Wybory parlamentarne 2023 a udział w referendum

Internet obiegła informacja, że w nadchodzących wyborach karty wyborcze do Sejmu i Senatu oraz karta referendalna będą zszywane w jeden plik, wydawany przez członka komisji. Zrodziło to wątpliwości osób planujących odmówić udziału w referendum, ale i wzmocniło obawy o i tak już naruszoną granicę między wyborami a referendum. Jak się jednak okazuje, nic takiego nie nastąpi w trakcie wyborów 15.10.2023 r. Tak wynika z komentarza udzielonego „Rzeczpospolitej” przez biuro prasowe Krajowego Biura Wyborczego (KBW).

Zszycie wszystkich trzech kart stanowiłoby dodatkowe – w tym psychologiczne – utrudnienie w odmowie wzięcia udziału w którymś z trzech głosowań. Już bez niego jednak konieczne jest wyraźne wyartykułowanie braku zamiaru wzięcia takiego udziału, i to zanim weźmiemy do ręki kartę do głosowania.

Wyobraźmy sobie jednak taką sytuację: wziąłem wszystkie trzy karty, po czym postanowiłem oddać tę referendalną członkowi komisji. Czy zostanę policzony jako biorący udział w referendum? Takie pytanie mogą zadawać sobie niepewni tego, czy umieją wyraźnie wyartykułować brak woli przyjęcia karty referendalnej.

Beck Akademia - praktyczne szkolenia online - sprawdź aktualny harmonogram Sprawdź

Odpowiedź nie jest prosta. Według informacji przekazanych przez KBW ostatecznym momentem jest tu podpis złożony przez członka komisji – stwierdza on bowiem stan faktyczny: liczbę wziętych kart i udział w konkretnych głosowaniach. Od tej chwili zwrócenie karty byłoby więc bezskuteczne.

Najpierw jednak członek komisji dokonuje adnotacji informującej, jakie karty wziął dany wyborca – a co za tym idzie: w których głosowaniach weźmie udział – potem mu je wydaje, a na koniec składa podpis. Można więc szybko zwrócić którąś z kart, zanim dojdzie do podpisu. Wtedy też członek komisji przyjmie zwracaną kartę, dokona zmian w adnotacji i podpisze się pod ostateczną jej wersją.

Jak jednak wskazuje KBW, warto zawczasu pamiętać o odmowie przyjęcia którejś z kart, by nie wprowadzać zamieszania. Ponadto, gdy już wzięliśmy kartę do referendum, a nie chcemy być policzeni jako biorący w nim udział, sposobem okazać się może całkowite przedarcie karty – zgodnie z art. 22 ust. 4 i 5 ustawy o referendum ogólnokrajowym frekwencję ustala się na podstawie kart ważnych znajdujących się w urnie, a więc nieprzedartych. Trzeba jednak się zastanowić, czy przedarcie nie będzie uznane za przejaw politycznej manifestacji, która jest niedozwolona w lokalu wyborczym w dniu głosowania.

Więcej treści z Rzeczpospolitej po zalogowaniu. Nie posiadasz dostępu? Kup online, korzystaj od razu! Sprawdź

Dokument prywatny to też informacja publiczna

Stan faktyczny

WSA rozpoznał skargę na na bezczynność Marszałka Województwa w przedmiocie udostępnienia informacji publicznej i zobowiązał organ do załatwienia wniosku.

W sprawie tej skarżący domagał się rozpoznania jego wniosku o udostępnienia informacji publicznej w postaci wydruków ze służbowych kart bankomatowych poszczególnych członków Zarządu Województwa za lata 2018-2022.

W odpowiedzi na skargę Marszałek Województwa, wniósł o jej oddalenie. W uzasadnieniu wskazał m.in., że w piśmie podał, że nie może udostępnić skarżącemu żądanych informacji, gdyż nie są to informacje publiczne; żądane dokumenty nie są bowiem dokumentami urzędowymi. Nadto organ przyznał, że informacja o tym, kto jest, czy był dysponentem służbowych kart płatniczych, a także o kwotach wydatków i celach, na jakie były wydatkowane pieniądze przez użycie tych kart jest informacją publiczną. Jednakże odrębną kwestią jest udostępnienie wyciągów ze służbowych kart płatniczych. Wyciągi te nie stanowią bowiem dokumentów urzędowych w rozumieniu art. 6 ust. 2 ustawy z 6.9.2001 r. o dostępie do informacji publicznej (t.j. Dz.U. z 2022 r. poz. 902; dalej: DostInfPubU), a zatem ich postać (kopie) nie mogą być udostępnione (ujawnione) w trybie dostępu do informacji publicznej. W ocenie organu okoliczność, że dokument prywatny, jakim jest wyciąg bankowy, pozostaje w dyspozycji organu administracji publicznej i dotyczy realizacji celów publicznych, nie czyni go automatycznie dokumentem urzędowym.

Ochrona Danych Osobowych – Sprawdź aktualną listę szkoleń Sprawdź

Stanowisko WSA

Sąd I instancji uznał skargę za zasadną. WSA wskazał na początku, że zgodnie z art. 1 ust. 1 DostInfPubU każda informacja o sprawach publicznych stanowi informację publiczną. Tę ogólną definicję doprecyzowuje art. 6 ust. 1 DostInfPubU, który wymienia rodzaje spraw, jakich mogą dotyczyć informacje o charakterze informacji publicznych, czyniąc to w sposób otwarty, czemu służy zwrot „w szczególności”. Doktryna oraz orzecznictwo sądowe, w oparciu o ogólną formułę DostInfPubU, a także konstytucyjną konstrukcję prawa do informacji zawartą w art. 61 ust. 1 i 2 Konstytucji RP, przyjmuje szerokie rozumienie pojęcia „informacja publiczna”. Za taką uznaje się wszelkie informacje wytworzone przez władze publiczne oraz osoby pełniące funkcje publiczne, a także inne podmioty, które wykonują funkcje publiczne lub gospodarują mieniem publicznym (komunalnym bądź Skarbu Państwa), jak również informacje odnoszące się do wspomnianych władz, osób i innych podmiotów, niezależnie od tego, przez kogo zostały wytworzone.

Informacje zawarte w wydrukach (wyciągach) z rachunków służbowych kart bankomatowych członków zarządu jednostki samorządu terytorialnego stanowią informację publiczną, jako że zawierają one informacje o wydatkowaniu środków publicznych. Informacje o majątku publicznym, w tym o majątku jednostek samorządu terytorialnego, stanowią informację publiczną w rozumieniu art. 6 ust. 1 pkt 5 lit. c) DostInfPubU. Dotyczy to także informacji dokumentujących fakt lub sposób zadysponowania majątkiem publicznym, w tym treść i postać umów cywilnoprawnych dotyczących takiego majątku, jeżeli treść owych umów dotyczy bezpośrednio wspomnianego wyżej majątku publicznego. Powyższe wynika również ze stanowiska organu, który wskazał, iż informacja o tym, kto jest, czy był dysponentem służbowych kart płatniczych, a także o kwotach wydatków i celach, na jakie były wydatkowane pieniądze poprzez użycie tych kart jest informacją publiczną.

Sporne natomiast między stronami było czy mogą być udostępnione wspominane wydruki (wyciągi). Jeśli chodzi o stanowisko organu oparte na rozróżnieniu między prywatnym charakterem wydruku (wyciągu) z rachunku służbowych kart bankomatowych (pochodząca od danego banku) a dokumentem urzędowym, którym ma być informacja publiczna udzielona przez organ na podstawie tego wydruku (wyciągu), jest ono nie do zaakceptowania. Po pierwsze dlatego, że prawidłowa i zgodna z prawem i realizująca cel ustawy informacja o wydatkach z konta (rachunku) danej służbowej karty bankomatowej (ściśle rzecz biorąc bankowej karty płatniczej) musi odzwierciedlać wszystkie operacje zawarte na tzw. wyciągu (wydruku) z tego konta. W takiej sytuacji udzielenie informacji sprowadzałoby się do skopiowania danych z tego wyciągu do treści „dokumentu urzędowego”, który wytworzył by organ. Taka jest bowiem logiczna konsekwencja stanowiska prezentowanego przez organ i argumentacji ją wpierającej. Już z tego powodu sens tego stanowiska trudno zaakceptować, chodzi wszak o karty płatnicze ze środkami pieniężnymi jednostki samorządu terytorialnego oddanymi do dyspozycji urzędników wyłącznie dla potrzeb służbowych, a nie o środki prywatne, nie ma więc znaczenia, że wydruk wyciąg pochodzi od banku. Drugi argument na niekorzyść przyjętego przez organ stanowiska jest jeszcze istotniejszy. Mianowicie przyjmując, że sam wydruk (wyciąg) nie podlega udostępnieniu, ale dane z niego wynikające już tak, umożliwia się potencjalną ingerencję w treść informacji, której wnioskujący o dostęp nie będzie mógł zweryfikować, nie mając wglądu w wydruk (wyciąg) operacji dokonywanych z danej karty płatniczej.

WSA uznał, że w pełni podzielić należy stanowisko zawarte w orzecznictwie, które nie opiera się na formalnym statusie dokumentu (jako urzędowego lub prywatnego), lecz jego treściowej i funkcjonalnej charakterystyce jako nośnika (źródła) informacji publicznej. Według tego poglądu informacją publiczną w rozumieniu DostInfPubU będzie każda wiadomość wytworzona lub odnoszona do władz publicznych, a także wytworzona lub odnoszona do innych podmiotów wykonujących funkcje publiczne w zakresie wykonywania przez nie zadań władzy publicznej.

Jak się podkreśla, informacja ta musi przy tym dotyczyć sfery istniejących już danych i faktów i może pochodzić od dowolnych podmiotów, jeżeli tylko dotyczy „sprawy publicznej” w rozumieniu art. 1 ust. 1 DostInfPubU. Za informację publiczną uznaje się zatem m.in. treść wszelkiego rodzaju dokumentów odnoszących się do organu władzy publicznej lub podmiotu niebędącego organem administracji publicznej, lecz wykonującego zadania publiczne bądź funkcje publiczne. Są nią zarówno dokumenty bezpośrednio przez te podmioty wytworzone, jak i te, których używają one przy realizacji przewidzianych prawem zadań, nawet gdy nie pochodzą bezpośrednio od nich.

Taką informację stanowi zatem treść wszelkiego rodzaju dokumentów w jakikolwiek sposób dotyczących organu, bez względu na to, co jest ich przedmiotem. W perspektywie konstytucyjnego prawa dostępu do informacji publicznej pojęcie „dokumentu” należy rozumieć w szerokim tego słowa znaczeniu, gdyż za dokument uznaje się każdą informację o działalności władzy publicznej lub o sprawach publicznych, wysłowioną i zobiektywizowaną na jakimś nośniku i najczęściej przybierającą postać pisemną. Dokumentem w tym rozumieniu będzie zatem każdy nośnik danych, który może przybrać m.in. formę papierową, elektroniczną, cyfrową, w tym zatem wydruk czy wyciąg z konta kart płatniczych (por. wyrok NSA z 29.9.2021 r., III OSK 1036/21, Legalis). W sprawie nie budzi wątpliwości, że środki finansowe zgromadzone na rachunkach bankowych przedmiotowych kart stanowią wyłącznie środki publiczne, dlatego wyciągi (wydruki) z rachunku tych kart podlegają udostępnieniu.

Oceniając natomiast stan faktyczny sprawy w odniesieniu do przesłanek z art. 149 § 1a PostAdmU, Sąd uznał, że stwierdzona bezczynność nie nosi znamion rażącego naruszenia prawa. Rażącym naruszeniem prawa jest naruszenie ciężkie, które nosi cechy oczywistej i wyraźnej sprzeczności z obowiązującym prawem, niepozwalające na zaakceptowanie w demokratycznym państwie prawa i wywołujące dotkliwe skutki społeczne lub indywidualne.

Komentarz

Zagadnienie omówione w wyroku nie jest nowe i w zasadzie nie budzi wątpliwości interpretacyjnych. Bezczynność organu w udzieleniu informacji publicznej (a w zasadzie odmowa udostępnienia informacji, czy przy czym z uwagi na niezachowanie formy decyzji, sprawę należało zakwalifikować jako skargę na bezczynność) wydaje się być zamierzona – kłopotliwa mogła bowiem okazać się sama treść informacji o wydatkach członków zarządu. WSA nie uznał jednakże, że naruszenie to ma charakter rażący. Organ w tej sprawie dokonał bowiem wykładni pojęcia informacji publicznej, ograniczając ją – oczywiście błędnie – do dokumentów urzędowych. Prostym argumentem na zwalczenie tego stanowisko jest wskazanie, że dane z dokumentu prywatnego można przenieść do dokumentu wytworzonego przez organ. Stąd sam nośnik informacji publicznej nie może decydować o charakterze informacji.

Orzeczenie nie jest prawomocne.

Wszystkie aktualności n.ius® po zalogowaniu. Nie posiadasz dostępu? Kup online, korzystaj od razu! Sprawdź

Twórcy chcą dobrego prawa, a nie jałmużny

Nikt z nas nie chciałby znaleźć swojego dzieła w internecie, ukradzionego i przerobionego przez sztuczną inteligencję. Czy polskie i światowe prawo nadąża za tą technologią?

Ciekawe jest już samo użycie słowa „ukradziony”. Czy gdyby mój tekst leżał w bibliotece publicznej i ktoś na jego bazie napisałby polemikę, także moglibyśmy użyć takiego określenia? Niekoniecznie. Myślę, że to jest właśnie klucz do postrzegania efektów pracy sztucznej inteligencji. Nie zmienia to faktu, że temat ten wymaga pilnego prawnego uregulowania, nie możemy bowiem dać się sterroryzować algorytmom. Dlatego właśnie podejmowane są działania – na gruncie europejskim, międzynarodowym i krajowym, także w naszym stowarzyszeniu. Kilka miesięcy temu powołaliśmy specjalną grupę roboczą, która wypracuje konkretne propozycje rozwiązań – dotyczyć one będą charakteru prawnego sztucznej inteligencji, stawiania granicy między pracą człowieka a „pracą” algorytmu, kwestii wynagrodzenia, a także oznaczania, na podstawie dzieł których autorów wygenerowany został wytwór algorytmu. Nie będzie to prosty i szybki proces, ale z pewnością jest niezbędny.

Problem w tym, że człowiek piszący polemikę podchodzi do tekstu źródłowego raczej w inny sposób, niż robi to narzędzie sztucznej inteligencji.

To prawda. Algorytm uczy się dosłownie. Nie nazywa, nie przeprowadza przy okazji swojej „pracy” procesów intelektualnych. Nie patrzy przez pryzmat gatunków, nurtów, muzyków, historii sztuki etc. Zamiast tego chłonie wszystko i „tworzy” wedle wytycznych. Tak więc „utwór Chopina” spreparowany przez sztuczną inteligencję nie ma nic wspólnego z prawdziwym Chopinem. Inaczej ma się sprawa z muzyką ilustracyjną, planszami i przejściami tworzonymi na użytek programów telewizyjnych – te algorytm tworzy niepokojąco perfekcyjnie. Dlatego potrzebne są tu ograniczenia, procentowo wyznaczające minimalny udział człowieka – twórcy – w danej sferze, na przykład muzyki. To samo dotyczy serwisów informacyjnych – nie byłyby wprawdzie tworzone przez sztuczną inteligencję, ale redagowane na podstawie zaserwowanych jej informacji.

Tu pojawia się kolejny problem – odpowiedzialność za słowa.

Dokładnie. Przykładowo, do działań dziennikarzy i redaktorów odnieść może się Rada Etyki Mediów, można też zastosować odpowiedzialność dziennikarską lub zwykłe przepisy cywilne. Tymczasem wytwór algorytmu jest całkowicie poza prawem. Kto więc poniesie odpowiedzialność za podany przez AI komunikat i za wyrządzone przez jego treść szkody? To musi zostać uregulowane – najpierw na gruncie unijnym, a potem krajowym.

Problemu tego dotyka unijna dyrektywa o prawie autorskim na jednolitym rynku cyfrowym, zwana dyrektywą DSM. Porusza ona problem tzw. text and data mining, procesu automatycznej analizy danych i tworzenia na ich podstawie kompilacji. Dyrektywa kreuje prawo do blokowania takiej analizy przez podmioty na ich platformach, lecz nie chroni przed innymi działaniami sztucznej inteligencji. Oczywiście, mówiąc o ochronie, mamy tu na myśli kraje, które tę dyrektywę wdrożyły – a więc nie Polskę, dla której termin na implementację minął lata temu.

Czy w związku z tym Komisja Europejska wszczęła postępowanie naruszeniowe, kierując skargę do TSUE?

Wystąpiła ze skargą, ale nie do TSUE, tylko do polskiego rządu. Jest on pod tym względem monitowany.

Z czego wynika ten dotychczasowy brak implementacji? Czy przekracza to możliwości intelektualne polskiego prawodawcy? Czy może jest to temat nieatrakcyjny politycznie, a twórcy to nieinteresujące władzę środowisko?

Zacząć trzeba od tego, że dyrektywa DSM mówi o twórcach w najszerszym znaczeniu – a więc dotyczy także dziennikarzy. Jedną z przyczyn unikania wdrożenia tych przepisów może być więc szereg obowiązków, jakie zostałyby nałożone na wydawców prasy. Polska z kolei zauważyła w tych przepisach drogę ku cenzurze i ograniczeniu wolności słowa, o czym alarmowała jako jedyna w Europie. Polskie argumenty, określone później mianem „Polish case”, były podnoszone także w innych państwach Unii. Tam jednak sobie z nimi poradzono. W Polsce do głosu dochodzą zaś wielkie koncerny, którym nie na rękę byłaby taka zmiana prawa – musiałyby bowiem zadbać choćby o wypłacanie odpowiednich wynagrodzeń. A jak wiemy, giganci ci nie budowali swoich imperiów na transparentnych, zakorzenionych w prawie europejskim zasadach, ale na anarchistycznym pojmowaniu wolności.

Z naszej perspektywy oznacza to, że otrzymujemy dwukrotnie niższe wynagrodzenia za eksploatację dzieł w serwisach cyfrowych, takich jak YouTube. Zachodzi tu miażdżąca dysproporcja między zyskami z nośników tradycyjnych i elektronicznych, co widać, gdy porównamy się z rynkami państw zachodnich. Dziś abonament w takim serwisie, oferującym niemal nieskończoną liczbę utworów, kosztować może 20 zł – dawniej za tyle kupowaliśmy jedną płytę danego zespołu. Tu nie chodzi o to, że twórcy żądają od władz i społeczeństwa swego rodzaju jałmużny. My po prostu chcemy normalnego systemu i dobrego prawa.

Widzimy więc, że ta dyrektywa nie powstała bez przyczyny. Jest ona efektem działań interesariuszy z całej Europy, z całego obszaru kreatywnego. Bardzo trudno było przekonać polityków europejskich, żeby ją przyjęli. Dlatego jesteśmy niezmiernie wdzięczni tym spośród polskich europosłów, którzy głosowali „za” lub co najmniej się wstrzymali. Niestety, pomimo upływającego czasu do wdrożenia dyrektywy w naszym kraju jeszcze nie doszło. Każdy miesiąc opóźnienia generuje zaś wymierne straty – straty dla polskiej kultury, nie dla ZAiKS.

Beck Akademia - praktyczne szkolenia online - sprawdź aktualny harmonogram Sprawdź

Pojawiają się zastrzeżenia, że pewne rozwiązania ZAiKS forsuje dlatego, że pozyskuje z wynagrodzeń twórców swój procent na działalność. Niektórzy nie rozumieją, dlaczego to sam twórca nie mógłby po prostu dogadywać się bezpośrednio z daną platformą.

Model zbiorowego zarządu sięga ponad stu lat wstecz, kiedy to ZAiKS został założony przez twórców kabaretowych – m.in. Juliana Tuwima i Antoniego Słonimskiego – do reprezentowania ich w relacjach z dyrektorami teatrów. Nie było ich wielu, wydawać by się więc mogło, że mogliby poradzić sobie sami. My jednak wiemy, że głos tysięcy twórców artykułowany w jednym miejscu ma realny mandat do reprezentowania środowiska i jednostek w negocjacjach. Gdyby twórca indywidualny chciał pójść ze sprawą do Netfliksa, najpewniej w ogóle by się tam nie dodzwonił. Właśnie w tym celu funkcjonuje na całym świecie zbiorowy zarząd, którego sensu istnienia nigdzie nie próbuje się negować tak mocno, jak to się dzieje w Polsce.

Jesteśmy organizacją działającą na ogromną skalę, mamy umowy praktycznie ze wszystkimi telewizjami, stacjami radiowymi, serwisami cyfrowymi i instytucjami kultury. Tak szeroko zakrojona działalność rzecz jasna kosztuje – bazujemy tu na zasadzie tzw. prowizji operacyjnej, mieszczącej się w średniej europejskiej. Pobieramy ją w wysokości 16 proc. od usług świadczonych na rzecz twórców i ich spadkobierców.

Gdy mówi pan o nieograniczonym dostępie do platform, nie mogą nie przyjść nam na myśl smartfony. Tu możemy przejść do innego istotnego wątku – opłaty reprograficznej. W maju zapadł wyrok sądu uznający, że smartfon powinien być nią objęty. Czy uważa pan to za dobry prognostyk?

Bardzo bym chciał, żeby tak było. Jakkolwiek ten wyrok jest punktowy, jego wartość jest nie do przecenienia. Był to proces, który Stowarzyszenie Artystów Wykonawców SAWP z sukcesem wytoczyło jednemu z dużych producentów muzycznych. Jest to krok w kierunku uznania, że smartfony spełniają znamiona z ustawy o prawach autorskich (uchwalonej w 1994 roku) dotyczące nośników, co polskie organizacje zbiorowego zarządzania podkreślają od 2009 roku. Polska pozostaje jedynym krajem w Unii Europejskiej, który nie ma katalogu nośników zaktualizowanego o smartfony, tablety czy SmartTV. Znajdują się w nim z kolei papier ksero oraz kasety VHS. Straty, jakie ponosimy z tego powodu, są gigantyczne. Już w 2009 roku mowa była o rocznej utracie kwoty rzędu 300 mln zł, która mogłaby zostać przekazana na rzecz sektora kreatywnego. Pomnożenie tej kwoty przez 14 lat wskazuje na ogrom strat, jakie poniosła i ponosi dalej polska kultura. Tezę, jakoby opłata ta stanowiła „podatek od smartfonów”, wielokrotnie zaś obalaliśmy i udowadnialiśmy, że ceny takiego smartfona w Niemczech czy Francji są niższe niż w Polsce – pomimo nałożonej tam opłaty w wyższej kwocie od tej proponowanej u nas. Negowanie analogii między elektroniką a choćby papierem ksero przez polskie środowiska biznesowe – zarabiające krocie na imporcie sprzętu – nie jest akceptowane przez środowiska kreatywne. Weźmy przykład studenta, który kiedyś w bibliotece robił kserokopie książki. Dziś robi on zdjęcia smartfonem.

Co z innymi zagranicznymi rozwiązaniami i ich ewentualnym przyjmowaniem na polskim gruncie? Możemy tu wspomnieć choćby o instytucji tzw. buyoutów, polegających na wykupieniu całości praw osobistych i majątkowych.

Kwestia buyoutów – rozwiązania polegającego na wykupie wszelkich praw twórcy w momencie powstania dzieła – nie jest bynajmniej czymś nowym. Koncepcja ta jest za to całkowicie obca europejskiemu podejściu do roli autora, do jego podmiotowości. Porządki prawne większości państw Unii, bazujące na zakazie stosowania takiej instytucji, jasno stawiają sprawę – albo licencja, albo brak zezwolenia na korzystanie. Dlatego też na poziomie europejskim podejmuje się akcje mające na celu tłumaczenie twórcom, że tego typu umowy są najczęściej sprzeczne z prawem i z umowami, które zawarli oni wcześniej np. z organizacjami zbiorowego zarządzania.

Często wygląda to w taki sposób, że w zamian za zaniżoną wartość swojego dzieła twórca zrzeka się wszelkich mogących wyniknąć potem korzyści. Czyli rezygnuje z udziału w komercyjnym sukcesie dzieła. W polskim prawie mamy chroniące przed tym rozwiązanie pod postacią tzw. klauzuli bestsellerowej, która pozwala uzyskać powtórne wynagrodzenie w wartości proporcjonalnej do skali wyeksploatowania dzieła. Buyout zaś zamyka w całości drogę do uzyskania tego typu rekompensaty, odbierając nawet przy tym autorowi coś, co w prawie europejskim jest absolutnie niezbywalne – autorskie prawa osobiste (między innymi do tego, by podpisać dzieło jego nazwiskiem). Kto zaś najczęściej podpisuje taki buyout? Debiutant. Debiutant bez doświadczenia na rynku, nieznający swoich praw i cieszący się, że dostanie jakieś resztki rzucone przez wydawcę lub producenta. A po kilku latach, gdy okaże się, że jego dzieło osiągnęło sukces, nie będzie miał do niego żadnych praw – nawet prawa do stwierdzenia: „ja to stworzyłem”.

Zatem mamy tu do czynienia z brakiem kreatywności polityków i decydentów, jeśli chodzi o uregulowanie tych kwestii?

Mamy do czynienia z uleganiem presji biznesu, szczególnie biznesu pozaeuropejskiego. Wszyscy mamy świadomość wpływów amerykańskich, ale myślę tu także o niezwykle ekspansywnym państwie chińskim, którego działania dążą do obalenia fundamentalnej europejskiej wartości – podmiotowości ludzi odgrywających określone role, takie jak tworzenie kultury. Buyouty oraz sztuczna inteligencja ewidentnie jej zagrażają. Powstrzymać te tendencje może tylko jednolite stanowisko i prawo Unii Europejskiej.

Jakie w takim razie planuje dalsze kroki ZAiKS? Mamy problemy sztucznej inteligencji, rynku cyfrowego, opłaty reprograficznej i statusu artysty. Za jakimi rozwiązaniami będą państwo lobbować oraz jakie działania edukacyjne uważają za konieczne?

Jest to nieustający proces, oparty na pokazywaniu społeczeństwu, kim jest autor i jaka jest jego rola, czym jest kultura, jak wyglądałoby życie bez niej. Na poziomie politycznym prowadzimy zaś dialog tak szeroko, jak to tylko możliwe. Poczynając od związków branżowych, a kończąc na europejskich i ogólnoświatowych strukturach, w których jesteśmy stale obecni. Wielokrotnie kierowaliśmy do władz listy, podpisane przez ludzi kultury z całego świata, a dotyczące kwestii tzw. czystych nośników oraz opłaty reprograficznej. Uregulowanie tego zależy właściwie tylko od jednej decyzji ministra kultury – czegoś tak prostego, a niemożliwego do osiągnięcia od wielu lat. Prowadzimy przy tym indywidualne dialogi z politykami, ale coraz bardziej utwierdzamy się w przekonaniu, że ta sprawa jest blokowana na zupełnie innym poziomie. Obwiniać o to należy globalny biznes i wywierane przez niego naciski, a także postrzeganie tego obszaru jako niepilnego w kontekście polskiej polityki.

Może więc potrzebujemy osób, które wprowadzą interes twórców i wydawców do polskiej polityki? Myślę tu o artystach-politykach, którym te kwestie byłyby bliskie i którzy umieliby o nie zadbać.

Pytanie brzmi, czy chcieliby poświęcić swoją karierę artystyczną na rzecz polityki. Mamy jeden przykład w osobie Jacka Dehnela, który wskazywał na potrzeby środowisk artystycznych – to jednak tylko mały wycinek jego działań. Ciężko więc ocenić, czy obecność artystów w polityce mogłaby przynieść wymierne efekty. Z moich obserwacji wynika, że nie jest to najlepsza droga.

Politycy doskonale rozumieją rolę kultury, co ma swoje odbicie w rozwiązaniach prawnych za granicą. Wszystko rozbija się o kwestię edukacji, ale nie tylko – chodzi też o liczby. Z badań wynika, że europejski PKB pochodzący z sektora kreatywnego wynosi 4,4 proc., a zatrudnienie w sektorach kreatywnych to 7,7 mln ludzi, a więc ponad osiem razy więcej niż w sektorze telekomunikacji. I nawet takie argumenty nie są w stanie przekonać polskich polityków. Dlatego też kierujemy do nich przesłanie – do tych rządzących i do tych, którzy mogą mieć swój udział we władzy po 15 października, kiedy to bez względu na wynik wyborów będziemy znajdować się w nowej rzeczywistości politycznej. Oczekujemy zainteresowania się polską kulturą i sektorem kreatywnym, których poziom jest naprawdę światowy i które zasługują na normalny system, w którym mogłyby działać.

Więcej treści z Rzeczpospolitej po zalogowaniu. Nie posiadasz dostępu? Kup online, korzystaj od razu! Sprawdź

Rzecznik Dyscyplinarny Izby Adwokackiej ukarany przez Prezesa UODO

Stan faktyczny

Rzecznik Dyscyplinarny Izby Adwokackiej w X. (dalej: Administrator), w czerwcu 2021 r. dokonał zgłoszenia Prezesowi Urzędu Ochrony Danych Osobowych (dalej: Prezes UODO) naruszenia ochrony danych osobowych. W zgłoszeniu naruszenia Administrator wskazał, że w maju 2021 r. do siedziby Administratora zgłosił się obrońca obwinionego w postępowaniu dyscyplinarnym prowadzonym przed Rzecznikiem Dyscyplinarnym Izby Adwokackiej. Obrońca poinformował pracowników Administratora o otrzymaniu uszkodzonej przesyłki, w której wbrew treści pisma brakowało załącznika w postaci zewnętrznego nośnika danych (pendrive). Nośnik zawierał nagranie rozprawy rozwodowej z danymi osobowymi 8 osób w zakresie imienia, nazwiska, szczegółów dotyczących życia rodzinnego, relacji stron oraz podejrzeń o niewierność małżeńską.

W związku z ww. zgłoszeniem naruszenia Prezes UODO zwrócił się do Administratora o złożenie dodatkowych wyjaśnień w zakresie wskazania, czy zewnętrzny nośnik danych (pendrive), będący przedmiotem naruszenia, został zaszyfrowany zgodnie z procedurami, na które powołał się w punkcie 9A formularza zgłoszenia naruszenia. Administrator wskazał, iż przedmiotowy nośnik nie został zaszyfrowany.

UODO zwrócił się do Administratora z wezwaniem do:

  1. Wskazania, czy przed zaistniałym naruszeniem Administrator posiadał wdrożoną procedurę zarządzania zewnętrznymi nośnikami danych w zakresie ich zabezpieczenia oraz postępowania na wypadek zniszczenia lub kradzieży.
  2. Wskazania środków bezpieczeństwa technicznych oraz organizacyjnych dotychczas stosowanych w celu zabezpieczenia zewnętrznych nośników danych.
  3. Wskazania, czy przeprowadzono analizę ryzyka dla procesu przetwarzania danych osobowych za pośrednictwem zewnętrznych nośników danych.
  4. Wskazania, czy plik z nagraniem znajdujący się na utraconym zewnętrznym nośniku danych był zabezpieczony (np. za pomocą hasła lub mechanizmu szyfrowania), skoro sam nośnik nie posiadał stosownych zabezpieczeń.

W związku ze zgłoszonym naruszeniem ochrony danych osobowych oraz wyjaśnieniami złożonymi przez Administratora, Prezes UODO wszczął z urzędu postępowanie administracyjne w zakresie możliwości naruszenia obowiązków wynikających z art. 5 ust. 1 lit. f, art. 5 ust. 2, art. 24 ust. 1, art. 25 ust. 1, art. 32 ust. 1 i 2 rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady UE 2016/679 z 27.4.2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (Dz.Urz. UE L z 2016 r. Nr 119, s. 1; dalej: RODO), w związku z naruszeniem ochrony danych osobowych osób, których dane znajdowały się na nagraniu rozprawy rozwodowej, zamieszczonym na zagubionym zewnętrznym nośniku danych.

Ochrona Danych Osobowych – Sprawdź aktualną listę szkoleń Sprawdź

Z uzasadnienia decyzji Prezesa UODO

Administrator był zobowiązany do podjęcia działań zapewniających właściwy poziom ochrony danych poprzez wdrożenie odpowiednich środków technicznych oraz organizacyjnych, mających zapewnić bezpieczeństwo przetwarzanych danych osobowych. Charakter i rodzaj tych działań powinien wynikać z przeprowadzonej analizy ryzyka, w której powinno się zidentyfikować podatności odnoszące się do wykorzystywanych zasobów oraz wynikające z nich zagrożenia, a następnie określić adekwatne środki bezpieczeństwa. W ocenie Prezesa UODO błędne oszacowanie poziomu ryzyka uniemożliwia zastosowanie odpowiednich środków bezpieczeństwa dla danego zasobu oraz zwiększa prawdopodobieństwo jego wystąpienia. Efektem powyższego było zmaterializowanie się ryzyka, w wyniku którego osoba (osoby) nieuprawniona uzyskała dostęp do danych zawartych w pliku znajdującym się na skradzionym (zagubionym) zewnętrznym nośniku danych.

W decyzji Prezesa UODO podkreślono, że ochrona danych znajdujących się na zewnętrznych nośnikach danych musi skupiać się na prawidłowym zabezpieczeniu danych znajdujących się na takim nośniku przed nieuprawnionym dostępem osób trzecich w przypadku utracenia takiego nośnika, w wyniku kradzieży czy jego zgubienia. Tymczasem, Administrator przeprowadzając ocenę ryzyka, w opinii Prezesa UODO, skupił się jedynie na określeniu działania minimalizującego skutki wyłącznie w przypadku awarii nośnika, a więc naruszeniu dostępności danych, pomijając całkowicie działania minimalizujące konsekwencje naruszenia ich poufności.

W niniejszej sprawie administracyjna kara pieniężna wobec Administratora nałożona została za naruszenie art. 25 ust. 1 oraz art. 32 ust. 1 i 2 RODO na podstawie art. 83 ust. 4 lit. a RODO, natomiast za naruszenie art. 5 ust. 1 lit. f i art. 5 ust. 2 RODO – na podstawie art. 83 ust. 5 lit. a RODO.

Decydując o nałożeniu administracyjnej kary pieniężnej Prezes UODO – stosownie do treści art. 83 ust. 2 lit. a-k RODO – wziął pod uwagę następujące okoliczności sprawy.

Stwierdzone naruszenie przepisów ochrony danych osobowych, którego skutkiem była możliwość uzyskania nieuprawnionego dostępu do danych znajdujących się w pliku z nagraniem rozprawy rozwodowej, umieszczonym na utraconym zewnętrznym nośniku danych, przez osobę bądź osoby nieuprawnione (naruszenie zasady poufności), miało znaczną wagę i poważny charakter. Naruszenie stwarzało wysokie ryzyko negatywnych skutków dla co najmniej 8 osób. Ponadto, do chwili wydania decyzji zaginiony zewnętrzny nośnik danych nie został odnaleziony, więc w dalszym ciągu osoba lub osoby nieuprawnione mogą mieć dostęp do danych osobowych znajdujących się na tym nośniku. Podkreślić również należy długi czas trwania naruszenia przepisów o ochronie danych osobowych, tj. od stycznia 2021 r., kiedy to Administrator przeprowadził w sposób nieprawidłowy analizę ryzyka.

Nieuprawniony dostęp do danych osobowych osób, których dane znajdują się na nagraniu rozprawy rozwodowej zamieszczonym na utraconym zewnętrznym nośniku danych, stał się możliwy na skutek niedochowania należytej staranności przez Administratora. W ocenie organu nadzorczego stanowi to o nieumyślnym charakterze naruszenia, wynikającym z niedbalstwa Administratora. Pomimo nieprawidłowo przeprowadzonej analizy ryzyka, Administrator posiadał jednak wdrożoną procedurę przesyłania zewnętrznych nośników danych wraz z określeniem środków organizacyjnych gwarantujących, w ocenie Administratora, odpowiedni stopień bezpieczeństwa danych przetwarzanych za pomocą tych nośników. Pracownicy Administratora nie zastosowali się jednak do postanowień regulujących działania, jakie należy podjąć w celu zapewnienia bezpieczeństwa danych przesyłanych na zewnętrznym nośniku danych. W tym zakresie kwestionowane jest skuteczność szkoleń i samej procedury stosowanej przez Administratora.

Dane osobowe, znajdujące się na utraconym zewnętrznym nośniku danych, tj. imię i nazwisko, głos, dane dotyczące szczegółów życia rodzinnego, relacji stron oraz podejrzeń o niewierność małżeńską, co do zasady nie są uznawane za należące do szczególnych kategorii danych osobowych, jednakże kontekst charakteru wydarzenia, w ramach którego zostały utrwalone w formie nagrania, tj. rozprawy rozwodowej, może przesądzić o tym, że będą one podlegać takiej ochronie, jak dane osobowe szczególnych kategorii, a w konsekwencji wiązać się będzie z wysokim ryzykiem naruszenia praw lub wolności osób fizycznych dotkniętych naruszeniem. Świadczy o tym także przyjęty przez Administratora poziom ryzyka, który w pkt 8B formularza zgłoszenia naruszenia ochrony danych osobowych wskazał, że naruszenie powoduje wysokie ryzyko naruszenia praw lub wolności osób fizycznych. Wobec powyższego, nie można wykluczyć wystąpienia szkody niemajątkowej (krzywdy), gdyż osoby fizyczne, których dane znajdowały się na tym nośniku, mogą odczuwać obawę przed utratą kontroli nad swoimi danymi osobowymi, dyskryminacją, a także naruszeniem dobrego imienia.

Prezes UODO, poza nałożeniem administracyjnej kary pieniężnej, dodatkowo nakazał Administratorowi dostosowanie operacji przetwarzania do przepisów RODO poprzez:

Komentarz

Dokonując oceny ryzyka i dobierając środki zapobiegawcze administrator powinien wziąć pod uwagę, że kopie zapasowe danych powinny zostać zakwalifikowane jako środki minimalizujące skutki utraty dostępności danych. Nie oznacza to jednak, że taki środek minimalizuje ryzyko wystąpienia możliwych konsekwencji w przypadku uzyskania dostępu do nośnika danych i przetwarzania danych osobowych w nim zawartych – czyli scenariusza, w którym dochodzi do naruszenia poufności danych.

Wszystkie aktualności n.ius® po zalogowaniu. Nie posiadasz dostępu? Kup online, korzystaj od razu! Sprawdź

Sam e-dowód na wybory może komisji nie wystarczyć

Wyborca może chcieć głosować, legitymując się aplikacją mObywatel. Czy komisje mają w takiej sytuacji narzędzia weryfikacji takiej osoby i jej dokumentu? Czy będzie to zwykłe sprawdzenie „na oko”?

Komisja ma przede wszystkim możliwość wizualnej kontroli, której nie należy bagatelizować. U góry interfejsu, pod napisem mDowód powinna widnieć zmieniająca się godzina i falująca, niestatyczna flaga. Pod nią widnieje hologram o zmieniającym się stale natężeniu barw. Te elementy nadają temu, co członek komisji widzi na ekranie telefonu wyborcy, autentyczność – i według mnie to wystarczająca kontrola. Jeśliby jednak nie wystarczała, komisja może w razie wątpliwości zwrócić się do wydziału ewidencji ludności. Wszystkie komisje mają telefony do urzędów w danej dzielnicy, gdzie mogą zweryfikować dane wyborcy, zanim wydadzą mu kartę do głosowania.

Czy członkowie komisji w ogóle spodziewają się wyborców z takim e-dokumentem?

Tak. Wiem, że młodzi ludzie często nie noszą przy sobie takich rzeczy jak dokumenty tożsamości, za najważniejszą rzecz w swojej kieszeni traktując telefon. Wielu młodych posługuje się tymi aplikacjami, aczkolwiek warto na wszelki wypadek wziąć także dokument ze zdjęciem, imieniem i nazwiskiem. Dopiero zaś po wyborach okaże się, ile osób wykorzystało tę technologię, a co za tym idzie – jak dużą rolę odegrała ona w procesie wyborczym.

A ewentualne nieprawidłowości mogą rzutować na proces wyborczy?

Uważam, że będzie to raczej znikomy problem, niemający realnego wpływu na proces wyborczy i ważność wyborów. Ja sama, prowadząc szkolenia dla członków komisji, uczulam ich, żeby sprawdzali autentyczność pokazywanych im e-dowodów. Myślę, że są oni na to przygotowani i ich skrupulatność nie pozwoli na nadużycia.

Słychać ostatnio o tzw. phishingowych atakach na konta w systemie mObywatel – a więc opartych na przejmowaniu cudzych kont w aplikacji. Czy te i inne zagrożenia mogą okazać się problemem w nadchodzących wyborach?

Niestety, wszystko jest możliwe, także takie ataki. Niezmiennie komisja może weryfikować każdą osobę chcącą wylegitymować się takim dokumentem. Oprócz kontaktowania się z wydziałem ewidencji członek komisji może zażądać przedstawienia mu innego dokumentu tożsamości, jeśli poweźmie jakąkolwiek wątpliwość. To powinno wystarczyć dla zabezpieczenia się przed zdecydowaną większością ewentualnych nadużyć.

Więcej treści z Rzeczpospolitej po zalogowaniu. Nie posiadasz dostępu? Kup online, korzystaj od razu! Sprawdź

Przesłanki wyroku kasatoryjnego

Opis stanu faktycznego

Sąd Rejonowy w B. wyrokiem z 14.9.2022 r., III K 1655/21, oskarżonego J.Ż. uznał za winnego popełnienia zarzucanych mu aktem oskarżenia czynów z art. 207 § 1 KK i art. 197 § 1 KK w zw. z art. 11 § 2 KK oraz art. 62 ust. 2 i art. 63 ust. 2 ustawy z 29.7.2005 r. o przeciwdziałaniu narkomanii (t.j. Dz.U. z 2023 r. poz. 1939; dalej: NarkU) i za to wymierzył oskarżonemu karę łączną roku i 2 miesięcy pozbawienia wolności.

Od wyroku apelacje wnieśli prokurator i obrońca oskarżonego.

Prokurator zaskarżył wyrok na niekorzyść oskarżonego J.Ż., zarzucając rażącą niewspółmierność orzeczonej kary łącznej, i wniósł o zmianę zaskarżonego wyroku przez wymierzenie oskarżonemu kary łącznej 2 lat i 5 miesięcy pozbawienia wolności, a w pozostałym zakresie o utrzymanie wyroku w mocy.

Obrońca oskarżonego zaskarżył wyrok w całości, wnosząc wymierzenie łagodniejszej kary łącznej.

Sąd Okręgowy w B. wyrokiem z 13.2.2023 r., VII Ka 1070/22, zmienił zaskarżony wyrok w ten sposób, że wymierzył oskarżonemu karę łączną 6 miesięcy pozbawienia wolności, której wykonanie warunkowo zawiesił na okres próby wynoszący 2 lata, i na podstawie art. 71 § 1 KK orzekł wobec oskarżonego karę grzywny w wysokości 200 stawek dziennych po 10 zł każda.

Prokurator Rejonowy w B. na podstawie m.in. art. 539a § 1 KPK zaskarżył wyrok sądu odwoławczego w jego części kasatoryjnej, zarzucając obrazę przepisu prawa procesowego, a mianowicie art. 437 § 2 KPK, mającą wpływ na treść orzeczenia.

Podnosząc powyższy zarzut, autor skargi wniósł o uchylenie zaskarżonego wyroku i przekazanie w części sprawy Sądowi Okręgowemu w B. do ponownego rozpoznania.

W pisemnej odpowiedzi na skargę obrońca oskarżonego wniósł o jej oddalenie.

Sąd Najwyższy, po rozpoznaniu skargi Prokuratora Rejonowego w B., uchylił zaskarżony wyrok w części i w tym zakresie przekazał sprawę Sądowi Okręgowemu w B. do ponownego rozpoznania w postępowaniu odwoławczym.

Beck Akademia - praktyczne szkolenia online - sprawdź aktualny harmonogram Sprawdź

Uzasadnienie SN

Zdaniem Sądu Najwyższego skarga zasługiwała na uwzględnienie.

Z uzasadnienia zaskarżonego wyroku wynika, że w odniesieniu do skazania oskarżonego przez sąd meriti za czyn zakwalifikowany z art. 207 § 1 KK i art. 197 § 1 KK w zw. z art. 11 § 2 KK sąd okręgowy uznał za zasadne określone, podniesione przez obrońcę zarzuty obrazy przepisów postępowania, mającej wpływ na treść orzeczenia. W pierwszej kolejności był to zarzut obrazy „art. 6 KPK przez naruszenie prawa oskarżonego do obrony w postaci możliwości przeprowadzenia jego konfrontacji z pokrzywdzoną, a przynajmniej – ponownego przesłuchania pokrzywdzonej w całości, a przynajmniej – co do okoliczności nieobjętych dyspozycją art. 185c KPK”. Z zarzutem tym był powiązany zarzut obrazy „art. 170 § 1 KPK w zw. z art. 94 § 1 pkt 4 KPK przez – dwukrotne – oddalenie na rozprawie 11.7.2022 r. wniosków obrońcy o ponowne przesłuchanie pokrzywdzonej, a ponadto pominięcie podania podstawy prawnej ww. rozstrzygnięć”.

Tłumacząc przyczynę wydania orzeczenia kasatoryjnego w odniesieniu do wspomnianego skazania, sąd odwoławczy stwierdził m.in., że: „Sąd Rejonowy bezzasadnie, z naruszeniem art. 185c § 1 KPK nie przeprowadził, mimo wyraźnego wniosku w tym zakresie, dowodu z bezpośredniego przesłuchania pokrzywdzonej na rozprawie. Instytucja z art. 185c § 1 KPK ma charakter wyjątkowy, dotyczy pokrzywdzonych ściśle wymienionymi w tym przepisie przestępstwami. Nie sposób przyjąć, by wskazanie w kwalifikacji prawnej zarzucanego przestępstwa (jak w niniejszej sprawie) również przepisu art. 197 § 1 KK pozwalało na dowolne ograniczanie zasady bezpośredniości w przeprowadzaniu dowodów co do wszystkich innych znamion zarzucanego przestępstwa, wynikających z dalszej jego prawnej kwalifikacji, w niniejszej sprawie z art. 207 § 1 KK Sąd mógł zastosować rozwiązania przewidziane w art. 390 § 1-3 KPK”. Mając to na uwadze i odnotowując, że pokrzywdzona deklarowała chęć złożenia zeznań na rozprawie oraz że sąd I instancji nie ujawnił jej zeznań z postępowania przygotowawczego, sąd odwoławczy uznał, że „brak (możliwego do przeprowadzenia) przesłuchania pokrzywdzonej na rozprawie co do okoliczności przestępstwa z art. 207 § 1 KK – stanowiącego trzon zarzutu z pkt I oskarżenia – w sposób rażący naruszyło prawo oskarżonego do obrony, do rzetelnego procesu w zakresie tego czynu – co skutkować musiało uznaniem, że zachodzi potrzeba powtórzenia w całości postępowania co do czynu objętego pkt I oskarżenia”.

Na poparcie swojego stanowiska przytoczył dwa orzeczenia Sądu Najwyższego: postanowienie z 21.4.2022 r., V KS 5/22, Legalis i wyrok z 27.4.2022 r., IV KS 3/22, Legalis.

W pierwszym z tych orzeczeń stwierdzono, że „konieczności ponownego przeprowadzenia w postępowaniu przed sądem I instancji wszystkich dowodów nie można zawężać jedynie do sytuacji, gdy wszystkie dowody były nieprawidłowo przeprowadzone, jak też, gdy w sprawie w ogóle żaden dowód nie został przeprowadzony przez sąd I instancji. Owa konieczność będzie również zachodziła, gdy nieprawidłowe przeprowadzenie większości dowodów (rozumiane np. jako przesłuchanie stron i świadków w sposób, który pomija okoliczności najistotniejsze dla rozstrzygnięcia sprawy) spowoduje niemożność poddania ocenie tych prawidłowo przeprowadzonych”.

W drugim orzeczeniu wskazano, że „konieczność przeprowadzenia na nowo przewodu w całości, o której mowa w art. 437 § 2 zdanie drugie in fine KPK, jako powód uchylenia przez sąd odwoławczy zaskarżonego wyroku i przekazania sprawy sądowi I instancji do ponownego rozpoznania, zachodzi wówczas, gdy orzekający sąd I instancji naruszył przepisy prawa procesowego, co skutkowało, w realiach sprawy, nierzetelnością prowadzonego postępowania sądowego, uzasadniającą potrzebę powtórzenia (przeprowadzenia na nowo) wszystkich czynności procesowych składających się na przewód sądowy w sądzie I instancji” (jest to powtórzenie uchwały składu 7 sędziów SN z 22.5.2019 r., I KZP 3/19, Legalis). Nie przekonuje to jednak o prawidłowości zaskarżonego orzeczenia. Sąd Okręgowy w B. pominął, że w postanowieniu V KS 5/22 jest mowa o nieprawidłowym przeprowadzeniu większości dowodów, nie wytłumaczył też, dlaczego nieprzesłuchanie na rozprawie pokrzywdzonej (odtworzono jednak nagranie jej wcześniejszego przesłuchania) powodowało niemożność poddania ocenie dowodów prawidłowo przeprowadzonych.

Celowe będzie też wspomnieć, że polemizując z poglądem sądu ad quem, iż sąd I instancji nie ujawnił zeznań pokrzywdzonej z postępowania przygotowawczego, prokurator, zapewne w nawiązaniu do art. 405 § 2 i 3 pkt 1 KPK, nie bez racji wskazał, że: „w akcie oskarżenia wskazano jako osobę do wezwania na rozprawę pokrzywdzoną A.Ż., przywołując wszystkie protokoły przesłuchania pokrzywdzonej z postępowania przygotowawczego. Tym samym protokoły zeznań pokrzywdzonej – w tym te, których przedmiotem były okoliczności zaistnienia przestępstwa z art. 207 § 1 KK – zostały zaliczone w poczet materiału dowodowego i stanowiły podstawę czynienia ustaleń przez Sąd Rejonowy”.

Jeśli chodzi o wyrok IV KS 3/22, to sąd okręgowy bezrefleksyjnie uznał, że zaniechanie przesłuchania pokrzywdzonej na rozprawie jest uchybieniem tej rangi, iż całe postępowanie pierwszoinstancyjne trzeba uznać za nierzetelne. W uzasadnieniu wspomnianej uchwały SN z 22.5.2019 r., I KZP 3/19, Legalis, Sąd Najwyższy wskazał, że chodzi o rażące uchybienia w procedowaniu sądu I instancji, które wręcz dyskwalifikują postępowanie przed sądem a quo jako podstawę rozstrzygnięcia kwestii odpowiedzialności karnej oskarżonego. Trudno jednak przyjąć, że nieprzeprowadzenie pojedynczego, choćby ważnego, dowodu ma rangę tak rażącego uchybienia, że wręcz dyskwalifikuje postępowanie przed sądem I instancji. Chodzi raczej o sytuacje dalej idące, np. przeprowadzenie rozprawy pod nieobecność oskarżonego, który nie był zawiadomiony o jej terminie, względnie pod nieobecność obrońcy, który nie znał terminu rozprawy, czy też uczestniczenie w wydaniu orzeczenia sędziego, który powinien zostać wyłączony od udziału w sprawie na podstawie art. 41 § 1 KPK.

Wskazane wyżej okoliczności każą przyznać rację autorowi skargi, że sąd odwoławczy zgodnie z aktualnymi regułami rządzącymi postępowaniem dowodowym w ramach postępowania odwoławczego mógł i powinien samodzielnie przesłuchać pokrzywdzoną.

Komentarz

Na tle rozpoznawanej sprawy godzi się przypomnieć, że w uzasadnieniu wyroku SN z 27.4.2022 r., IV KS 3/22, Legalis, Sąd Najwyższy akcentował, iż w obecnie funkcjonującym modelu postępowania odwoławczego sąd II instancji ma pełne prawo do uzupełniania materiału dowodowego, zatem konieczność uzupełnienia postępowania dowodowego nie przesądza o zaistnieniu przesłanki wydania orzeczenia kasatoryjnego, jaką jest konieczność przeprowadzenia na nowo przewodu w całości.

Wszystkie aktualności n.ius® po zalogowaniu. Nie posiadasz dostępu? Kup online, korzystaj od razu! Sprawdź

ZUS sprawdza, czy składka zgadza się z podatkiem

Zawiadamiamy o wszczęciu postępowania administracyjnego i prosimy o wyjaśnienie rozbieżności między dochodem z rocznego rozliczenia składki zdrowotnej a wykazanym w zeznaniu PIT. Wielu przedsiębiorców dostało w ostatnich dniach pisma o tej treści z ZUS.

– Przestrzegaliśmy od początku, że takie rozbieżności będą – mówi Beata Boruszkowska, prezes Krajowej Izby Biur Rachunkowych. Przypomina, że Polski Ład diametralnie zmienił zasady rozliczania składki zdrowotnej. Od 1.1.2022 r. przedsiębiorcy na skali oraz liniowym PIT liczą ją od dochodu z działalności gospodarczej. Dochód będący podstawą wymiaru składki zdrowotnej w wielu firmach różni się jednak od dochodu podatkowego.

Przez remanent albo zawieszenie

– Rozbieżności występują przede wszystkim u przedsiębiorców, którzy prowadzą podatkową księgę przychodów i rozchodów i sporządzają na początek oraz koniec roku remanent towarów. Zdarza się, że dochód podatkowy różni się u nich od składkowego o kilkaset tysięcy zł. Rozbieżności są także u tych, którzy sprzedawali środki trwałe bądź mieli przez parę miesięcy zawieszoną działalność – mówi Magdalena Michałowska ze Stowarzyszenia Współpracujących Biur Rachunkowych.

Przypomina też, że przy ustalaniu składkowego dochodu uwzględniamy przychody zwolnione przez Polski Ład z PIT, które nie mają wpływu na dochód podatkowy (chodzi o ulgę dla rodziców mających czwórkę lub więcej dzieci, seniorów oraz wracających z zagranicy).

Czego ZUS oczekuje od przedsiębiorców? – Wyjaśnienia, skąd się wzięły rozbieżności. Przy okazji jednak chce, aby przedsiębiorca dostarczył mu faktury czy księgę przychodów i rozchodów. A nawet rachunek zysków i strat sporządzany przez firmy prowadzące pełną księgowość, który przecież nie przekłada się wprost na dochód podatkowy – mówi Magdalena Michałowska.

Beata Boruszkowska podkreśla, że przedsiębiorcy nie muszą prowadzić ewidencji na potrzeby składki zdrowotnej. Często jednak ją sporządzają, właśnie dlatego, że dochód składkowy różni się od podatkowego. Taka ewidencja przydaje się w razie kontroli, bo nie trzeba analizować dokumentów z całego roku.

Jak korzystać z Krajowego Systemu e-Faktur? Pobierz bezpłatny, praktyczny poradnik! Sprawdź

Nie warto ignorować

Jak zareagować na pismo ZUS? – Grzecznie odpisać, wskazując przyczyny rozbieżności między dochodem z zeznania PIT a roczną deklaracją w sprawie składki zdrowotnej. Czasami wystarczą zwykłe wyjaśnienia, niekiedy jednak ZUS nalega, aby przekazać mu księgi. Są problemy z przesłaniem ich przez portal ZUS PUE, dlatego w ostateczności trzeba je wydrukować i zanieść do oddziału – tłumaczy Magdalena Michałowska. Dodaje, że nie ma sensu ignorować wezwania, zresztą jest w nim informacja o karze za brak reakcji.

– Kontrole z ZUS dopiero się zaczynają, można się spodziewać, że problemów będzie coraz więcej. Oczywiście oznacza to sporo dodatkowej pracy dla księgowych – podkreśla Beata Boruszkowska.

Przypomnijmy, że roczne rozliczenie składki zdrowotnej przedsiębiorcy robili po raz pierwszy, to nowy obowiązek, wprowadzony przez Polski Ład. Sporządzali je w deklaracjach ZUS DRA (dla prowadzących działalność jednoosobowo) lub RCA (dla opłacających też składki za inne osoby). Tych samych, w których wykazywali składkę za kwiecień. Do tych deklaracji została dołożona część o rocznym rozliczeniu. Przedsiębiorcy wykazywali w niej roczną składkę i porównywali ją z sumą miesięcznych. Jeśli roczna była wyższa, dopłacali różnicę. Jeśli niższa, dostali zwrot.

To przejdzie do historii

Roczne rozliczenie składki zdrowotnej przysparzało wiele problemów, o których na bieżąco informowaliśmy na łamach „Rzeczpospolitej”.

– Na pewno przejdzie do historii jako jeden z trudniejszych okresów dla biur rachunkowych – podsumowuje Beata Boruszkowska.

Opinia dla „Rzeczpospolitej”

Izabela Leśniewska, doradca podatkowy w kancelarii Alo-2

Jeśli z danych przekazanych przez Krajową Administrację Skarbową wynika, że dochód przedsiębiorcy z zeznania PIT jest inny niż z rocznej deklaracji w sprawie składki zdrowotnej, ZUS wszczyna postępowanie administracyjne. Pismo w tej sprawie wygląda groźnie, ale na razie obywa się bez większych sporów z urzędnikami. Jeśli rozbieżności wynikają z różnego sposobu liczenia dochodu podatkowego i składkowego, i wyjaśnienia przedsiębiorcy są satysfakcjonujące, ZUS umarza postępowanie. Oczywiście wtedy, gdy popełniono jakiś błąd w rozliczeniach, trzeba je skorygować.
ZUS zresztą zabrał się nie tylko za sprawdzanie składki zdrowotnej. Rozpoczęły się też kontrole w sprawie świadczeń i ulg przyznawanych w czasie epidemii koronawirusa. I jedno jest pewne – przedsiębiorcy i księgowi nie mogą narzekać na nudę.

Więcej treści z Rzeczpospolitej po zalogowaniu. Nie posiadasz dostępu? Kup online, korzystaj od razu! Sprawdź

Wpływ odporności psychicznej pracownika na roszczenie z tytułu mobbingu

Opis okoliczności faktycznych

Powódka K.K. wniosła o zasądzenie od A. S.A. Oddziału w S. kwoty 45 000 zł tytułem zadośćuczynienia z tytułu mobbingu i kwoty 5000 zł odszkodowania za nierówne i dyskryminujące traktowanie, wraz z ustawowymi odsetkami. K.K. została zatrudniona u pozwanej 18.11.1997 r. na podstawie umowy o pracę. Do jej obowiązków należało numerowanie półtuszy. Praca była fizycznie lekka. Na stanowisku tym nie było potrzeby pochylania się. Na hali panował hałas uniemożliwiający zwykłą rozmowę. Pracownicy wykonywali obowiązki w zatyczkach. Dobra sytuacja powódki w miejscu pracy uległa zmianie na początku 2008 r. wraz z zatrudnieniem pracownic na równorzędnych stanowiskach. Pracownice te nawiązały bliskie relacje z brygadzistami, co umożliwiło im dokonywanie wyboru stanowisk pracy w danym dniu. Miały więcej przerw w czasie pracy. Powódka była zaś kierowana do innych działów, a po zgłoszeniu sprzeciwu brygadziście słyszała od niego polecenie, że ma „zasuwać do pracy i nie marudzić”. W 2008 r. została kilkanaście razy oddelegowana do pracy w innym dziale, w którym panowały odmienne warunki pracy. Kilka razy zdarzyło się, że powódka straciła przytomność w miejscu pracy. Pomocy udzieliła jej koleżanka. Kiedy zgłaszała brygadziście złe samopoczucie, ten oznajmiał, że go to nie interesuje, a powódka ma nie udawać i iść do pracy. Powódka płakała w miejscu pracy. Zakończenie stosunku pracy nastąpiło bez zachowania okresu wypowiedzenia z powodu długotrwałej absencji chorobowej. W związku z pogorszeniem się stanu zdrowia psychicznego K.K. rozpoczęła w październiku 2008 r. leczenie psychiatryczne. Obecnie u powódki występuje dystymia, czyli przewlekle utrzymujące się zaburzenia nastroju typu depresyjnego.

Stanowisko SR

W powyżej ustalonym stanie faktycznym sąd rejonowy zasądził od pozwanej na rzecz powódki dochodzoną kwotę tytułem zadośćuczynienia i oddalił powództwo co do odszkodowania. K.K. wykazała szereg działań ze strony pracodawcy świadczących o stosowanym wobec niej mobbingu. W wyniku mobbingu doszło u niej do rozstroju zdrowia pozostającego w bezpośrednim związku przyczynowym z sytuacją w miejscu pracy, co potwierdza opinia biegłych. Kwota przyznanego zadośćuczynienia odpowiada zaś całokształtowi krzywdy, której doświadczyła powódka. Zjawisko mobbingu trwało przez okres 7 miesięcy, a skutkiem nieprawidłowego zachowania pracodawcy jest uszczerbek na zdrowiu i trwająca do dnia dzisiejszego niezdolność do pracy powódki. Odnośnie do dyskryminacji powódka nie wskazała na jakąkolwiek zakazaną przesłankę dyskryminacyjną. Można było jedynie wnioskować, że chodzi o wiek pracownic. Niezależnie od tego, porównując wynagrodzenia, sąd rejonowy nie stwierdził niedozwolonego zróżnicowania wynagrodzenia na niekorzyść powódki.

Stanowisko SO

Na skutek apelacji pozwanej sąd okręgowy zmienił zaskarżone orzeczenie w ten sposób, że oddalił powództwo w zakresie roszczenia o zadośćuczynienie za mobbing. Sąd Najwyższy uchylił wyrok i przekazał sprawę do ponownego rozpoznania. Zdaniem SN sąd okręgowy nie wziął pod uwagę całokształtu działań przełożonych i dokonał subsumcji w oderwaniu od okoliczności, które w sposób obiektywny, krótko po przyjściu do pracy nowych, młodych pracownic, spowodowały rozstrój zdrowia psychicznego powódki.

Po ponownym rozpoznaniu sprawy SO zmienił wyrok w ten sposób, że zasądził na rzecz powódki 10 000 zł i oddalił powództwo w pozostałym zakresie. Sąd odwoławczy uznał za celowe uzupełnienie materiału dowodowego. Biegła definitywnie wykluczyła związek dystomii z sytuacją w pracy. Według biegłych z zakresu psychiatrii obecny stan psychiczny nie jest u powódki przeszkodą w podjęciu pracy na dotychczas zajmowanym stanowisku lub zgodnej z posiadanymi kwalifikacjami. Aktualne zaburzenia chorobowe u powódki podtrzymywane są przez niedojrzałe mechanizmy radzenia sobie ze stresem. Sąd okręgowy doszedł do przekonania, że zasądzone odszkodowanie w wysokości 45 000 zł jest nadmiernie wygórowane. SR bezkrytycznie ocenił materiał dowodowy. Nie znalazły bowiem potwierdzenia w zgromadzonym w sprawie materiale dowodowym, w szczególności w zapisach dokumentacji medycznej, sugerowane przez powódkę fakty omdleń, co oznacza, że mobbing nie szedł tak daleko. Sąd uznał również, że nie można mówić o znacznym negatywnym nacechowaniu owych oddelegowań; poza tym z przeprowadzonych oględzin wynika wręcz, że praca w hali uboju była pracą najcięższą fizycznie i najbardziej dolegliwą ze względu na panujący hałas.

Prawo pracy – Sprawdź aktualną listę szkoleń Sprawdź

Stanowisko SN

Sąd Najwyższy uznał, że skarga kasacyjna zasługuje na uwzględnienie, aczkolwiek nie ze wszystkimi zarzutami skarżącej można się zgodzić.

Przesłanki mobbingu są zwrotami niedookreślonymi, których abstrakcyjne zdefiniowanie jest w gruncie rzeczy niemożliwe, a ich wyjaśnienie następuje przez odniesienie do całokształtu występujących w sprawie konkretnych okoliczności faktycznych. Odnośnie do wysokości zadośćuczynienia ‒ zdrowie ludzkie jest dobrem o szczególnie wysokiej wartości, w związku z czym zadośćuczynienie z tytułu uszczerbku na zdrowiu powinno być odpowiednio duże. Nietrafne byłoby też posługiwanie się przy ustalaniu wysokości zadośćuczynienia jedynie określonymi jednostkami przeliczeniowymi w postaci najniższego czy średniego wynagrodzenia pracowniczego. Powołanie się przy ustalaniu zadośćuczynienia na potrzebę utrzymania jego wysokości w rozsądnych granicach, odpowiadających aktualnym warunkom i przeciętnej stopie życiowej społeczeństwa, nie może bowiem prowadzić do podważenia kompensacyjnej funkcji zadośćuczynienia. Korygowanie przez sąd wyższej instancji wysokości zasądzonego zadośćuczynienia uzasadnione jest jedynie wtedy, gdy przy uwzględnieniu wszystkich okoliczności sprawy mających wpływ na jego wysokość jest ono niewspółmiernie nieodpowiednie do doznanej krzywdy, tj. albo rażąco wygórowane, albo rażąco niskie, bądź zostało określone z oczywistym naruszeniem kryteriów jego ustalania.

Wracając na grunt niniejszej sprawy, Sąd Najwyższy stwierdził, że SO wprawdzie uzupełnił materiał dowodowy i ujawnił nowe okoliczności, dokonał jednak niewłaściwej subsumcji prawa materialnego do ustalonego stanu faktycznego, a w konsekwencji wydał nieprawidłowe rozstrzygnięcie. SO zdaje się jednak minimalizować naganność zaistniałych faktów, np. tego, że w innych działach zakładu występował wprawdzie mniejszy hałas, ale panowały niskie temperatury. Ze sformułowanej przez biegłych lekarzy tezy dowodowej oraz z pisemnych motywów wyroku można również wyprowadzić wniosek, że sąd okręgowy zdaje się poszukiwać – jako punktu odniesienia w ocenie zachowań mobbingowych – wzorca pracownika o silnej osobowości, zdolnego skutecznie zaradzić zaistniałej trudnej dla niego sytuacji. Jest to błędne założenie. Większość ludzi ma bowiem trudności z przyjęciem właściwej postawy wobec praktyk mobbingowych. Gdyby przewidziane w art. 943 § 3 KP świadczenie miało przysługiwać tylko pracownikom, którzy potrafili poradzić sobie ze zjawiskiem mobbingu, cytowany przepis byłby martwy. Tymczasem unormowana w nim instytucja zadośćuczynienia ma zastosowanie właśnie wobec tych osób, które nie potrafiły skutecznie przeciwstawić się nękaniu ich w miejscu pracy. Człowiek o stalowych nerwach, na którym próby szykanowania go przez współpracowników i przełożonych nie robią wrażenia i który potrafi efektywnie przeciwdziałać tym zachowaniom, wprawdzie jest obiektem mobbingu, ale nie jego ofiarą. Osoba taka z reguły nie doznaje rozstroju zdrowia z powodu niekorzystnej dla niej atmosfery w zakładzie pracy. Skarżąca próbowała zaś przeciwstawić się nękaniu jej przez przełożonych i koleżanki, a kiedy próby te spełzły na niczym, popadła w depresję. Akcentowana przez sąd niedostateczna umiejętność radzenia sobie w sytuacjach stresowych nie może implikować obniżenia należnego powódce zadośćuczynienia. Zasądzone zadośćuczynienie jest świadczeniem, które w aktualnych realiach cenowych nie ma dla skarżącej większej wartości, a jest wręcz symboliczne.

Komentarz

Rozbieżność między stanowiskami sądu rejonowego, sądu okręgowego i Sądu Najwyższego była znacząca. Pomijając oddalenie powództwa przez SO, dalsze rozstrzygnięcia determinowane były sporem co do wysokości zadośćuczynienia. Głównym elementem zakwestionowanym przez SN był fakt nieumiejętności powódki radzenia sobie ze stresem. W ocenie SO był to główny argument przemawiający za znacznym obniżeniem wysokości zadośćuczynienia. SN stwierdził jednak, że wypacza to samą instytucję mobbingu, przewidzianą właśnie dla osób mniej odpornych, które nie są w stanie skutecznie przeciwstawić się nękaniu. Charakter człowieka nie może powodować obniżenia zadośćuczynienia, bo właśnie on determinuje samą zasadność roszczenia.

Wszystkie aktualności n.ius® po zalogowaniu. Nie posiadasz dostępu? Kup online, korzystaj od razu! Sprawdź

30 wyroków to dla fiskusa za mało

Wyroki sądów nie są źródłem powszechnie obowiązującego prawa, nie mogą więc być wiążące dla urzędników. To można przeczytać w najnowszej interpretacji fiskusa w sprawie opodatkowania zaliczek na poczet zysku wypłacanych komplementariuszowi. Spółka komandytowa we wniosku powołała 30 korzystnych dla podatników orzeczeń, to jednak skarbówce nie wystarczyło.

– Spór w sprawie rozliczania zaliczek na poczet zysku trwa już trzy lata. Fiskus wiele razy przegrywał w sądach, ciągle jednak twierdzi, że spółka komandytowa musi na bieżąco potrącać 19-proc. podatek, a zwolnienie z PIT można zastosować dopiero po zakończeniu roku – mówi Paweł Nocznicki, doradca podatkowy, menedżer w kancelarii Stone & Feather.

Przypomnijmy, że od 1.1.2021 r. spółki komandytowe stały się podatnikami CIT (moment zmiany statusu spółki można było przesunąć na 1 maja). Muszą więc płacić podatek od swoich dochodów. Oprócz tego trzeba też odprowadzić daninę od zysku wspólników. W wielu spółkach jest on wypłacany w formie zaliczek w trakcie roku.

Jak korzystać z Krajowego Systemu e-Faktur? Pobierz bezpłatny, praktyczny poradnik! Sprawdź

Podatek na bieżąco…

Jak rozliczyć taką zaliczkę? Fiskus od początku surowo podchodzi do sprawy. Przede wszystkim twierdzi, że spółka komandytowa, pełniąca funkcję płatnika, musi potrącić od niej podatek i odprowadzić go do urzędu. Ponadto uważa, że w trakcie roku nie można zastosować ulgi. Chodzi o przepis pozwalający na obniżenie (proporcjonalnie) podatku komplementariusza o CIT od dochodu spółki. Zdaniem skarbówki to obniżenie można zastosować dopiero po zakończeniu roku. Wtedy będzie znana wysokość CIT należnego od dochodu spółki.

– Takie podejście powoduje, że komplementariusze kredytują fiskusa, nawet przez ponad rok. Dopiero bowiem po obliczeniu rocznego CIT spółki mogą skorzystać ze zwolnienia i odzyskać nadpłacony podatek – wskazuje Paweł Nocznicki. Dodaje, że pod wpływem obowiązujących od 1.1.2021 r. przepisów w wielu spółkach zmodyfikowano strukturę wspólników.

– Komplementariuszami zostały osoby mające kluczowy wpływ na prowadzenie spółki, a co za tym idzie – ze znaczącym udziałem w zysku. Przysługujące im zwolnienie z podatku miało w pewnym sensie rekompensować brak ograniczenia odpowiedzialności za długi spółki. Działania skarbówki ograniczają ten efekt – podkreśla ekspert.

… czy dopiero za rok

Po stronie podatników stanęły sądy, które wskazują, że przepisy nie nakładają obowiązku pobierania podatku przy zaliczkowej wypłacie zysku komplementariuszowi. Skoro bowiem do obliczenia podatku od przychodu komplementariusza konieczne jest poznanie wysokości CIT spółki, to zobowiązanie podatkowe powstanie dopiero po zakończeniu roku. Dopiero wtedy spółka będzie mogła zrealizować swój obowiązek.

Fiskus nie zmienia jednak zdania. Pokazuje to najnowsza interpretacja dotycząca spółki komandytowej zajmującej się opieką zdrowotną. W trakcie roku wypłaca wspólnikom zaliczki na poczet zysku. Twierdzi, że nie musi pobierać PIT i na poparcie swoich racji powołuje 30 wyroków sądowych. Nasze stanowisko jest zgodne z ugruntowaną linią orzeczniczą sądów administracyjnych – podkreśla.

Wyroki dotyczą konkretnych, indywidualnych spraw w określonych stanach faktycznych – odpowiedział fiskus. I stwierdził, że spółka musi pobrać 19-proc. podatek, bez żadnych pomniejszeń (interpretacja nr 0113-KDIPT2-3.4011.567.2023.1.JŚ).

– Skarbówka ewidentnie przeciąga sprawę, licząc chyba, że podatnicy nie będą ryzykować długotrwałego sporu, a może mając nadzieję na zmianę linii orzeczniczej (co wydaje się mało prawdopodobne) – mówi Paweł Nocznicki. Przypomina też, że zdarzało się już, np. w sprawie wymiany udziałów w spółkach, że seria pozytywnych dla podatników wyroków sądowych prowadziła do niekorzystnej dla nich zmiany przepisów.

PIT dopiero wtedy, gdy znany jest CIT

Wypłacając komplementariuszowi w trakcie roku podatkowego zaliczki na poczet zysku, spółka nie ma obowiązku pobierania zryczałtowanego podatku dochodowego. Ta teza jest konsekwentnie powoływana w orzeczeniach (np. wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego we Wrocławiu, I SA/Wr 338/22. Sądy piszą, że w sprawie spółek komandytowych ukształtowała się jednolita linia orzecznicza. Powołują się też na wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego, II FSK 2048/18, dotyczący rozliczeń w spółce komandytowo-akcyjnej, gdzie zasady są takie same jak w spółce komandytowej. Stwierdzono w nim, że płatnik jest zobowiązany do pobrania podatku tylko wtedy, gdy można skalkulować jego wysokość. Jeśli wypłaca zaliczki na poczet zysku, to nie jest jeszcze znana kwota rocznego CIT spółki, czyli jedna ze składowych niezbędnych do wyliczenia zryczałtowanego podatku. Wobec tego płatnik nie ma obowiązku pobierania go na bieżąco. Wypłatę zysku komplementariuszowi rozliczy dopiero po zakończeniu roku, kiedy będzie znana wysokość podatku spółki.

Więcej treści z Rzeczpospolitej po zalogowaniu. Nie posiadasz dostępu? Kup online, korzystaj od razu! Sprawdź

Czy skorzystanie z ChatGPT może wiązać się z karą?

Prawnicy piszący o AI często wskazują na trudności w stosowaniu regulacji prawnych do wytworów sztucznej inteligencji ze względu przede wszystkim na ich specyfikę. Jednym z istotnych zagadnień z tego zakresu tematycznego, a rzadziej podejmowanym, jest kwestia aplikacji i regulacji prawa karnego.

Zwrócić należy uwagę na problem możliwości przypisania odpowiedzialności karnej za plagiat osobie prezentującej jako tekst własnego autorstwa wytwór sztucznej inteligencji.

Czy zatem przykładowo student, który przedstawił na uczelni pracę dyplomową, w której z powodu swojego wyczerpania intelektualnego do jednego z rozdziałów przygotowywanej przez siebie dysertacji skopiował kilka stron tekstu stworzonego przez ChatGPT, może ponosić odpowiedzialność karną za przestępstwo z art. 115 ust. 1 ustawy z 4.2.1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych?

Karalne na gruncie powołanego przepisu zachowanie ma dwie formy. Sprawca może bowiem w odniesieniu do całości lub części cudzego utworu (artystycznego wykonania):

  1. przywłaszczyć sobie autorstwo albo
  2. wprowadzić w błąd co do jego autorstwa.

Wśród znawców problematyki prawa autorskiego dominujące jest przekonanie, że dzieło stworzone autonomicznie przez algorytm komputerowy nie korzysta z ochrony prawa autorskiego jako niemogące być uznane za utwór w rozumieniu art. 1 prawa autorskiego. Nie ma przy tym znaczenia ewentualna jego oryginalność. Autorem utworu podlegającego ochronie prawa autorskiego może być bowiem tylko człowiek. Przypomnijmy, że argument ten podnoszony był m.in. przy ocenie istnienia praw autorskich do selfie wykonanego w 2011 r. przez sympatyczną indonezyjską małpkę Naruto.

Nowe technologie – Sprawdź aktualną listę szkoleń Sprawdź

Teza o wymogu autorstwa utworu przez człowieka ma istotne znaczenie dla kwestii przypisania odpowiedzialności karnej za przestępstwo plagiatu. Wynika to z tego, że zachowanie karalne na gruncie art. 115 ust. 1 prawa autorskiego odnosi się do „cudzego utworu” bądź „cudzego artystycznego wykonania”. Abstrahując od zapisu ustawowego, możemy oczywiście powiedzieć, że w razie włączenia do stworzonego przez człowieka utworu fragmentu wygenerowanego przez AI mamy do czynienia z wprowadzeniem w błąd co do autorstwa tego utworu stworzonego generalnie przez istotę ludzką. Patrząc na taką sytuację z perspektywy regulacji prawa karnego, musimy jednak uznać, że brak jest dostatecznych podstaw do przypisania przestępstwa plagiatu. Przywłaszczenie autorstwa bądź wprowadzenie w błąd co do autorstwa musi bowiem dotyczyć „cudzego utworu”, tj. „zewnętrznego” wobec autora, do którego prawa autorskie osobiste przysługują innemu podmiotowi. Nie obejmuje to wytworu niebędącego utworem.

Zastrzec przy tym należy, że w praktyce nie da się wykluczyć sytuacji, w której wygenerowany przez AI tekst będzie obejmował fragmenty identyczne z podlegającymi ochronie autorsko-prawnej fragmentami tekstu, na których został wcześniej wytrenowany w procesie uczenia się. W takim wypadku bezprawne wykorzystanie tego chronionego prawem autorskim fragmentu tekstu będzie stanowiło naruszenie praw autorskich do niego. „Przepuszczenie go” przez AI nic w tej ocenie nie zmienia. Wydaje się jednak, że trudno byłoby przypisać osobie, która wykorzystała taki fragment tekstu, odpowiedzialność karną za plagiat.

Mamy bowiem w tym wypadku do czynienia z przestępstwem umyślnym. Jeżeli zatem taka osoba byłaby przekonana (choćby to jej subiektywne postrzeganie rzeczywistości nie było usprawiedliwione!), że jest on oryginalnym wytworem algorytmu sztucznej inteligencji, to taki błąd wyłącza możliwość przyjęcia umyślności, wymaganej do skazania sprawcy.

Ustawa o prawie autorskim nie przewiduje zaś podstawy odpowiedzialności karnej za „nieumyślny plagiat”.

Brak możliwości przypisania odpowiedzialności karnej za plagiat nie oznacza, że osoba, która decyduje się przedstawić jako swoje dzieło intelektualne tekst wygenerowany przez AI, nie może odpowiadać karnie za inne przestępstwo. Jedynie przykładowo wskażmy, że może to być przestępstwo wyłudzenia poświadczenia nieprawdy (art. 272 KK), gdy w celu uzyskania tytułu zawodowego magistra przedstawiła na uczelni pracę dyplomową co najmniej „wzbogaconą” tekstem napisanym przez ChatGPT.

Janusz Raglewski jest dr. hab., prof. UJ w Katedrze Prawa Karnego UJ oraz adwokatem
Joanna Raglewska jest dr. Zakład Prawa Karnego Wykonawczego UJ.

Więcej treści z Rzeczpospolitej po zalogowaniu. Nie posiadasz dostępu? Kup online, korzystaj od razu! Sprawdź