Cisza wyborcza nadal obowiązuje
Państwowa Komisja Wyborcza przypomniała, że godzina zero kampanii wyborczej i referendalnej wybije w piątek o północy. Od tej chwili aż do zakończenia głosowania trwa cisza wyborcza, co w praktyce oznacza zakaz prowadzenia agitacji w jakiejkolwiek formie, m.in. zwoływania zgromadzeń, organizowania pochodów i manifestacji, wygłaszania przemówień, co tyczy się też kampanii referendalnej. Złamanie zakazów grozi sankcją karną.
PKW przypomina, że zachęcanie lub zniechęcanie do udziału w wyborach nie jest agitacją wyborczą, a takie działania mogą być prowadzone po zakończeniu kampanii przez podmioty nieuczestniczące w wyborach, oczywiście pod warunkiem, że taka aktywność nie będzie nosiła znamion agitacji. Gdyby takie działania w czasie ciszy wyborczej podejmowały uczestniczące w wyborach komitety lub partie polityczne, naruszyłoby to zakaz prowadzenia agitacji. Inaczej sprawa się ma z referendum. PKW podaje, że zachęcanie lub zniechęcanie do udziału w nim stanowiłoby element kampanii referendalnej. Frekwencja w tym przypadku ma bowiem decydujące znaczenie dla jego wyniku.
Nie wolno zniechęcać
Jak przypomina Wojciech Hermeliński, były szef PKW, sędzia TK w stanie spoczynku, aby referendum miało charakter wiążący, musi wziąć w nim udział ponad połowa uprawnionych. Można zatem uznać, że gdyby ktoś prowadził działalność do tego zniechęcającą, to w konsekwencji wpłynęłaby ona na jego ważność. A tym samym trzeba potraktować taką aktywność jako rodzaj agitacji, której nie powinno być.
– Kiedy przewodniczyłem PKW, przed każdymi wyborami dyskutowaliśmy, czy cisza wyborcza powinna zostać utrzymana. Komisja nie ma jednak żadnej inicjatywy ustawodawczej, więc nasze rozmowy do niczego nie prowadziły. Zbieraliśmy jednak różne głosy, a część sędziów optowała za jej zniesieniem – mówi Wojciech Hermeliński. – Cisza wyborcza wprowadzona została w czasach, kiedy internet był w powijakach i nikt nie domyślał się jeszcze, w jaki sposób wykorzystywany będzie w czasie wyborów.Dlatego uważam, że powinna zostać zlikwidowana, a jeśli zostanie, to tylko na czas między rozpoczęciem a zakończeniem głosowania – uważa Wojciech Hermeliński.
Wiesław Kozielewicz, sędzia SN, były przewodniczący PKW, uważa, że cisza wyborcza powinna zostać zniesiona, a agitacja wyborcza trwać także w dniu głosowania.
– Oczywiście trzeba byłoby doprecyzować przepisy, tak żeby nie mogła ona odbywać się bezpośrednio przy lokalu wyborczym. Warto by zachować około 50 metrów odległości – mówi Wiesław Kozielewicz.
To nie jest agitacja
– Zachęcanie obywateli, by wszyscy poszli do wyborów i w nich głosowali, jest jak najbardziej możliwe, nawet w czasie obowiązywania ciszy wyborczej. Zachęcanie lub zniechęcanie do udziału w wyborach nie stanowi agitacji wyborczej w rozumieniu przepisów kodeksu wyborczego – uważa Dariusz Lasocki, członek PKW.
– Natomiast podejmowanie aktywności zachęcających do udziału w referendum w trakcie trwania ciszy referendalnej dozwolone już nie jest, bo dla ich ważności kluczowe znaczenie ma frekwencja. Zasada ta dotyczy wszystkich obywateli. Dziś, kiedy podlegamy dużemu wpływowi nowoczesnych technologii informacyjnych, a sfera działalności internetowej pozostaje niedoregulowana, należy jasno wskazać, że te reguły obowiązują wszystkich uczestników procesu wyborczego. A są nimi nie tylko organy administracji rządowej i samorządowej, organizacje pozarządowe, kandydaci oraz komitety wyborcze, ale też sami wyborcy – uważa Dariusz Lasocki.
Cisza wyborcza w społeczeństwie posługującym się mediami społecznościowymi i czerpiącym wiedzę z portali informacyjnych może być uznana za relikt przeszłości. – Należałoby się zastanowić, czy nie lepiej byłoby ją znieść. Wydaje mi się jednak, że zarówno po stronie ustawodawcy, jak i społeczeństwa wciąż panuje zgoda na jej obowiązywanie. Kampania trwa bowiem bardzo długo, więc zmęczeni są nie tylko wyborcy, ale też kandydaci, dla których bywa ona fizycznie wyczerpująca – dodaje Dariusz Lasocki.
Jarosław Flis, profesor UJ, socjolog, komentator polityczny
Odpowiedź na pytanie, czy cisza wyborcza powinna zostać utrzymana, przy każdych wyborach jest taka sama. Uważam ją za anachronizm pochodzący z czasów, kiedy niektórym wydawało się, że w ostatniej chwili mogą pojawić się newsy dotyczące poszczególnych partii, a wszyscy wyborcy będą kierować się nimi przy wyborze. Dziś już wiemy, że potrzebują oni co najmniej kilku dni, żeby przedyskutować ze znajomymi każdą nową wiadomość, w związku z tym te, które ukazują się w sobotę, i tak nie wpływają na dokonywane w niedzielę wybory. Obowiązywanie ciszy wyborczej powoduje, że w mediach społecznościowych trwają podchody, co świadczy raczej o ośmieszaniu prawa, bo pożytku z tego nie ma żadnego. Nie jest to najbardziej palący problem, ale niepotrzebne utrudnienie. Ciszę wyborczą wprowadzono w latach 90., a przecież rozwoju nie da się powstrzymać, więc jej utrzymywanie nie ma sensu. W spodniach, z których się wyrosło, nie wygląda się zbyt poważnie.
Prezes UODO nałożył karę na Spółdzielnie Mieszkaniową
Stan faktyczny
Do Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych (dalej: Prezes UODO) w sierpniu 2021 r. wpłynęła od osoby trzeciej informacja wskazująca na udostępnienie jej – jako osobie nieuprawnionej – zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa, które ujawniało dane osobowe w postaci: imienia, nazwiska, numeru ewidencyjnego PESEL oraz adresu zamieszkania osoby wskazanej w tym zawiadomieniu (dalej: podmiot danych) przez Spółdzielnie Mieszkaniową (dalej: Administrator lub Spółdzielnia Mieszkaniowa). Osoba trzecia, która jako osoba zawodowo związana z mediami informacyjnymi stała się nieuprawnionym odbiorcą tego dokumentu. Osoba ta wyjaśniła, że nie wnioskowała o udzielenie tych informacji.
W związku z powyższym, Prezes UODO, na podstawie art. 58 ust. 1 lit. a i e rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady UE 2016/679 z 27.4.2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (Dz.Urz. UE L z 2016 r. Nr 119, s. 1; dalej: RODO), zwrócił się do Administratora o wyjaśnienie, czy w związku z zaistniałą sytuacją dokonana została analiza zdarzenia pod kątem ryzyka naruszenia praw lub wolności osób fizycznych niezbędna do oceny, czy doszło do naruszenia ochrony danych skutkującego koniecznością zawiadomienia Prezesa UODO oraz osób, których dotyczy naruszenie. W piśmie tym zawarto również informacje o treści art. 33 ust. 1 i 3 RODO oraz o możliwych sposobach dokonania zgłoszenia naruszenia ochrony danych osobowych.
Wobec braku zgłoszenia naruszenia ochrony danych osobowych organowi nadzorczemu oraz braku zawiadomienia o naruszeniu ochrony danych osobowych osoby, której dotyczyło naruszenie, Prezes UODO wszczął z urzędu wobec Administratora postępowanie administracyjne w tym przedmiocie. W piśmie tym dodatkowo zwrócono się do Administratora o przedstawienie rejestru naruszeń oraz oceny poziomu ryzyka przeprowadzonej przez Inspektora Ochrony Danych.
Z uzasadnienia decyzji Prezesa UODO
Gdy dojdzie do wykrycia przez administratora naruszenia ochrony danych osobowych, w pierwszej kolejności konieczne jest przeprowadzenie analizy pod kątem wystąpienia ryzyka naruszenia praw lub wolności osób fizycznych. Administrator zwolniony jest z obowiązku powiadamiania organu nadzorczego o naruszeniu, jeśli w wyniku przeprowadzonego badania okaże się, że istnieje co najwyżej małe prawdopodobieństwo wystąpienia ryzyka naruszenia praw lub wolności osób fizycznych. Wnioski z przeprowadzonej analizy należy odnotować w wewnętrznej ewidencji naruszeń.
Sama ocena naruszenia przeprowadzona przez administratora pod kątem ryzyka naruszenia praw lub wolności osób fizycznych niezbędna do stwierdzenia, czy doszło do naruszenia ochrony danych skutkującego koniecznością zawiadomienia Prezesa UODO (art. 33 ust. 1 i 3 RODO) oraz osób, których dotyczy naruszenie (art. 34 ust. 1 i 2 RODO), powinna być dokonana przez pryzmat osoby dotkniętej naruszeniem. W przedmiotowej sprawie Administrator nie wykazał jednak, by taka ocena ryzyka w ogóle została dokonana – w reakcji na dwukrotne wezwanie do przedstawienia takiej oceny, przekazał jedynie dokument, który miał charakter ogólny i nie odnosił się do konkretnego (rozpatrywanego w niniejszej decyzji) przypadku naruszenia ochrony danych osobowych podmiotu danych.
Prezes UODO ustosunkował się do wyjaśnień Administratora i wskazał, że w związku z przedmiotowym naruszeniem ochrony danych osobowych, polegającym na udostępnieniu podmiotowi nieuprawnionemu dokumentu zawierającego dane osobowe członkini Spółdzielni Mieszkaniowej, nie jest istotne to, czy osoba ta faktycznie dokonała czynów, o których mowa w złożonym przez Spółdzielnię zawiadomieniu o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Nawet gdyby potwierdzono zasadność podnoszonych przez Administratora zarzutów wobec tej osoby, nie oznacza to, że jej dane osobowe nie powinny podlegać takiej samej ochronie, jak każdej innej osoby fizycznej w podobnej sytuacji. Z późniejszych wyjaśnień Spółdzielni Mieszkaniowej nie wynika, że podmiot danych sam udostępnił swoje dane osobowe znajdujące się w zawiadomieniu o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Nie można więc przyjąć, iż okoliczność taka mogłaby być w ogóle brana pod uwagę przy ocenie prawidłowości postępowania Administratora.
Stosownie do treści art. 83 ust. 2 RODO, administracyjne kary pieniężne nakłada się, zależnie od okoliczności każdego indywidualnego przypadku, oprócz lub zamiast środków, o których mowa w art. 58 ust. 2 lit. a-h oraz lit. j RODO. Decydując o nałożeniu administracyjnej kary pieniężnej Prezes UODO – stosownie do treści art. 83 ust. 2 lit. a-k RODO – wziął pod uwagę następujące okoliczności sprawy.
W sprawie stwierdzono naruszenie przepisu art. 33 ust. 1 RODO oraz art. 34 ust. 1 RODO. Naruszenie to miało znaczącą wagę i poważny charakter. Opisywane zdarzenie może bowiem doprowadzić do szkód majątkowych lub niemajątkowych dla osoby, której dane zostały naruszone, a prawdopodobieństwo ich wystąpienia zostało ocenione jako wysokie.
W omawianej sprawie naruszenie ochrony danych osobowych dotyczyło tylko jednej osoby, lecz za okoliczność obciążającą Prezes UODO uznał długi czas trwania naruszenia przez Administratora przepisów RODO. Od powzięcia przez Administratora informacji o naruszeniu do dnia wydania niniejszej decyzji upłynęło kilkanaście miesięcy, w trakcie których ryzyko naruszenia praw lub wolności osoby dotkniętej naruszeniem mogło się zrealizować, a czemu osoba ta nie mogła przeciwdziałać ze względu na niewywiązanie się przez Spółdzielnię z obowiązku zgłoszenia naruszenia ochrony danych osobowych Prezesowi UODO oraz z obowiązku powiadomienia o nim osoby, której dane dotyczą.
Ponadto Administrator podjął świadomą decyzję, by nie zawiadamiać o naruszeniu Prezesa UODO, jak i osoby, której dane dotyczą. Nie ulega wątpliwości, że Administrator, przetwarzając dane osobowe na masową skalę, musi mieć wiedzę w zakresie ochrony danych osobowych, obejmującą wiedzę o konsekwencjach stwierdzenia naruszenia ochrony danych osobowych skutkującego wysokim ryzykiem naruszenia praw lub wolności osób fizycznych (a wiedzy tej wymagać można nie tylko od Administratora lecz również od powołanego przez niego inspektora ochrony danych). Będąc tego świadomym, Administrator podjął jednak decyzję o rezygnacji z dokonania zgłoszenia naruszenia Prezesowi UODO i powiadomienia osoby, której dane dotyczą, pomimo faktu, że Prezes UODO w pierwszej kolejności informował Administratora o obowiązkach ciążących na Administratorze w związku z naruszeniem ochrony danych. W końcu samo wszczęcie przez Prezesa UODO niniejszego postępowania w przedmiocie obowiązku zgłoszenia naruszenia ochrony danych osobowych organowi nadzorczemu i zawiadomienia o naruszeniu osoby, której dane dotyczą, powinno nasunąć Administratorowi co najmniej wątpliwości co do słuszności przyjętego przez niego stanowiska.
W ocenianej sprawie Prezes UODO uznał współpracę z Administratorem za niezadowalającą. Ocena ta dotyczy reakcji Administratora na pisma Prezesa UODO informujące o obowiązkach ciążących na administratorze w związku z naruszeniem ochrony danych, czy wreszcie wobec wszczęcia postępowania administracyjnego w przedmiocie obowiązku zgłoszenia naruszenia ochrony danych osobowych i zawiadomienia o naruszeniu osoby, której dane dotyczą. Prawidłowe w ocenie Prezesa UODO działania (zgłoszenie naruszenia Prezesowi UODO i zawiadomienie o nim osoby, której dotyczyło naruszenie) nie zostały podjęte przez Administratora nawet po wszczęciu przez Prezesa UODO postępowania administracyjnego w sprawie.
Dodatkowo dane osobowe udostępnione osobie nieuprawnionej nie zostały przez Prezesa UODO zakwalifikowane do szczególnych kategorii danych osobowych, o których mowa w art. 9 RODO, jednakże fakt, iż w udostępnionym dokumencie (zawiadomieniu o podejrzeniu popełnienia przestępstwa) zawarto szeroki ich zakres (imię i nazwisko, adres zamieszkania, numer ewidencyjny PESEL), wiąże się z wysokim ryzykiem naruszenia praw lub wolności osób fizycznych. Numer PESEL jest daną o szczególnym charakterze i takiej szczególnej ochrony wymaga. Nie ma innej, zdaniem Prezesa UODO, tak konkretnej danej, która by w sposób jednoznaczny identyfikowała osobę fizyczną. Nie bez powodu numer PESEL służy jako dana identyfikująca każdą osobę i jest powszechnie używany w kontaktach z różnymi instytucjami oraz w obiegu prawnym. Numer PESEL wraz z imieniem i nazwiskiem w sposób jednoznaczny identyfikuje osobę fizyczną, w sposób pozwalający przypisać negatywne skutki naruszenia (np. kradzież tożsamości, wyłudzenie pożyczki) tej konkretnej osobie.
Ustalając wysokość administracyjnej kary pieniężnej, Prezes UODO nie znalazł podstaw do uwzględnienia okoliczności łagodzących, mających wpływ na ostateczny wymiar kary.
Odszkodowanie za urlop w Izraelu
Wojna wywołana atakiem Hamasu na Izrael, zupełnie niespodziewana, zastała na miejscu wielu turystów z całego świata, którzy od momentu jej rozpoczęcia poważnie niepokoją się swoim losem. Wśród nich byli także Polacy, w ostatnich dniach ewakuowani wysłanymi przez polskie władze samolotami wojskowymi.
W obliczu tych wydarzeń warto się zastanowić, jak w takich okolicznościach prezentują się prawa naszych turystów – zarówno tych, którzy byli wtedy w Izraelu, jak i tych, którzy wykupili wycieczki, zanim wybuchł konflikt, a teraz nie mogą odbyć swoich wyjazdów wakacyjnych. Czy mają możliwość rozwiązania umowy z biurem podróży?
Wakacji w Izraelu nie będzie
– Oczywiście, jest to możliwe – komentuje Piotr Henicz, wiceprezes Polskiej Izby Turystyki. – Nie ma jednak takiej potrzeby, kiedy biuro podróży odwołuje wyjazd z powodu nieuniknionych i nadzwyczajnych okoliczności (tzw. NNO), występujących w miejscu docelowym. Te okoliczności należy rozumieć jako sytuację pozostającą poza kontrolą organizatora, której skutków nie można było uniknąć, nawet gdyby zostały podjęte wszelkie rozsądne działania – dodaje wiceprezes Henicz.
– Tutaj warto podkreślić, że organizatorzy wyjazdów chronią swoich klientów w takich sytuacjach na wielu płaszczyznach – zapewnia w rozmowie „Rzeczpospolitą”. – Od zorganizowania pomocy na miejscu, sprawnego przeprowadzenia ewakuacji w razie jej konieczności aż do gwarancji zwrotu wpłaconych pieniędzy w przypadku odwołania imprezy – dodaje.
Wszystko to nie jest oczywiste, gdy wyjazd został zorganizowany na własną rękę. Potwierdza się zatem opinia, że wyjazdy zorganizowane przez biura podróży są najbezpieczniejszą formą wyjazdów turystycznych.
Niezwykle istotny w tym kontekście jest fakt, że biuro mimo całkowitego braku wpływu na NNO zobowiązane jest do zapewnienia na miejscu pomocy klientowi na przykład poprzez zapewnienie powrotu do kraju, w sytuacji wystąpienia niebezpieczeństwa.
Zwroty pieniędzy dla niedoszłych turystów
– Przypadek wojny w Izraelu jest bezdyskusyjny – komentuje wiceprezes Henicz.
– Zarówno oświadczenia rządu Izraela, jak i komunikaty Ministerstwa Spraw Zagranicznych oraz odwoływanie wylotów sprawiają, że wyjazdy turystyczne do Izraela są aktualnie niemożliwe i zostaną wznowione, kiedy będzie można zapewnić turystom pełne bezpieczeństwo w czasie podróży. Nie pozostawiamy klientów bez pomocy także w przypadku odwołania wyjazdu: poza gwarancją zwrotu wpłaconych środków, przygotowujemy ofertę alternatywną, Klient może także sam zdecydować o wyborze innego terminu wyjazdu lub zmienić kierunek podróży.
W tym konkretnym przypadku ustawa o imprezach turystycznych przewiduje, że organizator jest zobowiązany zwrócić klientom wpłacone pieniądze.
Podobny zapis znajduje się także w „Warunkach uczestnictwa”. Zwroty realizowane są w ciągu czternastu dni od rozwiązania umowy.
Specjalne polisy na wojnę
– Ogłoszenie stanu wyjątkowego, jaki wiąże się z działaniami wojennymi czy zamachami terrorystycznymi, uniemożliwia funkcjonowanie asystorów (firm organizujących pomoc w imieniu ubezpieczyciela) na danym terytorium. Organizacja pomocy przez ubezpieczyciela może być niemożliwa z uwagi np. na niedostępność placówek medycznych czy transportu. Ubezpieczyciele muszą podporządkować się decyzjom lokalnych władz (w tym wojskowych, które przejmują administrację na danym terenie). Standardowe ubezpieczenia turystyczne najczęściej mają klauzulę wyłączającą odpowiedzialność ubezpieczyciela w sytuacji konfliktu zbrojnego czy aktów terroru – mówi „Rz” Agnieszka Durska, rzeczniczka Polskiej Izby Ubezpieczeń. Radzi, by czytać ogólne warunki ubezpieczenia. Są polisy specjalne dla osób, które z racji zawodu muszą być na terytorium objętym działaniami wojennymi. Ryzyko kalkuluje się indywidualnie.
Niedostępność systemu KSeF
Zgodnie z założeniami zaprezentowanymi przez Ministerstwo Finansów, niedostępność KSeF to pojęcie związane z zaplanowanymi pracami serwisowymi systemu. Należy odróżnić taką sytuację od awarii KSeF (a więc zdarzenia, które pojawiło się w sposób niespodziewany). Oraz od braku możliwości wystawienia e-faktury przez podatnika z przyczyn leżących po jego stronie (np. z uwagi na awarię lub prace serwisowe po stronie podatnika), chociaż w tym przypadku podobnie jak przy niedostępności mamy do czynienia z działaniem w tzw. „tryb offline”. W przypadku niedostępności KSeF związanej z serwisem systemu, odpowiednio wcześniej, będzie opublikowany komunikat na BIP MF, że w danym okresie będą prowadzone prace serwisowe. Niedostępność systemu – zgodnie z założeniami – powinna być krótkotrwała i przez to nieuciążliwa dla podatników. Miejmy nadzieję, że prace serwisowe nie będą planowane zwłaszcza w okolicach ustawowych terminów wystawiania faktur KSeF (np. w okolicach 15 dnia miesiąca). To jednak tylko przewidywania. Zastanówmy się, w jaki sposób wystawiać faktury gdy KSeF podlega akurat przeglądowi technicznemu.
Prace serwisowe
Zgodnie z art. 106nh ust. 1 ustawy z 11.3.2004 r. o podatku od towarów i usług (t.j. Dz.U. z 2023 r. poz. 1570; dalej: VATU), w okresie trwania niedostępności Krajowego Systemu e-Faktur, podatnik powinien wystawiać faktury w postaci elektronicznej zgodnej z wzorem faktury ustrukturyzowanej. Podatnik powinien uzgodnić ze swoim kontrahentem sposób przesyłania faktur w czasie prac serwisowych KSeF. Podatnik jest też obowiązany do oznaczenia faktury kodem umożliwiającym dostęp do tej faktury w Krajowym Systemie e-Faktur, umożliwiającym weryfikację danych na niej zawartych oraz umożliwiającym zapewnienie autentyczności pochodzenia i integralności treści tej faktury.
Datą wystawienia faktury w ww. sposób jest data wskazana przez podatnika na tej fakturze w pozycji P_1. Za datę otrzymania faktury uznaje się datę jej faktycznego otrzymania przez nabywcę. W przypadku gdy data otrzymania faktury jest późniejsza niż data przydzielenia numeru identyfikującego tę fakturę w Krajowym Systemie e-Faktur, za datę otrzymania tej faktury przez nabywcę uznaje się datę przydzielenia tego numeru. Fakturę korygującą fakturę wystawioną w czasie prac serwisowych wystawia się po przydzieleniu tej fakturze numeru identyfikującego w Krajowym Systemie e-Faktur. Można ją więc wystawić dopiero po zakończeniu serwisu. Jeśli zaś zdarzy się tak, że faktura wystawiona w czasie prac serwisowych ulegnie zniszczeniu albo zaginie, podatnik na wniosek nabywcy udostępnia ponownie tę fakturę, jeżeli ponowne udostępnienie faktury następuje przed jej przesłaniem do Krajowego Systemu e-Faktur. A ewentualnie, wystawia ponownie fakturę zgodnie z danymi zawartymi na fakturze będącej w posiadaniu nabywcy, przy czym faktura wystawiona ponownie może zawierać datę wystawienia i wyraz „DUPLIKAT”.
Co jednak najważniejsze, faktura wystawiona w czasie serwisu KSeF w sposób opisany wyżej powinna zostać wysłana do systemu KSeF w celu przydzielenia numeru identyfikującego te faktury. Czas na taką wysyłkę jest krótki. Należy to bowiem uczynić nie później niż w następnym dniu roboczym po dniu zakończenia okresu niedostępności Krajowego Systemu e-Faktur (w przypadku awarii termin ten wynosi 7 dni roboczych od ustania awarii). Jeżeli podatnik nie wypełni ww. obowiązków (a więc wystawi w okresie prac serwisowych fakturę niezgodną ze wzorem tudzież nie wyśle do KSeF faktury w następnym dniu roboczym po ustaniu prac), naczelnik urzędu skarbowego nakłada, w drodze decyzji, na podatnika karę pieniężną w wysokości do 100% kwoty podatku wykazanego na tej fakturze wystawionej poza Krajowym Systemem e-Faktur. W przypadku faktur bez wykazanego podatku, kara pieniężna może być nałożona w wysokości do 18,7% kwoty należności ogółem wykazanej na tej fakturze wystawionej poza Krajowym Systemem e-Faktur. Karę pieniężną uiszcza się, bez wezwania naczelnika urzędu skarbowego, na rachunek bankowy właściwego urzędu skarbowego w terminie 14 dni od dnia doręczenia decyzji o nałożeniu tej kary. Tyle dobrego, że kary te mogą być nakładane dopiero od 1.1.2025 r.
Komentarz
Niedostępność systemu KSeF ma być planowana, krótkotrwała i uzależniona od zapotrzebowania na prowadzenie prac serwisowych. Ponad wszystko, ma być także anonsowana z wyprzedzeniem (choć nie wiadomo z jakim) w BIP Ministerstwa Finansów. Zdecydowanie warto więc zadbać o to, aby system finansowo-księgowy podatnika w sposób automatyczny weryfikował komunikaty w tym zakresie. Równie ważne jest weryfikowanie momentu zakończenia prac serwisowych. Wysłanie faktury do KSeF będzie wówczas obwarowane bardzo krótkim terminem.
Wniosek z tego taki, że najlepiej będzie być może całkowicie unikać wystawiania faktur w okresie serwisu. Za duże obciążenie administracyjne a i ryzyko spore. To zatem kolejny powód aby dobrze zaplanować wewnątrzfirmową rzeczywistość po wejściu w życie przepisów o obowiązkowym KSeF. Znów widać więc, że wdrożenie KSeF to nie tylko techniczne aspekty zgodności faktury ze schematem. Przede wszystkim to porządkowanie procesów wewnątrz firmy.
Wybory parlamentarne 2023 a udział w referendum
Internet obiegła informacja, że w nadchodzących wyborach karty wyborcze do Sejmu i Senatu oraz karta referendalna będą zszywane w jeden plik, wydawany przez członka komisji. Zrodziło to wątpliwości osób planujących odmówić udziału w referendum, ale i wzmocniło obawy o i tak już naruszoną granicę między wyborami a referendum. Jak się jednak okazuje, nic takiego nie nastąpi w trakcie wyborów 15.10.2023 r. Tak wynika z komentarza udzielonego „Rzeczpospolitej” przez biuro prasowe Krajowego Biura Wyborczego (KBW).
Zszycie wszystkich trzech kart stanowiłoby dodatkowe – w tym psychologiczne – utrudnienie w odmowie wzięcia udziału w którymś z trzech głosowań. Już bez niego jednak konieczne jest wyraźne wyartykułowanie braku zamiaru wzięcia takiego udziału, i to zanim weźmiemy do ręki kartę do głosowania.
Wyobraźmy sobie jednak taką sytuację: wziąłem wszystkie trzy karty, po czym postanowiłem oddać tę referendalną członkowi komisji. Czy zostanę policzony jako biorący udział w referendum? Takie pytanie mogą zadawać sobie niepewni tego, czy umieją wyraźnie wyartykułować brak woli przyjęcia karty referendalnej.
Odpowiedź nie jest prosta. Według informacji przekazanych przez KBW ostatecznym momentem jest tu podpis złożony przez członka komisji – stwierdza on bowiem stan faktyczny: liczbę wziętych kart i udział w konkretnych głosowaniach. Od tej chwili zwrócenie karty byłoby więc bezskuteczne.
Najpierw jednak członek komisji dokonuje adnotacji informującej, jakie karty wziął dany wyborca – a co za tym idzie: w których głosowaniach weźmie udział – potem mu je wydaje, a na koniec składa podpis. Można więc szybko zwrócić którąś z kart, zanim dojdzie do podpisu. Wtedy też członek komisji przyjmie zwracaną kartę, dokona zmian w adnotacji i podpisze się pod ostateczną jej wersją.
Jak jednak wskazuje KBW, warto zawczasu pamiętać o odmowie przyjęcia którejś z kart, by nie wprowadzać zamieszania. Ponadto, gdy już wzięliśmy kartę do referendum, a nie chcemy być policzeni jako biorący w nim udział, sposobem okazać się może całkowite przedarcie karty – zgodnie z art. 22 ust. 4 i 5 ustawy o referendum ogólnokrajowym frekwencję ustala się na podstawie kart ważnych znajdujących się w urnie, a więc nieprzedartych. Trzeba jednak się zastanowić, czy przedarcie nie będzie uznane za przejaw politycznej manifestacji, która jest niedozwolona w lokalu wyborczym w dniu głosowania.
Dokument prywatny to też informacja publiczna
Stan faktyczny
WSA rozpoznał skargę na na bezczynność Marszałka Województwa w przedmiocie udostępnienia informacji publicznej i zobowiązał organ do załatwienia wniosku.
W sprawie tej skarżący domagał się rozpoznania jego wniosku o udostępnienia informacji publicznej w postaci wydruków ze służbowych kart bankomatowych poszczególnych członków Zarządu Województwa za lata 2018-2022.
W odpowiedzi na skargę Marszałek Województwa, wniósł o jej oddalenie. W uzasadnieniu wskazał m.in., że w piśmie podał, że nie może udostępnić skarżącemu żądanych informacji, gdyż nie są to informacje publiczne; żądane dokumenty nie są bowiem dokumentami urzędowymi. Nadto organ przyznał, że informacja o tym, kto jest, czy był dysponentem służbowych kart płatniczych, a także o kwotach wydatków i celach, na jakie były wydatkowane pieniądze przez użycie tych kart jest informacją publiczną. Jednakże odrębną kwestią jest udostępnienie wyciągów ze służbowych kart płatniczych. Wyciągi te nie stanowią bowiem dokumentów urzędowych w rozumieniu art. 6 ust. 2 ustawy z 6.9.2001 r. o dostępie do informacji publicznej (t.j. Dz.U. z 2022 r. poz. 902; dalej: DostInfPubU), a zatem ich postać (kopie) nie mogą być udostępnione (ujawnione) w trybie dostępu do informacji publicznej. W ocenie organu okoliczność, że dokument prywatny, jakim jest wyciąg bankowy, pozostaje w dyspozycji organu administracji publicznej i dotyczy realizacji celów publicznych, nie czyni go automatycznie dokumentem urzędowym.
Stanowisko WSA
Sąd I instancji uznał skargę za zasadną. WSA wskazał na początku, że zgodnie z art. 1 ust. 1 DostInfPubU każda informacja o sprawach publicznych stanowi informację publiczną. Tę ogólną definicję doprecyzowuje art. 6 ust. 1 DostInfPubU, który wymienia rodzaje spraw, jakich mogą dotyczyć informacje o charakterze informacji publicznych, czyniąc to w sposób otwarty, czemu służy zwrot „w szczególności”. Doktryna oraz orzecznictwo sądowe, w oparciu o ogólną formułę DostInfPubU, a także konstytucyjną konstrukcję prawa do informacji zawartą w art. 61 ust. 1 i 2 Konstytucji RP, przyjmuje szerokie rozumienie pojęcia „informacja publiczna”. Za taką uznaje się wszelkie informacje wytworzone przez władze publiczne oraz osoby pełniące funkcje publiczne, a także inne podmioty, które wykonują funkcje publiczne lub gospodarują mieniem publicznym (komunalnym bądź Skarbu Państwa), jak również informacje odnoszące się do wspomnianych władz, osób i innych podmiotów, niezależnie od tego, przez kogo zostały wytworzone.
Informacje zawarte w wydrukach (wyciągach) z rachunków służbowych kart bankomatowych członków zarządu jednostki samorządu terytorialnego stanowią informację publiczną, jako że zawierają one informacje o wydatkowaniu środków publicznych. Informacje o majątku publicznym, w tym o majątku jednostek samorządu terytorialnego, stanowią informację publiczną w rozumieniu art. 6 ust. 1 pkt 5 lit. c) DostInfPubU. Dotyczy to także informacji dokumentujących fakt lub sposób zadysponowania majątkiem publicznym, w tym treść i postać umów cywilnoprawnych dotyczących takiego majątku, jeżeli treść owych umów dotyczy bezpośrednio wspomnianego wyżej majątku publicznego. Powyższe wynika również ze stanowiska organu, który wskazał, iż informacja o tym, kto jest, czy był dysponentem służbowych kart płatniczych, a także o kwotach wydatków i celach, na jakie były wydatkowane pieniądze poprzez użycie tych kart jest informacją publiczną.
Sporne natomiast między stronami było czy mogą być udostępnione wspominane wydruki (wyciągi). Jeśli chodzi o stanowisko organu oparte na rozróżnieniu między prywatnym charakterem wydruku (wyciągu) z rachunku służbowych kart bankomatowych (pochodząca od danego banku) a dokumentem urzędowym, którym ma być informacja publiczna udzielona przez organ na podstawie tego wydruku (wyciągu), jest ono nie do zaakceptowania. Po pierwsze dlatego, że prawidłowa i zgodna z prawem i realizująca cel ustawy informacja o wydatkach z konta (rachunku) danej służbowej karty bankomatowej (ściśle rzecz biorąc bankowej karty płatniczej) musi odzwierciedlać wszystkie operacje zawarte na tzw. wyciągu (wydruku) z tego konta. W takiej sytuacji udzielenie informacji sprowadzałoby się do skopiowania danych z tego wyciągu do treści „dokumentu urzędowego”, który wytworzył by organ. Taka jest bowiem logiczna konsekwencja stanowiska prezentowanego przez organ i argumentacji ją wpierającej. Już z tego powodu sens tego stanowiska trudno zaakceptować, chodzi wszak o karty płatnicze ze środkami pieniężnymi jednostki samorządu terytorialnego oddanymi do dyspozycji urzędników wyłącznie dla potrzeb służbowych, a nie o środki prywatne, nie ma więc znaczenia, że wydruk wyciąg pochodzi od banku. Drugi argument na niekorzyść przyjętego przez organ stanowiska jest jeszcze istotniejszy. Mianowicie przyjmując, że sam wydruk (wyciąg) nie podlega udostępnieniu, ale dane z niego wynikające już tak, umożliwia się potencjalną ingerencję w treść informacji, której wnioskujący o dostęp nie będzie mógł zweryfikować, nie mając wglądu w wydruk (wyciąg) operacji dokonywanych z danej karty płatniczej.
WSA uznał, że w pełni podzielić należy stanowisko zawarte w orzecznictwie, które nie opiera się na formalnym statusie dokumentu (jako urzędowego lub prywatnego), lecz jego treściowej i funkcjonalnej charakterystyce jako nośnika (źródła) informacji publicznej. Według tego poglądu informacją publiczną w rozumieniu DostInfPubU będzie każda wiadomość wytworzona lub odnoszona do władz publicznych, a także wytworzona lub odnoszona do innych podmiotów wykonujących funkcje publiczne w zakresie wykonywania przez nie zadań władzy publicznej.
Jak się podkreśla, informacja ta musi przy tym dotyczyć sfery istniejących już danych i faktów i może pochodzić od dowolnych podmiotów, jeżeli tylko dotyczy „sprawy publicznej” w rozumieniu art. 1 ust. 1 DostInfPubU. Za informację publiczną uznaje się zatem m.in. treść wszelkiego rodzaju dokumentów odnoszących się do organu władzy publicznej lub podmiotu niebędącego organem administracji publicznej, lecz wykonującego zadania publiczne bądź funkcje publiczne. Są nią zarówno dokumenty bezpośrednio przez te podmioty wytworzone, jak i te, których używają one przy realizacji przewidzianych prawem zadań, nawet gdy nie pochodzą bezpośrednio od nich.
Taką informację stanowi zatem treść wszelkiego rodzaju dokumentów w jakikolwiek sposób dotyczących organu, bez względu na to, co jest ich przedmiotem. W perspektywie konstytucyjnego prawa dostępu do informacji publicznej pojęcie „dokumentu” należy rozumieć w szerokim tego słowa znaczeniu, gdyż za dokument uznaje się każdą informację o działalności władzy publicznej lub o sprawach publicznych, wysłowioną i zobiektywizowaną na jakimś nośniku i najczęściej przybierającą postać pisemną. Dokumentem w tym rozumieniu będzie zatem każdy nośnik danych, który może przybrać m.in. formę papierową, elektroniczną, cyfrową, w tym zatem wydruk czy wyciąg z konta kart płatniczych (por. wyrok NSA z 29.9.2021 r., III OSK 1036/21, Legalis). W sprawie nie budzi wątpliwości, że środki finansowe zgromadzone na rachunkach bankowych przedmiotowych kart stanowią wyłącznie środki publiczne, dlatego wyciągi (wydruki) z rachunku tych kart podlegają udostępnieniu.
Oceniając natomiast stan faktyczny sprawy w odniesieniu do przesłanek z art. 149 § 1a PostAdmU, Sąd uznał, że stwierdzona bezczynność nie nosi znamion rażącego naruszenia prawa. Rażącym naruszeniem prawa jest naruszenie ciężkie, które nosi cechy oczywistej i wyraźnej sprzeczności z obowiązującym prawem, niepozwalające na zaakceptowanie w demokratycznym państwie prawa i wywołujące dotkliwe skutki społeczne lub indywidualne.
Komentarz
Zagadnienie omówione w wyroku nie jest nowe i w zasadzie nie budzi wątpliwości interpretacyjnych. Bezczynność organu w udzieleniu informacji publicznej (a w zasadzie odmowa udostępnienia informacji, czy przy czym z uwagi na niezachowanie formy decyzji, sprawę należało zakwalifikować jako skargę na bezczynność) wydaje się być zamierzona – kłopotliwa mogła bowiem okazać się sama treść informacji o wydatkach członków zarządu. WSA nie uznał jednakże, że naruszenie to ma charakter rażący. Organ w tej sprawie dokonał bowiem wykładni pojęcia informacji publicznej, ograniczając ją – oczywiście błędnie – do dokumentów urzędowych. Prostym argumentem na zwalczenie tego stanowisko jest wskazanie, że dane z dokumentu prywatnego można przenieść do dokumentu wytworzonego przez organ. Stąd sam nośnik informacji publicznej nie może decydować o charakterze informacji.
Orzeczenie nie jest prawomocne.
Twórcy chcą dobrego prawa, a nie jałmużny
Nikt z nas nie chciałby znaleźć swojego dzieła w internecie, ukradzionego i przerobionego przez sztuczną inteligencję. Czy polskie i światowe prawo nadąża za tą technologią?
Ciekawe jest już samo użycie słowa „ukradziony”. Czy gdyby mój tekst leżał w bibliotece publicznej i ktoś na jego bazie napisałby polemikę, także moglibyśmy użyć takiego określenia? Niekoniecznie. Myślę, że to jest właśnie klucz do postrzegania efektów pracy sztucznej inteligencji. Nie zmienia to faktu, że temat ten wymaga pilnego prawnego uregulowania, nie możemy bowiem dać się sterroryzować algorytmom. Dlatego właśnie podejmowane są działania – na gruncie europejskim, międzynarodowym i krajowym, także w naszym stowarzyszeniu. Kilka miesięcy temu powołaliśmy specjalną grupę roboczą, która wypracuje konkretne propozycje rozwiązań – dotyczyć one będą charakteru prawnego sztucznej inteligencji, stawiania granicy między pracą człowieka a „pracą” algorytmu, kwestii wynagrodzenia, a także oznaczania, na podstawie dzieł których autorów wygenerowany został wytwór algorytmu. Nie będzie to prosty i szybki proces, ale z pewnością jest niezbędny.
Problem w tym, że człowiek piszący polemikę podchodzi do tekstu źródłowego raczej w inny sposób, niż robi to narzędzie sztucznej inteligencji.
To prawda. Algorytm uczy się dosłownie. Nie nazywa, nie przeprowadza przy okazji swojej „pracy” procesów intelektualnych. Nie patrzy przez pryzmat gatunków, nurtów, muzyków, historii sztuki etc. Zamiast tego chłonie wszystko i „tworzy” wedle wytycznych. Tak więc „utwór Chopina” spreparowany przez sztuczną inteligencję nie ma nic wspólnego z prawdziwym Chopinem. Inaczej ma się sprawa z muzyką ilustracyjną, planszami i przejściami tworzonymi na użytek programów telewizyjnych – te algorytm tworzy niepokojąco perfekcyjnie. Dlatego potrzebne są tu ograniczenia, procentowo wyznaczające minimalny udział człowieka – twórcy – w danej sferze, na przykład muzyki. To samo dotyczy serwisów informacyjnych – nie byłyby wprawdzie tworzone przez sztuczną inteligencję, ale redagowane na podstawie zaserwowanych jej informacji.
Tu pojawia się kolejny problem – odpowiedzialność za słowa.
Dokładnie. Przykładowo, do działań dziennikarzy i redaktorów odnieść może się Rada Etyki Mediów, można też zastosować odpowiedzialność dziennikarską lub zwykłe przepisy cywilne. Tymczasem wytwór algorytmu jest całkowicie poza prawem. Kto więc poniesie odpowiedzialność za podany przez AI komunikat i za wyrządzone przez jego treść szkody? To musi zostać uregulowane – najpierw na gruncie unijnym, a potem krajowym.
Problemu tego dotyka unijna dyrektywa o prawie autorskim na jednolitym rynku cyfrowym, zwana dyrektywą DSM. Porusza ona problem tzw. text and data mining, procesu automatycznej analizy danych i tworzenia na ich podstawie kompilacji. Dyrektywa kreuje prawo do blokowania takiej analizy przez podmioty na ich platformach, lecz nie chroni przed innymi działaniami sztucznej inteligencji. Oczywiście, mówiąc o ochronie, mamy tu na myśli kraje, które tę dyrektywę wdrożyły – a więc nie Polskę, dla której termin na implementację minął lata temu.
Czy w związku z tym Komisja Europejska wszczęła postępowanie naruszeniowe, kierując skargę do TSUE?
Wystąpiła ze skargą, ale nie do TSUE, tylko do polskiego rządu. Jest on pod tym względem monitowany.
Z czego wynika ten dotychczasowy brak implementacji? Czy przekracza to możliwości intelektualne polskiego prawodawcy? Czy może jest to temat nieatrakcyjny politycznie, a twórcy to nieinteresujące władzę środowisko?
Zacząć trzeba od tego, że dyrektywa DSM mówi o twórcach w najszerszym znaczeniu – a więc dotyczy także dziennikarzy. Jedną z przyczyn unikania wdrożenia tych przepisów może być więc szereg obowiązków, jakie zostałyby nałożone na wydawców prasy. Polska z kolei zauważyła w tych przepisach drogę ku cenzurze i ograniczeniu wolności słowa, o czym alarmowała jako jedyna w Europie. Polskie argumenty, określone później mianem „Polish case”, były podnoszone także w innych państwach Unii. Tam jednak sobie z nimi poradzono. W Polsce do głosu dochodzą zaś wielkie koncerny, którym nie na rękę byłaby taka zmiana prawa – musiałyby bowiem zadbać choćby o wypłacanie odpowiednich wynagrodzeń. A jak wiemy, giganci ci nie budowali swoich imperiów na transparentnych, zakorzenionych w prawie europejskim zasadach, ale na anarchistycznym pojmowaniu wolności.
Z naszej perspektywy oznacza to, że otrzymujemy dwukrotnie niższe wynagrodzenia za eksploatację dzieł w serwisach cyfrowych, takich jak YouTube. Zachodzi tu miażdżąca dysproporcja między zyskami z nośników tradycyjnych i elektronicznych, co widać, gdy porównamy się z rynkami państw zachodnich. Dziś abonament w takim serwisie, oferującym niemal nieskończoną liczbę utworów, kosztować może 20 zł – dawniej za tyle kupowaliśmy jedną płytę danego zespołu. Tu nie chodzi o to, że twórcy żądają od władz i społeczeństwa swego rodzaju jałmużny. My po prostu chcemy normalnego systemu i dobrego prawa.
Widzimy więc, że ta dyrektywa nie powstała bez przyczyny. Jest ona efektem działań interesariuszy z całej Europy, z całego obszaru kreatywnego. Bardzo trudno było przekonać polityków europejskich, żeby ją przyjęli. Dlatego jesteśmy niezmiernie wdzięczni tym spośród polskich europosłów, którzy głosowali „za” lub co najmniej się wstrzymali. Niestety, pomimo upływającego czasu do wdrożenia dyrektywy w naszym kraju jeszcze nie doszło. Każdy miesiąc opóźnienia generuje zaś wymierne straty – straty dla polskiej kultury, nie dla ZAiKS.
Pojawiają się zastrzeżenia, że pewne rozwiązania ZAiKS forsuje dlatego, że pozyskuje z wynagrodzeń twórców swój procent na działalność. Niektórzy nie rozumieją, dlaczego to sam twórca nie mógłby po prostu dogadywać się bezpośrednio z daną platformą.
Model zbiorowego zarządu sięga ponad stu lat wstecz, kiedy to ZAiKS został założony przez twórców kabaretowych – m.in. Juliana Tuwima i Antoniego Słonimskiego – do reprezentowania ich w relacjach z dyrektorami teatrów. Nie było ich wielu, wydawać by się więc mogło, że mogliby poradzić sobie sami. My jednak wiemy, że głos tysięcy twórców artykułowany w jednym miejscu ma realny mandat do reprezentowania środowiska i jednostek w negocjacjach. Gdyby twórca indywidualny chciał pójść ze sprawą do Netfliksa, najpewniej w ogóle by się tam nie dodzwonił. Właśnie w tym celu funkcjonuje na całym świecie zbiorowy zarząd, którego sensu istnienia nigdzie nie próbuje się negować tak mocno, jak to się dzieje w Polsce.
Jesteśmy organizacją działającą na ogromną skalę, mamy umowy praktycznie ze wszystkimi telewizjami, stacjami radiowymi, serwisami cyfrowymi i instytucjami kultury. Tak szeroko zakrojona działalność rzecz jasna kosztuje – bazujemy tu na zasadzie tzw. prowizji operacyjnej, mieszczącej się w średniej europejskiej. Pobieramy ją w wysokości 16 proc. od usług świadczonych na rzecz twórców i ich spadkobierców.
Gdy mówi pan o nieograniczonym dostępie do platform, nie mogą nie przyjść nam na myśl smartfony. Tu możemy przejść do innego istotnego wątku – opłaty reprograficznej. W maju zapadł wyrok sądu uznający, że smartfon powinien być nią objęty. Czy uważa pan to za dobry prognostyk?
Bardzo bym chciał, żeby tak było. Jakkolwiek ten wyrok jest punktowy, jego wartość jest nie do przecenienia. Był to proces, który Stowarzyszenie Artystów Wykonawców SAWP z sukcesem wytoczyło jednemu z dużych producentów muzycznych. Jest to krok w kierunku uznania, że smartfony spełniają znamiona z ustawy o prawach autorskich (uchwalonej w 1994 roku) dotyczące nośników, co polskie organizacje zbiorowego zarządzania podkreślają od 2009 roku. Polska pozostaje jedynym krajem w Unii Europejskiej, który nie ma katalogu nośników zaktualizowanego o smartfony, tablety czy SmartTV. Znajdują się w nim z kolei papier ksero oraz kasety VHS. Straty, jakie ponosimy z tego powodu, są gigantyczne. Już w 2009 roku mowa była o rocznej utracie kwoty rzędu 300 mln zł, która mogłaby zostać przekazana na rzecz sektora kreatywnego. Pomnożenie tej kwoty przez 14 lat wskazuje na ogrom strat, jakie poniosła i ponosi dalej polska kultura. Tezę, jakoby opłata ta stanowiła „podatek od smartfonów”, wielokrotnie zaś obalaliśmy i udowadnialiśmy, że ceny takiego smartfona w Niemczech czy Francji są niższe niż w Polsce – pomimo nałożonej tam opłaty w wyższej kwocie od tej proponowanej u nas. Negowanie analogii między elektroniką a choćby papierem ksero przez polskie środowiska biznesowe – zarabiające krocie na imporcie sprzętu – nie jest akceptowane przez środowiska kreatywne. Weźmy przykład studenta, który kiedyś w bibliotece robił kserokopie książki. Dziś robi on zdjęcia smartfonem.
Co z innymi zagranicznymi rozwiązaniami i ich ewentualnym przyjmowaniem na polskim gruncie? Możemy tu wspomnieć choćby o instytucji tzw. buyoutów, polegających na wykupieniu całości praw osobistych i majątkowych.
Kwestia buyoutów – rozwiązania polegającego na wykupie wszelkich praw twórcy w momencie powstania dzieła – nie jest bynajmniej czymś nowym. Koncepcja ta jest za to całkowicie obca europejskiemu podejściu do roli autora, do jego podmiotowości. Porządki prawne większości państw Unii, bazujące na zakazie stosowania takiej instytucji, jasno stawiają sprawę – albo licencja, albo brak zezwolenia na korzystanie. Dlatego też na poziomie europejskim podejmuje się akcje mające na celu tłumaczenie twórcom, że tego typu umowy są najczęściej sprzeczne z prawem i z umowami, które zawarli oni wcześniej np. z organizacjami zbiorowego zarządzania.
Często wygląda to w taki sposób, że w zamian za zaniżoną wartość swojego dzieła twórca zrzeka się wszelkich mogących wyniknąć potem korzyści. Czyli rezygnuje z udziału w komercyjnym sukcesie dzieła. W polskim prawie mamy chroniące przed tym rozwiązanie pod postacią tzw. klauzuli bestsellerowej, która pozwala uzyskać powtórne wynagrodzenie w wartości proporcjonalnej do skali wyeksploatowania dzieła. Buyout zaś zamyka w całości drogę do uzyskania tego typu rekompensaty, odbierając nawet przy tym autorowi coś, co w prawie europejskim jest absolutnie niezbywalne – autorskie prawa osobiste (między innymi do tego, by podpisać dzieło jego nazwiskiem). Kto zaś najczęściej podpisuje taki buyout? Debiutant. Debiutant bez doświadczenia na rynku, nieznający swoich praw i cieszący się, że dostanie jakieś resztki rzucone przez wydawcę lub producenta. A po kilku latach, gdy okaże się, że jego dzieło osiągnęło sukces, nie będzie miał do niego żadnych praw – nawet prawa do stwierdzenia: „ja to stworzyłem”.
Zatem mamy tu do czynienia z brakiem kreatywności polityków i decydentów, jeśli chodzi o uregulowanie tych kwestii?
Mamy do czynienia z uleganiem presji biznesu, szczególnie biznesu pozaeuropejskiego. Wszyscy mamy świadomość wpływów amerykańskich, ale myślę tu także o niezwykle ekspansywnym państwie chińskim, którego działania dążą do obalenia fundamentalnej europejskiej wartości – podmiotowości ludzi odgrywających określone role, takie jak tworzenie kultury. Buyouty oraz sztuczna inteligencja ewidentnie jej zagrażają. Powstrzymać te tendencje może tylko jednolite stanowisko i prawo Unii Europejskiej.
Jakie w takim razie planuje dalsze kroki ZAiKS? Mamy problemy sztucznej inteligencji, rynku cyfrowego, opłaty reprograficznej i statusu artysty. Za jakimi rozwiązaniami będą państwo lobbować oraz jakie działania edukacyjne uważają za konieczne?
Jest to nieustający proces, oparty na pokazywaniu społeczeństwu, kim jest autor i jaka jest jego rola, czym jest kultura, jak wyglądałoby życie bez niej. Na poziomie politycznym prowadzimy zaś dialog tak szeroko, jak to tylko możliwe. Poczynając od związków branżowych, a kończąc na europejskich i ogólnoświatowych strukturach, w których jesteśmy stale obecni. Wielokrotnie kierowaliśmy do władz listy, podpisane przez ludzi kultury z całego świata, a dotyczące kwestii tzw. czystych nośników oraz opłaty reprograficznej. Uregulowanie tego zależy właściwie tylko od jednej decyzji ministra kultury – czegoś tak prostego, a niemożliwego do osiągnięcia od wielu lat. Prowadzimy przy tym indywidualne dialogi z politykami, ale coraz bardziej utwierdzamy się w przekonaniu, że ta sprawa jest blokowana na zupełnie innym poziomie. Obwiniać o to należy globalny biznes i wywierane przez niego naciski, a także postrzeganie tego obszaru jako niepilnego w kontekście polskiej polityki.
Może więc potrzebujemy osób, które wprowadzą interes twórców i wydawców do polskiej polityki? Myślę tu o artystach-politykach, którym te kwestie byłyby bliskie i którzy umieliby o nie zadbać.
Pytanie brzmi, czy chcieliby poświęcić swoją karierę artystyczną na rzecz polityki. Mamy jeden przykład w osobie Jacka Dehnela, który wskazywał na potrzeby środowisk artystycznych – to jednak tylko mały wycinek jego działań. Ciężko więc ocenić, czy obecność artystów w polityce mogłaby przynieść wymierne efekty. Z moich obserwacji wynika, że nie jest to najlepsza droga.
Politycy doskonale rozumieją rolę kultury, co ma swoje odbicie w rozwiązaniach prawnych za granicą. Wszystko rozbija się o kwestię edukacji, ale nie tylko – chodzi też o liczby. Z badań wynika, że europejski PKB pochodzący z sektora kreatywnego wynosi 4,4 proc., a zatrudnienie w sektorach kreatywnych to 7,7 mln ludzi, a więc ponad osiem razy więcej niż w sektorze telekomunikacji. I nawet takie argumenty nie są w stanie przekonać polskich polityków. Dlatego też kierujemy do nich przesłanie – do tych rządzących i do tych, którzy mogą mieć swój udział we władzy po 15 października, kiedy to bez względu na wynik wyborów będziemy znajdować się w nowej rzeczywistości politycznej. Oczekujemy zainteresowania się polską kulturą i sektorem kreatywnym, których poziom jest naprawdę światowy i które zasługują na normalny system, w którym mogłyby działać.
Rzecznik Dyscyplinarny Izby Adwokackiej ukarany przez Prezesa UODO
Stan faktyczny
Rzecznik Dyscyplinarny Izby Adwokackiej w X. (dalej: Administrator), w czerwcu 2021 r. dokonał zgłoszenia Prezesowi Urzędu Ochrony Danych Osobowych (dalej: Prezes UODO) naruszenia ochrony danych osobowych. W zgłoszeniu naruszenia Administrator wskazał, że w maju 2021 r. do siedziby Administratora zgłosił się obrońca obwinionego w postępowaniu dyscyplinarnym prowadzonym przed Rzecznikiem Dyscyplinarnym Izby Adwokackiej. Obrońca poinformował pracowników Administratora o otrzymaniu uszkodzonej przesyłki, w której wbrew treści pisma brakowało załącznika w postaci zewnętrznego nośnika danych (pendrive). Nośnik zawierał nagranie rozprawy rozwodowej z danymi osobowymi 8 osób w zakresie imienia, nazwiska, szczegółów dotyczących życia rodzinnego, relacji stron oraz podejrzeń o niewierność małżeńską.
W związku z ww. zgłoszeniem naruszenia Prezes UODO zwrócił się do Administratora o złożenie dodatkowych wyjaśnień w zakresie wskazania, czy zewnętrzny nośnik danych (pendrive), będący przedmiotem naruszenia, został zaszyfrowany zgodnie z procedurami, na które powołał się w punkcie 9A formularza zgłoszenia naruszenia. Administrator wskazał, iż przedmiotowy nośnik nie został zaszyfrowany.
UODO zwrócił się do Administratora z wezwaniem do:
- Wskazania, czy przed zaistniałym naruszeniem Administrator posiadał wdrożoną procedurę zarządzania zewnętrznymi nośnikami danych w zakresie ich zabezpieczenia oraz postępowania na wypadek zniszczenia lub kradzieży.
- Wskazania środków bezpieczeństwa technicznych oraz organizacyjnych dotychczas stosowanych w celu zabezpieczenia zewnętrznych nośników danych.
- Wskazania, czy przeprowadzono analizę ryzyka dla procesu przetwarzania danych osobowych za pośrednictwem zewnętrznych nośników danych.
- Wskazania, czy plik z nagraniem znajdujący się na utraconym zewnętrznym nośniku danych był zabezpieczony (np. za pomocą hasła lub mechanizmu szyfrowania), skoro sam nośnik nie posiadał stosownych zabezpieczeń.
W związku ze zgłoszonym naruszeniem ochrony danych osobowych oraz wyjaśnieniami złożonymi przez Administratora, Prezes UODO wszczął z urzędu postępowanie administracyjne w zakresie możliwości naruszenia obowiązków wynikających z art. 5 ust. 1 lit. f, art. 5 ust. 2, art. 24 ust. 1, art. 25 ust. 1, art. 32 ust. 1 i 2 rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady UE 2016/679 z 27.4.2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (Dz.Urz. UE L z 2016 r. Nr 119, s. 1; dalej: RODO), w związku z naruszeniem ochrony danych osobowych osób, których dane znajdowały się na nagraniu rozprawy rozwodowej, zamieszczonym na zagubionym zewnętrznym nośniku danych.
Z uzasadnienia decyzji Prezesa UODO
Administrator był zobowiązany do podjęcia działań zapewniających właściwy poziom ochrony danych poprzez wdrożenie odpowiednich środków technicznych oraz organizacyjnych, mających zapewnić bezpieczeństwo przetwarzanych danych osobowych. Charakter i rodzaj tych działań powinien wynikać z przeprowadzonej analizy ryzyka, w której powinno się zidentyfikować podatności odnoszące się do wykorzystywanych zasobów oraz wynikające z nich zagrożenia, a następnie określić adekwatne środki bezpieczeństwa. W ocenie Prezesa UODO błędne oszacowanie poziomu ryzyka uniemożliwia zastosowanie odpowiednich środków bezpieczeństwa dla danego zasobu oraz zwiększa prawdopodobieństwo jego wystąpienia. Efektem powyższego było zmaterializowanie się ryzyka, w wyniku którego osoba (osoby) nieuprawniona uzyskała dostęp do danych zawartych w pliku znajdującym się na skradzionym (zagubionym) zewnętrznym nośniku danych.
W decyzji Prezesa UODO podkreślono, że ochrona danych znajdujących się na zewnętrznych nośnikach danych musi skupiać się na prawidłowym zabezpieczeniu danych znajdujących się na takim nośniku przed nieuprawnionym dostępem osób trzecich w przypadku utracenia takiego nośnika, w wyniku kradzieży czy jego zgubienia. Tymczasem, Administrator przeprowadzając ocenę ryzyka, w opinii Prezesa UODO, skupił się jedynie na określeniu działania minimalizującego skutki wyłącznie w przypadku awarii nośnika, a więc naruszeniu dostępności danych, pomijając całkowicie działania minimalizujące konsekwencje naruszenia ich poufności.
W niniejszej sprawie administracyjna kara pieniężna wobec Administratora nałożona została za naruszenie art. 25 ust. 1 oraz art. 32 ust. 1 i 2 RODO na podstawie art. 83 ust. 4 lit. a RODO, natomiast za naruszenie art. 5 ust. 1 lit. f i art. 5 ust. 2 RODO – na podstawie art. 83 ust. 5 lit. a RODO.
Decydując o nałożeniu administracyjnej kary pieniężnej Prezes UODO – stosownie do treści art. 83 ust. 2 lit. a-k RODO – wziął pod uwagę następujące okoliczności sprawy.
Stwierdzone naruszenie przepisów ochrony danych osobowych, którego skutkiem była możliwość uzyskania nieuprawnionego dostępu do danych znajdujących się w pliku z nagraniem rozprawy rozwodowej, umieszczonym na utraconym zewnętrznym nośniku danych, przez osobę bądź osoby nieuprawnione (naruszenie zasady poufności), miało znaczną wagę i poważny charakter. Naruszenie stwarzało wysokie ryzyko negatywnych skutków dla co najmniej 8 osób. Ponadto, do chwili wydania decyzji zaginiony zewnętrzny nośnik danych nie został odnaleziony, więc w dalszym ciągu osoba lub osoby nieuprawnione mogą mieć dostęp do danych osobowych znajdujących się na tym nośniku. Podkreślić również należy długi czas trwania naruszenia przepisów o ochronie danych osobowych, tj. od stycznia 2021 r., kiedy to Administrator przeprowadził w sposób nieprawidłowy analizę ryzyka.
Nieuprawniony dostęp do danych osobowych osób, których dane znajdują się na nagraniu rozprawy rozwodowej zamieszczonym na utraconym zewnętrznym nośniku danych, stał się możliwy na skutek niedochowania należytej staranności przez Administratora. W ocenie organu nadzorczego stanowi to o nieumyślnym charakterze naruszenia, wynikającym z niedbalstwa Administratora. Pomimo nieprawidłowo przeprowadzonej analizy ryzyka, Administrator posiadał jednak wdrożoną procedurę przesyłania zewnętrznych nośników danych wraz z określeniem środków organizacyjnych gwarantujących, w ocenie Administratora, odpowiedni stopień bezpieczeństwa danych przetwarzanych za pomocą tych nośników. Pracownicy Administratora nie zastosowali się jednak do postanowień regulujących działania, jakie należy podjąć w celu zapewnienia bezpieczeństwa danych przesyłanych na zewnętrznym nośniku danych. W tym zakresie kwestionowane jest skuteczność szkoleń i samej procedury stosowanej przez Administratora.
Dane osobowe, znajdujące się na utraconym zewnętrznym nośniku danych, tj. imię i nazwisko, głos, dane dotyczące szczegółów życia rodzinnego, relacji stron oraz podejrzeń o niewierność małżeńską, co do zasady nie są uznawane za należące do szczególnych kategorii danych osobowych, jednakże kontekst charakteru wydarzenia, w ramach którego zostały utrwalone w formie nagrania, tj. rozprawy rozwodowej, może przesądzić o tym, że będą one podlegać takiej ochronie, jak dane osobowe szczególnych kategorii, a w konsekwencji wiązać się będzie z wysokim ryzykiem naruszenia praw lub wolności osób fizycznych dotkniętych naruszeniem. Świadczy o tym także przyjęty przez Administratora poziom ryzyka, który w pkt 8B formularza zgłoszenia naruszenia ochrony danych osobowych wskazał, że naruszenie powoduje wysokie ryzyko naruszenia praw lub wolności osób fizycznych. Wobec powyższego, nie można wykluczyć wystąpienia szkody niemajątkowej (krzywdy), gdyż osoby fizyczne, których dane znajdowały się na tym nośniku, mogą odczuwać obawę przed utratą kontroli nad swoimi danymi osobowymi, dyskryminacją, a także naruszeniem dobrego imienia.
Prezes UODO, poza nałożeniem administracyjnej kary pieniężnej, dodatkowo nakazał Administratorowi dostosowanie operacji przetwarzania do przepisów RODO poprzez:
- a) wdrożenie odpowiednich środków technicznych i organizacyjnych w celu zminimalizowania ryzyka wiążącego się z przetwarzaniem danych osobowych za pomocą zewnętrznych nośników danych, w szczególności wynikającego z przypadkowego lub niezgodnego z prawem zniszczenia, utraty, modyfikacji, nieuprawnionego ujawnienia lub nieuprawnionego dostępu do danych osobowych przesyłanych, przechowywanych lub w inny sposób przetwarzanych, za pomocą zewnętrznych nośników danych, po uprzednim przeprowadzeniu analizy ryzyka, uwzględniającej stan wiedzy technicznej, koszt wdrożenia, charakter, zakres, kontekst i cele przetwarzania oraz ryzyko naruszenia praw lub wolności osób fizycznych, w tym zagrożenia związane z przetwarzaniem danych osobowych za pomocą zewnętrznych nośników danych, uwzględniając kradzież oraz zagubienie tych nośników,
- b) wdrożenie odpowiednich środków technicznych i organizacyjnych w celu zapewnienia regularnego testowania, mierzenia i oceniania skuteczności środków technicznych i organizacyjnych mających zapewnić bezpieczeństwo przetwarzania, w terminie 6 miesięcy od dnia doręczenia niniejszej decyzji.
Komentarz
Dokonując oceny ryzyka i dobierając środki zapobiegawcze administrator powinien wziąć pod uwagę, że kopie zapasowe danych powinny zostać zakwalifikowane jako środki minimalizujące skutki utraty dostępności danych. Nie oznacza to jednak, że taki środek minimalizuje ryzyko wystąpienia możliwych konsekwencji w przypadku uzyskania dostępu do nośnika danych i przetwarzania danych osobowych w nim zawartych – czyli scenariusza, w którym dochodzi do naruszenia poufności danych.
Sam e-dowód na wybory może komisji nie wystarczyć
Wyborca może chcieć głosować, legitymując się aplikacją mObywatel. Czy komisje mają w takiej sytuacji narzędzia weryfikacji takiej osoby i jej dokumentu? Czy będzie to zwykłe sprawdzenie „na oko”?
Komisja ma przede wszystkim możliwość wizualnej kontroli, której nie należy bagatelizować. U góry interfejsu, pod napisem mDowód powinna widnieć zmieniająca się godzina i falująca, niestatyczna flaga. Pod nią widnieje hologram o zmieniającym się stale natężeniu barw. Te elementy nadają temu, co członek komisji widzi na ekranie telefonu wyborcy, autentyczność – i według mnie to wystarczająca kontrola. Jeśliby jednak nie wystarczała, komisja może w razie wątpliwości zwrócić się do wydziału ewidencji ludności. Wszystkie komisje mają telefony do urzędów w danej dzielnicy, gdzie mogą zweryfikować dane wyborcy, zanim wydadzą mu kartę do głosowania.
Czy członkowie komisji w ogóle spodziewają się wyborców z takim e-dokumentem?
Tak. Wiem, że młodzi ludzie często nie noszą przy sobie takich rzeczy jak dokumenty tożsamości, za najważniejszą rzecz w swojej kieszeni traktując telefon. Wielu młodych posługuje się tymi aplikacjami, aczkolwiek warto na wszelki wypadek wziąć także dokument ze zdjęciem, imieniem i nazwiskiem. Dopiero zaś po wyborach okaże się, ile osób wykorzystało tę technologię, a co za tym idzie – jak dużą rolę odegrała ona w procesie wyborczym.
A ewentualne nieprawidłowości mogą rzutować na proces wyborczy?
Uważam, że będzie to raczej znikomy problem, niemający realnego wpływu na proces wyborczy i ważność wyborów. Ja sama, prowadząc szkolenia dla członków komisji, uczulam ich, żeby sprawdzali autentyczność pokazywanych im e-dowodów. Myślę, że są oni na to przygotowani i ich skrupulatność nie pozwoli na nadużycia.
Słychać ostatnio o tzw. phishingowych atakach na konta w systemie mObywatel – a więc opartych na przejmowaniu cudzych kont w aplikacji. Czy te i inne zagrożenia mogą okazać się problemem w nadchodzących wyborach?
Niestety, wszystko jest możliwe, także takie ataki. Niezmiennie komisja może weryfikować każdą osobę chcącą wylegitymować się takim dokumentem. Oprócz kontaktowania się z wydziałem ewidencji członek komisji może zażądać przedstawienia mu innego dokumentu tożsamości, jeśli poweźmie jakąkolwiek wątpliwość. To powinno wystarczyć dla zabezpieczenia się przed zdecydowaną większością ewentualnych nadużyć.
Przesłanki wyroku kasatoryjnego
Opis stanu faktycznego
Sąd Rejonowy w B. wyrokiem z 14.9.2022 r., III K 1655/21, oskarżonego J.Ż. uznał za winnego popełnienia zarzucanych mu aktem oskarżenia czynów z art. 207 § 1 KK i art. 197 § 1 KK w zw. z art. 11 § 2 KK oraz art. 62 ust. 2 i art. 63 ust. 2 ustawy z 29.7.2005 r. o przeciwdziałaniu narkomanii (t.j. Dz.U. z 2023 r. poz. 1939; dalej: NarkU) i za to wymierzył oskarżonemu karę łączną roku i 2 miesięcy pozbawienia wolności.
Od wyroku apelacje wnieśli prokurator i obrońca oskarżonego.
Prokurator zaskarżył wyrok na niekorzyść oskarżonego J.Ż., zarzucając rażącą niewspółmierność orzeczonej kary łącznej, i wniósł o zmianę zaskarżonego wyroku przez wymierzenie oskarżonemu kary łącznej 2 lat i 5 miesięcy pozbawienia wolności, a w pozostałym zakresie o utrzymanie wyroku w mocy.
Obrońca oskarżonego zaskarżył wyrok w całości, wnosząc wymierzenie łagodniejszej kary łącznej.
Sąd Okręgowy w B. wyrokiem z 13.2.2023 r., VII Ka 1070/22, zmienił zaskarżony wyrok w ten sposób, że wymierzył oskarżonemu karę łączną 6 miesięcy pozbawienia wolności, której wykonanie warunkowo zawiesił na okres próby wynoszący 2 lata, i na podstawie art. 71 § 1 KK orzekł wobec oskarżonego karę grzywny w wysokości 200 stawek dziennych po 10 zł każda.
Prokurator Rejonowy w B. na podstawie m.in. art. 539a § 1 KPK zaskarżył wyrok sądu odwoławczego w jego części kasatoryjnej, zarzucając obrazę przepisu prawa procesowego, a mianowicie art. 437 § 2 KPK, mającą wpływ na treść orzeczenia.
Podnosząc powyższy zarzut, autor skargi wniósł o uchylenie zaskarżonego wyroku i przekazanie w części sprawy Sądowi Okręgowemu w B. do ponownego rozpoznania.
W pisemnej odpowiedzi na skargę obrońca oskarżonego wniósł o jej oddalenie.
Sąd Najwyższy, po rozpoznaniu skargi Prokuratora Rejonowego w B., uchylił zaskarżony wyrok w części i w tym zakresie przekazał sprawę Sądowi Okręgowemu w B. do ponownego rozpoznania w postępowaniu odwoławczym.
Uzasadnienie SN
Zdaniem Sądu Najwyższego skarga zasługiwała na uwzględnienie.
Z uzasadnienia zaskarżonego wyroku wynika, że w odniesieniu do skazania oskarżonego przez sąd meriti za czyn zakwalifikowany z art. 207 § 1 KK i art. 197 § 1 KK w zw. z art. 11 § 2 KK sąd okręgowy uznał za zasadne określone, podniesione przez obrońcę zarzuty obrazy przepisów postępowania, mającej wpływ na treść orzeczenia. W pierwszej kolejności był to zarzut obrazy „art. 6 KPK przez naruszenie prawa oskarżonego do obrony w postaci możliwości przeprowadzenia jego konfrontacji z pokrzywdzoną, a przynajmniej – ponownego przesłuchania pokrzywdzonej w całości, a przynajmniej – co do okoliczności nieobjętych dyspozycją art. 185c KPK”. Z zarzutem tym był powiązany zarzut obrazy „art. 170 § 1 KPK w zw. z art. 94 § 1 pkt 4 KPK przez – dwukrotne – oddalenie na rozprawie 11.7.2022 r. wniosków obrońcy o ponowne przesłuchanie pokrzywdzonej, a ponadto pominięcie podania podstawy prawnej ww. rozstrzygnięć”.
Tłumacząc przyczynę wydania orzeczenia kasatoryjnego w odniesieniu do wspomnianego skazania, sąd odwoławczy stwierdził m.in., że: „Sąd Rejonowy bezzasadnie, z naruszeniem art. 185c § 1 KPK nie przeprowadził, mimo wyraźnego wniosku w tym zakresie, dowodu z bezpośredniego przesłuchania pokrzywdzonej na rozprawie. Instytucja z art. 185c § 1 KPK ma charakter wyjątkowy, dotyczy pokrzywdzonych ściśle wymienionymi w tym przepisie przestępstwami. Nie sposób przyjąć, by wskazanie w kwalifikacji prawnej zarzucanego przestępstwa (jak w niniejszej sprawie) również przepisu art. 197 § 1 KK pozwalało na dowolne ograniczanie zasady bezpośredniości w przeprowadzaniu dowodów co do wszystkich innych znamion zarzucanego przestępstwa, wynikających z dalszej jego prawnej kwalifikacji, w niniejszej sprawie z art. 207 § 1 KK Sąd mógł zastosować rozwiązania przewidziane w art. 390 § 1-3 KPK”. Mając to na uwadze i odnotowując, że pokrzywdzona deklarowała chęć złożenia zeznań na rozprawie oraz że sąd I instancji nie ujawnił jej zeznań z postępowania przygotowawczego, sąd odwoławczy uznał, że „brak (możliwego do przeprowadzenia) przesłuchania pokrzywdzonej na rozprawie co do okoliczności przestępstwa z art. 207 § 1 KK – stanowiącego trzon zarzutu z pkt I oskarżenia – w sposób rażący naruszyło prawo oskarżonego do obrony, do rzetelnego procesu w zakresie tego czynu – co skutkować musiało uznaniem, że zachodzi potrzeba powtórzenia w całości postępowania co do czynu objętego pkt I oskarżenia”.
Na poparcie swojego stanowiska przytoczył dwa orzeczenia Sądu Najwyższego: postanowienie z 21.4.2022 r., V KS 5/22, Legalis i wyrok z 27.4.2022 r., IV KS 3/22, Legalis.
W pierwszym z tych orzeczeń stwierdzono, że „konieczności ponownego przeprowadzenia w postępowaniu przed sądem I instancji wszystkich dowodów nie można zawężać jedynie do sytuacji, gdy wszystkie dowody były nieprawidłowo przeprowadzone, jak też, gdy w sprawie w ogóle żaden dowód nie został przeprowadzony przez sąd I instancji. Owa konieczność będzie również zachodziła, gdy nieprawidłowe przeprowadzenie większości dowodów (rozumiane np. jako przesłuchanie stron i świadków w sposób, który pomija okoliczności najistotniejsze dla rozstrzygnięcia sprawy) spowoduje niemożność poddania ocenie tych prawidłowo przeprowadzonych”.
W drugim orzeczeniu wskazano, że „konieczność przeprowadzenia na nowo przewodu w całości, o której mowa w art. 437 § 2 zdanie drugie in fine KPK, jako powód uchylenia przez sąd odwoławczy zaskarżonego wyroku i przekazania sprawy sądowi I instancji do ponownego rozpoznania, zachodzi wówczas, gdy orzekający sąd I instancji naruszył przepisy prawa procesowego, co skutkowało, w realiach sprawy, nierzetelnością prowadzonego postępowania sądowego, uzasadniającą potrzebę powtórzenia (przeprowadzenia na nowo) wszystkich czynności procesowych składających się na przewód sądowy w sądzie I instancji” (jest to powtórzenie uchwały składu 7 sędziów SN z 22.5.2019 r., I KZP 3/19, Legalis). Nie przekonuje to jednak o prawidłowości zaskarżonego orzeczenia. Sąd Okręgowy w B. pominął, że w postanowieniu V KS 5/22 jest mowa o nieprawidłowym przeprowadzeniu większości dowodów, nie wytłumaczył też, dlaczego nieprzesłuchanie na rozprawie pokrzywdzonej (odtworzono jednak nagranie jej wcześniejszego przesłuchania) powodowało niemożność poddania ocenie dowodów prawidłowo przeprowadzonych.
Celowe będzie też wspomnieć, że polemizując z poglądem sądu ad quem, iż sąd I instancji nie ujawnił zeznań pokrzywdzonej z postępowania przygotowawczego, prokurator, zapewne w nawiązaniu do art. 405 § 2 i 3 pkt 1 KPK, nie bez racji wskazał, że: „w akcie oskarżenia wskazano jako osobę do wezwania na rozprawę pokrzywdzoną A.Ż., przywołując wszystkie protokoły przesłuchania pokrzywdzonej z postępowania przygotowawczego. Tym samym protokoły zeznań pokrzywdzonej – w tym te, których przedmiotem były okoliczności zaistnienia przestępstwa z art. 207 § 1 KK – zostały zaliczone w poczet materiału dowodowego i stanowiły podstawę czynienia ustaleń przez Sąd Rejonowy”.
Jeśli chodzi o wyrok IV KS 3/22, to sąd okręgowy bezrefleksyjnie uznał, że zaniechanie przesłuchania pokrzywdzonej na rozprawie jest uchybieniem tej rangi, iż całe postępowanie pierwszoinstancyjne trzeba uznać za nierzetelne. W uzasadnieniu wspomnianej uchwały SN z 22.5.2019 r., I KZP 3/19, Legalis, Sąd Najwyższy wskazał, że chodzi o rażące uchybienia w procedowaniu sądu I instancji, które wręcz dyskwalifikują postępowanie przed sądem a quo jako podstawę rozstrzygnięcia kwestii odpowiedzialności karnej oskarżonego. Trudno jednak przyjąć, że nieprzeprowadzenie pojedynczego, choćby ważnego, dowodu ma rangę tak rażącego uchybienia, że wręcz dyskwalifikuje postępowanie przed sądem I instancji. Chodzi raczej o sytuacje dalej idące, np. przeprowadzenie rozprawy pod nieobecność oskarżonego, który nie był zawiadomiony o jej terminie, względnie pod nieobecność obrońcy, który nie znał terminu rozprawy, czy też uczestniczenie w wydaniu orzeczenia sędziego, który powinien zostać wyłączony od udziału w sprawie na podstawie art. 41 § 1 KPK.
Wskazane wyżej okoliczności każą przyznać rację autorowi skargi, że sąd odwoławczy zgodnie z aktualnymi regułami rządzącymi postępowaniem dowodowym w ramach postępowania odwoławczego mógł i powinien samodzielnie przesłuchać pokrzywdzoną.
Komentarz
Na tle rozpoznawanej sprawy godzi się przypomnieć, że w uzasadnieniu wyroku SN z 27.4.2022 r., IV KS 3/22, Legalis, Sąd Najwyższy akcentował, iż w obecnie funkcjonującym modelu postępowania odwoławczego sąd II instancji ma pełne prawo do uzupełniania materiału dowodowego, zatem konieczność uzupełnienia postępowania dowodowego nie przesądza o zaistnieniu przesłanki wydania orzeczenia kasatoryjnego, jaką jest konieczność przeprowadzenia na nowo przewodu w całości.