osób fizycznych,
- centralnej ewidencji pojazdów,
- centralnej ewidencji kierowców,
- Rejestru Dowodów Osobistych,
- rejestru zastrzeżeń numerów PESEL,
- rejestru PESEL,
- rejestru stanu cywilnego,
- Rejestru Dokumentów Paszportowych.
Istota wprowadzonych zmian
Wprowadzone zmiany polegają na rezygnacji z obowiązku wydawania decyzji administracyjnej przez ministra właściwego do spraw informatyzacji, w przypadku gdy udostępnienie danych jest uzasadnione. Pozytywna odpowiedź na wniosek podmiotu ubiegającego się o udostępnienie danych będzie skutkować czynnością materialno-techniczną i nie będzie wymagać wydania decyzji administracyjnej. Czynność materialno-techniczna jako czynność władztwa administracyjnego, rozumiana jest – jak wyjaśniono w uzasadnieniu do ZmInformPodPublU25 – jako jednostronne działania organu wykonującego administrację publiczną. Stanowi ona czynność z zakresu administracji publicznej i jako taka podlega kontroli działalności administracji publicznej przez sądy administracyjne.
Minister właściwy do spraw informatyzacji będzie natomiast nadal wydawał decyzję administracyjną w przypadku odmowy udostępniania danych i cofnięcia zgody na ich udostępnianie (rozstrzygnięcie negatywne, niezgodne z żądaniem wnioskodawcy).
Wprowadzenie ww. zmian ma – zdaniem ustawodawcy – pozytywnie przełożyć się na czas uzyskiwania dostępu do danych rejestrów (istotnie skrócić go), a w konsekwencji przyczynić się do szybszego udostępniania danych. Ponadto ma odciążyć administrację publiczną od konieczności wydawania decyzji, jeżeli uwzględnia ona w całości wniosek, a także zmniejszyć liczbę formalności i skrócić procedury.
Dostęp do wizerunku osoby fizycznej
W art. 3 pkt 2 lit. a i b oraz pkt 3 ZmInformPodPublU25 wprowadza się zmiany w DowodyU, których celem jest – jak wskazuje ustawodawca w uzasadnieniu do ZmInformPodPublU25 – zapewnienie warunków prawnych pozwalających na uzupełnienie procesów o weryfikację wizerunku twarzy osoby fizycznej z wizerunkiem tej osoby przechowywanym w Rejestrze Dowodów Osobistych (dalej: RDO). Głównym celem wprowadzonych zmian jest więc podniesienie skuteczności oraz bezpieczeństwa procesów ustalania tożsamości osób fizycznych przez zapewnienie usługodawcom dostępu do danej biometrycznej, jaką stanowi wizerunek osoby fizycznej przechowywany w RDO. Weryfikacja przy użyciu wizerunku (zdjęcia) osoby fizycznej ma – w założeniu ustawodawcy – pozytywnie wpłynąć na uszczelnienie procedur ustalania tożsamości osób fizycznych. Co w rezultacie ma przełożyć się na znaczne ograniczenie liczby wyłudzeń, które mają miejsce szczególnie w sektorze finansowym.
Ustawodawca określił katalog podmiotów, które będą uprawnione do ubiegania się o dostęp do fotografii z RDO (art. 68a ust. 1 DowodyU), i warunki, jakie będą musiały spełnić, by skorzystać z usługi (art. 68 ust. 1a DowodyU). Katalog ten określono przez pryzmat wykonywanych zadań i czynności, w których niezbędna jest skuteczna weryfikacja tożsamości klienta. Tym samym posiadanie przez usługodawcę wyłącznie dostępu do danych zgromadzonych w RDO w drodze weryfikacji nie będzie stanowiło automatycznej przepustki do dostępu do wizerunku posiadacza dowodu osobistego, lecz zostanie ograniczone do wskazanego w projekcie kręgu podmiotów. Ustawodawca wskazał m.in.: dostawców usług komunikacji elektronicznej, dostawców usług płatniczych, banki, spółdzielcze kasy oszczędnościowo- kredytowe, firmy inwestycyjne czy towarzystwa funduszy inwestycyjnych.
W art. 9 ust. 1 ZmInformPodPublU25 wprowadzono rozwiązanie, które przewiduje możliwość bezpłatnego udostępniania fotografii w trybie pełnej teletransmisji danych z RDO, w celu potwierdzenia tożsamości posiadacza dowodu osobistego. Z tego rozwiązania będą mogły skorzystać między innymi ww. podmioty.
Przepisy przejściowe
W ocenie ustawodawcy – przedstawionej w uzasadnieniu do ZmInformPodPublU25 – nie zachodzi potrzeba zawarcia regulacji o charakterze przejściowym i dostosowującym, związanych z utrzymaniem ważności decyzji wyrażających zgodę na udostępnienie danych, które zostały już wydane bądź zostaną wydane przed dniem wejścia w życie ZmInformPodPublU25. Nowo wprowadzone rozwiązania nie zmieniają co do zasady sposobu ubiegania się o udostępnianie danych.
Surowsze kary za wypalanie traw i rozniecanie ognia
Chodzi o przygotowaną przez resort sprawiedliwości nowelizację kodeksu wykroczeń oraz kodeksu postępowania w sprawach o wykroczenia. To swoista odpowiedź na coraz częstsze susze i rosnące zagrożenie pożarowe. Inicjatywa zmiany przepisów pojawiła się po kwietniowym pożarze, który wybuchł w Biebrzańskim Parku Narodowym. Ogień objął wówczas 450 hektarów, a w akcji gaśniczej uczestniczyło kilkaset osób. Premier Donald Tusk zapowiadał wówczas rządową dyskusję dotyczącą kar za podpalenia. Przygotowanie propozycji zaostrzenia sankcji za ten typ przestępstwa zlecono resortom sprawiedliwości i spraw wewnętrznych.
W efekcie MS przedstawiło projekt, który ma pozwolić na skuteczniejszą walkę z niebezpiecznymi zachowaniami mogącymi doprowadzić do pożaru. Przyznano w nim, że kodeks karny odpowiednio reguluje sankcje za podpalenia, które wynoszą do 10 lat więzienia. Według resortu zmian wymaga jednak wysokość kar za wykroczenia mogące skutkować wybuchem pożaru, które są obecnie zdecydowanie za niskie. Jak podkreślono górne granice grzywny w tym zakresie nie były zmieniane od czasów denominacji pieniądza, czyli od 1995 r., a wysokość mandatów pozostaje na tym samym poziomie 500 zł od 24 lat.
W przyjętym we wtorek przez rząd projekcie zaproponowano podniesienie grzywien do 30 tys. zł, czyli do poziomu wykroczeń drogowych. Kara ta ma grozić także za wykroczenia z art. 82 kodeksu wykroczeń, czyli:
- dokonywanie czynności mogących spowodować pożar, jego rozprzestrzenianie się, utrudnienie prowadzenia działania ratowniczego lub ewakuacji,
- niezapewnienie warunków ochrony przeciwpożarowej obiektu lub terenu,
- rozniecanie ognia albo palenie tytoniu poza miejscami wyznaczonymi do tego celu,
- wypalanie trawy, słomy lub pozostałości roślinnych na polach niezgodnie z przepisami,
- nieostrożne obchodzenie się z ogniem.
Zmiany mają objąć też kodeks postępowania w sprawach o wykroczenia. Umożliwiają one wymierzenie za wspomniane wykroczenia w postępowaniu mandatowym grzywny do 5 tys. zł (dziś to 500 zł) i do 6 tys. (obecnie to 1 tys. zł), jeśli sprawca jednym czynem popełnia więcej niż jedno wykroczenie.
Zaakceptowany przez rząd projekt eliminuje też z katalogu kar za wykroczenia z art. 82 KW karę nagany i dodaje karę ograniczenia wolności. Według autorów nagana wydaje się niewystarczającą karą w stosunku do skutków i kosztów pożaru.
– Sąd w dalszym ciągu, w każdej sprawie, w wypadkach zasługujących na szczególne uwzględnienie, będzie mógł, biorąc pod uwagę charakter i okoliczności czynu lub właściwości i warunki osobiste sprawcy, skorzystać z instytucji przewidzianej w art. 39 KW, tj. zastosować wobec sprawcy nadzwyczajne złagodzenie kary albo odstąpić od wymierzenia kary lub środka karnego. Nadzwyczajne złagodzenie kary polega przy tym na wymierzeniu kary poniżej dolnej granicy ustawowego zagrożenia albo kary łagodniejszego rodzaju, w tym kary nagany – wskazano w projekcie.
Etap legislacyjny: trafi do Sejmu
Termin zgłoszenia nieautoryzowanej transakcji płatniczej
Stan faktyczny
IL (osoba fizyczna) posiada rachunek depozytowy w złocie w Veracash SAS. W marcu 2017 r. ta spółka wysłała IL nową kartę płatniczą. Między marcem a majem 2017 r. z tego rachunku dokonywano codziennych wypłat. IL, utrzymując, że ani nie otrzymał tej karty, ani nie autoryzował tych wypłat, wytoczył powództwo, domagając się zasądzenia od Veracash zwrotu kwot odpowiadających tym wypłatom, a także zapłaty odszkodowania.
Francuskie Sądy uznały, że IL nie może powoływać się na przepisy kodeksu monetarnego i finansowego, w którym transponowano dyrektywę 2007/64/WE Parlamentu Europejskiego i Rady z 13.11.2007 r. w sprawie usług płatniczych w ramach rynku wewnętrznego, zmieniającej dyrektywy 97/7/WE, 2002/65/WE, 2005/60/WE i 2006/48/WE i uchylającej dyrektywę 97/5/WE (Dz.Urz. UE L z 2007 r. Nr 319, s. 1; dalej: PSD1), ponieważ nie powiadomił Veracash o tych wypłatach „bez zbędnej zwłoki” i „bezzwłocznie”, lecz prawie dwa miesiące po dokonaniu pierwszej kwestionowanej wypłaty. IL wniósł zatem skargę kasacyjną, wskazując m.in., że użytkownikowi karty bankowej przysługuje na dokonanie takiego powiadomienia termin 13 miesięcy od daty kwestionowanego obciążenia rachunku.
Sąd odsyłający wskazuje, że rozstrzygnięcie zawisłego przed nim sporu zależy od tego, czy dostawca usług płatniczych może odmówić zwrotu kwoty, na jaką opiewała nieautoryzowana transakcja, w sytuacji gdy płatnik, mimo iż powiadomił o tej transakcji przed upływem terminu 13 miesięcy od daty obciążenia rachunku, zwlekał z dokonaniem tego powiadomienia, przy czym opóźnienie to nie było celowe ani nie wynikało z rażącego zaniedbania z jego strony.
Stanowisko TS
Terminy
W art. 58 PSD1 przewidziano, że użytkownik usług płatniczych uzyskuje korektę transakcji wyłącznie wtedy, gdy bez zbędnej zwłoki powiadomi swojego dostawcę usług płatniczych w chwili stwierdzenia wszelkich nieautoryzowanych lub nieprawidłowo wykonanych transakcji płatniczych uprawniających do zgłoszenia roszczeń, i nie później niż w ciągu 13 miesięcy od daty obciążenia rachunku, chyba że w stosownych przypadkach dostawca usług płatniczych nie dostarczył lub nie udostępnił informacji o tej transakcji płatniczej, zgodnie z tytułem III tej dyrektywy. Trybunał stwierdził, że treść tego przepisu przewiduje spoczywający na użytkowniku usług płatniczych obowiązek powiadomienia swojego dostawcy o tym, iż stwierdził on w szczególności nieautoryzowaną transakcję płatniczą, „bez zbędnej zwłoki” „i nie później niż” w ciągu 13 miesięcy od daty obciążenia rachunku. Zatem prawo użytkownika usług płatniczych do uzyskania korekty nieautoryzowanej transakcji płatniczej jest uzależnione od uprzedniego spełnienia podwójnej przesłanki czasowej.
Trybunał orzekł, że art. 58 PSD1 należy interpretować w ten sposób, iż użytkownik usług płatniczych jest co do zasady pozbawiony prawa do uzyskania korekty transakcji, jeżeli nie powiadomił bez zbędnej zwłoki swojego dostawcy usług płatniczych o tym, że stwierdził nieautoryzowaną transakcję płatniczą, nawet w przypadku gdy powiadomił go o niej w ciągu 13 miesięcy od daty obciążenia rachunku.
Zwolnienie z obowiązku zwrotu kwot
W ramach systemu odpowiedzialności z tytułu nieautoryzowanych transakcji płatniczych art. 59 PSD1 wprowadza mechanizm rozkładu ciężaru dowodu, korzystny dla użytkownika usług płatniczych. Ciężar dowodu spoczywa bowiem na dostawcy usług płatniczych, który musi udowodnić, że transakcja została uwierzytelniona, odpowiednio zapisana i ujęta w księgach. W praktyce ustanowiony w art. 59 PSD1 system dowodowy prowadzi do nałożenia na dostawcę usług płatniczych obowiązku bezzwłocznego zwrotu, zgodnie z art. 60 ust. 1 PSD1, o ile zgłoszenie, o którym mowa w art. 58 PSD1, zostało dokonane w przewidzianym w nim terminie.
Trybunał wskazał, że do sądu odsyłającego należy ustalenie, czy płatnik zwlekał z powiadomieniem o nieautoryzowanej transakcji płatniczej celowo lub w wyniku rażącego zaniedbania, w przypadku każdej z wypłat, ponieważ art. 58 PSD1 odnosi się wyraźnie do zgłaszania indywidualnych transakcji płatniczych. Wśród przesłanek określonych w art. 61 ust. 2 PSD1 znajduje się „rażące zaniedbanie” ze strony płatnika, to jest, jak zauważyła również rzeczniczka generalna w pkt. 65 opinii, kwalifikowane naruszenie obowiązku staranności. Co więcej, należy wziąć pod uwagę okoliczności, w jakich znajduje się płatnik. Z wyjątkiem zatem sytuacji, w której ten ostatni działał w nieuczciwych zamiarach, i z zastrzeżeniem ewentualnego zastosowania art. 51 ust. 1 PSD1, nie można mu zarzucać, że nie powiadomił swojego dostawcy usług płatniczych „bezzwłocznie” o tym, że stwierdził nieautoryzowaną transakcję płatniczą .
Trybunał orzekł, że art. 58, art. 60 ust. 1 i art. 61 ust. 2 w zw. z art. 56 ust. 1 lit. b) PSD1 należy interpretować w ten sposób, iż w przypadku gdy doszło do nieautoryzowanej transakcji płatniczej, która jest skutkiem użycia instrumentu płatniczego utraconego, skradzionego lub przywłaszczonego, lub jakiegokolwiek nieuprawnionego użycia takiego instrumentu, a płatnik powiadomił swojego dostawcę usług płatniczych o tej transakcji w ciągu 13 miesięcy od daty obciążenia rachunku, ów płatnik jest – co do zasady i z wyjątkiem sytuacji, w której działał on w nieuczciwych zamiarach – pozbawiony prawa do faktycznego uzyskania korekty tej transakcji tylko wtedy, gdy zwlekał z powiadomieniem o niej swojego dostawcy usług płatniczych celowo lub w wyniku rażącego zaniedbania polegającego na kwalifikowanym naruszeniu obowiązku staranności.
Zakres prawa do zwrotu
Trybunał stwierdził, że nawet w przypadku powtarzających się w czasie nieautoryzowanych transakcji płatniczych, z których wszystkie są skutkiem tej samej utraty, tej samej kradzieży lub tego samego przywłaszczenia danego instrumentu płatniczego, płatnik może zostać pozbawiony prawa do uzyskania korekty jedynie w zakresie transakcji, w przypadku których celowo lub w sposób rażąco niedbały zwlekał z powiadomieniem swojego dostawcy usług płatniczych.
Trybunał orzekł, że art. 58, art. 60 ust. 1 i art. 61 ust. 2 w zw. z art. 56 ust. 1 lit. b) PSD1 należy interpretować w ten sposób, iż w przypadku gdy, po pierwsze, doszło do szeregu następujących po sobie nieautoryzowanych transakcji płatniczych, które są skutkiem użycia instrumentu płatniczego utraconego, skradzionego lub przywłaszczonego lub jakiegokolwiek nieuprawnionego użycia takiego instrumentu, a po drugie, płatnik wprawdzie dochował terminu 13 miesięcy od daty obciążenia rachunku w związku z tymi transakcjami, lecz częściowo zwlekał – celowo lub w wyniku rażącego zaniedbania – z powiadomieniem o nich swojego dostawcy usług płatniczych, to ów płatnik jest co do zasady pozbawiony prawa do uzyskania zwrotu jedynie w zakresie strat będących wynikiem transakcji, w przypadku których celowo lub w sposób rażąco niedbały zwlekał z powiadomieniem swojego dostawcy usług płatniczych.
Komentarz
Bardzo ważny wyrok, zgodnie z którym powinny być interpretowane przepisy ustawy z 19.8.2011 r. o usługach płatniczych (t.j. Dz.U. z 2025 r. poz. 611; dalej: UsłPłU), dotyczące terminów reklamacji i warunków zwrotu kwot wypłaconych w wyniku nieautoryzowanych transakcji płatniczych.
Należy stwierdzić, że chociaż prezentowana wykładnia TS, ze względu na stan faktyczny tej sprawy, dotyczy przepisów dyrektywy PSD1, jednakże jest ona aktualna również na gruncie przepisów dyrektywy PSD2 i transponujących ją przepisów UsłPłU.
Z prezentowanego wyroku wynika, że obowiązek zgłoszenia przewidziany w art. 58 PSD1 (zob. art. 71 ust. 1 PSD2 i art. 44 UsłPłU) należy uznać za wypełniony jedynie wówczas, gdy spełniona została podwójna przesłanka: po pierwsze, użytkownik usług płatniczych powiadomił swojego dostawcę usług płatniczych bez zbędnej zwłoki o tym, że stwierdził on nieautoryzowaną transakcję płatniczą, a po drugie, powiadomienie to nastąpiło nie później niż w ciągu 13 miesięcy od daty obciążenia rachunku. Natomiast zwłoka w zgłoszeniu nieautoryzowanej transakcji płatniczej może spowodować utratę prawa do zwrotu środków, wówczas gdy ów płatnik – co do zasady i z wyjątkiem sytuacji, w której działał on w nieuczciwych zamiarach –zwlekał celowo lub w wyniku rażącego zaniedbania. Dotyczy to również sytuacji, w której dotrzyma on terminu 13 miesięcy od daty obciążenia rachunku. Co istotne, jeżeli tych nieautoryzowanych transakcji jest więcej niż jedna, to sąd powinien zweryfikować, czy taka zwłoka ma miejsce odrębnie w przypadku każdej z wypłat.
Wyrok TS z 1.8.2025 r., Veracash, C-665/23