Czy uchwalenie przez Sejm ustawy o jakości w opiece zdrowotnej i bezpieczeństwie pacjenta uważa pan za swoją porażkę? System no fault był jednym z głównych punktów pana programu, gdy kandydował pan na prezesa.

Zacznijmy od tego, że my tę ustawę nazywamy inaczej – „konfident 2.0” albo „ustawa o bylejakości i niebezpieczeństwie leczenia”. Jeżeli można mówić o porażce, to całego środowiska lekarskiego, ale też pacjentów. Uchwalenie tych przepisów w systemie niewiele się zmieni.

Ale jeszcze jest czas, by posłowie przychylili się do stanowiska Senatu, który odrzucił tę szkodliwą ustawę. Będziemy też apelowali do prezydenta, by ją zawetował. W tej ustawie dużo się mówi o karaniu lekarzy, akredytacji i o podmiotach leczniczych. O bezpieczeństwie i pacjentach nie mówi się prawie nic. Stąd dziwią mnie zapewnienia decydentów, że ta ustawa to nowe otwarcie.

Czyli nie składacie broni.

Jesteśmy przygotowani na długotrwałą walkę o dobro i bezpieczeństwo pacjenta. Rozpoczęliśmy kampanię poprzez emisję spotu „Ratowanie życia to nie przestępstwo”. Nawet jeżeli ustawa zacznie obowiązywać w tym kształcie, nie będziemy składać broni. Będziemy wnosić o jej nowelizację. Już na początku swojej kadencji mówiłem, że samorząd lekarski czeka kilka lat pracy, również nad mentalnością pacjentów i decydentów. Trudno je zmienić w kilka miesięcy.

Kontrowersje wśród lekarzy wzbudza art. 62 ustawy, dający możliwość nadzwyczajnego złagodzenia kary przez sąd, pod warunkiem że sprawca sam zgłosi zdarzenie niepożądane. Ministerstwo Zdrowia uważa, że złagodzenie odpowiedzialności karnej za nieumyślne uszkodzenie ciała, rozstrój zdrowia lub narażenie na niebezpieczeństwo utraty życia lub zdrowia to ukłon w stronę personelu medycznego. Dlaczego to rozwiązanie nie odpowiada lekarzom?

Ten przepis zaprojektowano tak, jakby lekarze byli dłużnikami alimentacyjnymi czy przestępcami, którzy – jeśli wykażą skruchę czy żal – będą mogli liczyć na złagodzenie kary. W medycynie to tak nie działa. Czasem zdarzenie niepożądane ma miejsce i nie jest zawinione przez lekarza. Zdarza się, że nawet nie zdajemy sobie sprawy, że doszło do powikłania. Dowiadujemy się o tym po kilku latach od prokuratury lub sądu. Myślę, że zabrakło w ministerstwie spojrzenia na realia pracy lekarza; na to, że jest to praca wysokiego ryzyka zdarzeń niepożądanych. Każdy organizm jest inny. Każda interwencja jest obarczona ryzykiem. Przecież nawet jak otworzymy ulotkę często stosowanych leków, wymienionych jest wiele działań niepożądanych, które mogą się zdarzyć. Nie będzie to niczyją winą. W medycynie muszą panować inne standardy niż np. przy przestępstwach skarbowych, gdzie wina jest oczywista. Mamy wrażenie, że nie dotarliśmy z tym przekazem do ministerstwa i że bazuje ono na przekonaniu, że niewinnych lekarzy można ciągać po sądach i prokuraturach, a dopiero po latach – uniewinniać. Na 15 tys. spraw w prokuraturze przez ostatnie lata jedynie kilku lekarzy zostało skazanych w procesie karnym. Cała reszta to zupełnie niepotrzebne angażowanie prokuratorów, sędziów, pełnomocników i lekarzy. Pacjenci nic na tym nie zyskali – nie otrzymali dzięki tym sprawom rekompensaty.

Wiedząc, że mogą narazić się na odpowiedzialność karną z racji samego zgłoszenia, lekarze nie będą zgłaszać zdarzeń niepożądanych. Maksymalne złagodzenie kary nie zwiększy bezpieczeństwa. Artykuł 62 w tym kształcie jest też niezgodny z dyrektywą Unii Europejskiej. Wymaga ona anonimowości zgłoszenia zdarzeń niepożądanych i bezpieczeństwa dla osoby zgłaszającej.

Samorząd lekarski jest zdania, że ustawa o jakości zawiera też inne wady. Jakie?

Martwimy się o to, że w ustawie dużo mówi się o karach dla lekarzy, którzy nie wywiążą się z obowiązku zgłoszenia w krótkim czasie zdarzenia niepożądanego. Tak jak mówiłem, często nie zdajemy sobie nawet sprawy, że doszło do błędu. Często nie ma jasnych granic, co trzeba było zrobić, a czego nie. W medycynie bardzo wiele rzeczy jest nieprzewidywalnych.

Jeśli zaś chodzi o system kompensacji, to zgłaszaliśmy uwagi co do wysokości rekompensat. Są zbyt niskie. Uważamy też, że pacjent powinien mieć prawo do koordynatora zdrowienia. Jeśli doszło u niego do błędu medycznego, ktoś powinien otoczyć go indywidualną opieką. Jeśli system zawinił, pacjent nie powinien też czekać w kolejkach.

Samorząd lekarski opracował własny projekt ustawy o systemie rejestracji zdarzeń niepożądanych i systemie kompensacji zdarzeń medycznych. Czy naprawdę wierzy pan, że rozwiązania w nim zaproponowane mają szanse, by stać się obowiązującym prawem?

Dziś politycy przyzwyczaili nas do tego, że w jedną noc uchwalają przepisy, których wcześniej się nikt po nich nie spodziewał. Wyszliśmy z merytorycznym projektem, który jest obecnie szeroko konsultowany. Mamy poparcie innych samorządów zawodowych. Rozmawiamy również z organizacjami reprezentującymi pacjentów. Głęboko wierzę, że nawet jeśli nie cały projekt, to chociaż pewne idee czy zapisy znajdą w końcu uznanie decydentów. Lekarze obecnie nie garną się do specjalizacji zabiegowych. Nie chcą być już ginekologami czy chirurgami, bo boją się odpowiedzialności karnej. Myślę, że w ciągu kilku lat decydenci sami będą musieli podejmować działania, o jakich mowa w naszym projekcie, jeżeli nie chcą doprowadzić do upadku systemu ochrony zdrowia. Inaczej nie będziemy mówić o jakości leczenia, ale o tym, czy ono w ogóle jest możliwe.

A co projekt dokładnie przewiduje w kwestii odpowiedzialności karnej lekarzy?

Lekarz powinien podlegać odpowiedzialności karnej, gdy błąd jest rażący, czyli niewymagający wiedzy specjalnej. Jeśli np. nie wychodzi do pacjenta, nie bada, nie podaje antybiotyku pacjentowi, który ewidentnie ma infekcję bakteryjną, powinien odpowiadać karnie za zaniedbanie. Nie zgadzamy się, żeby być ciągani po sądach i prokuraturach w przypadkach, w których nie ma rażącego zaniedbania, a zdarzenie niepożądane jest powikłaniem leczenia. Chcemy uczyć się na błędach i skończyć z zamiataniem spraw pod dywan. System, który proponujemy, sprawiłby, że jeśli dojdzie do zdarzenia niepożądanego, następnego dnia rano na odprawie lekarze będą dyskutować o tym, jak pomóc pacjentowi i szybko naprawić błąd. Komisja powinna przeanalizować błąd, pacjent zostać zabezpieczony, a inni lekarze uczyć na błędach innych. Nikt nie powinien się bać, że trafi do więzienia. Dziś w projekcie ustawy o bylejakości i niebezpieczeństwie potraktowano nas jak przestępców, którzy mogą przyznać się do swoich win i wówczas ewentualnie można im złagodzić karę.

Beck Akademia - praktyczne szkolenia online - sprawdź aktualny harmonogram Sprawdź

Ile kosztują działania wizerunkowe samorządu, np. nakręcenie spotu „Ratowanie życia to nie przestępstwo”, w którym gra m.in. Tomasz Kot?

Staramy się działać profesjonalnie. Mamy poczucie, że prestiż naszego zawodu, ale także szacunek do odbiorcy tego wymaga. Stąd profesjonalna kampania informacyjna. Cały budżet pochodzi ze składek naszych członków. Będziemy udostępniać też inne spoty. Wszystko zostało nakręcone podczas jednego dnia zdjęciowego.

Ile kosztował ten jeden dzień?

To dosyć niesamowite, że lekarze ze swoich składek muszą finansować kampanię dotyczącą bezpieczeństwa pacjenta. W produkcję zostało zaangażowanych około 50 osób. Mogę jedynie uchylić rąbka tajemnicy, że gaże aktorów, reżysera i innych osób zaangażowanych były dużo niższe niż przy innych produkcjach. Ludzie, którzy zaangażowali się w spot, popierają ideę no fault.

Czyli nie poda pan kwoty?

Nie jestem upoważniony do ujawniania konkretnych kwot.

Czy radykalne zwiększenie liczby miejsc na studiach medycznych to jedyny sposób na uzupełnienie niedostatków kadrowych w ochronie zdrowia?

Niedostatki kadrowe występują w publicznym systemie ochrony zdrowia. Ministerstwo o tym zapomina, próbując stworzyć wrażenie, że w Polsce wszędzie brakuje lekarzy. Rzeczywiście, brakuje – w systemie publicznym. Jednym ze sposobów wyjścia z problemu jest oczywiście zwiększenie naborów na studia, ale nie tak radykalne, jak proponuje ministerstwo. Z pewnością nie na uczelniach nieprzygotowanych do kształcenia medyków. Idealnym sposobem jest tworzenie filii uniwersytetów, które już kształcą na kierunkach lekarskich lub poszerzanie naboru na uczelniach, które są przygotowane do kształcenia. Myślę, że jesteśmy skłonni wypracować w porozumieniu z Konferencją Rektorów Akademickich Uczelni Medycznych i Ministerstwem Zdrowia takie rozwiązania, które są w stanie pogodzić jakość kształcenia i zwiększenie naboru. Na razie widzimy niepokojącą tendencję radykalnego zwiększenia naboru. Mówi się też o zniesieniu stażu podyplomowego i skróceniu specjalizacji. Egzamin, który zdają młodzi lekarze, w 70 proc. składa się z wcześniej udostępnionych pytań. Niepokoimy się felczeryzacją medycyny. Na to nie ma zgody samorządu lekarskiego.

Czy wyższe szkoły zawodowe mogą dobrze kształcić lekarzy?

Kształcenie powinno odbywać się w warunkach akademickich. Dziś jesteśmy zalewani fake newsami i pseudonauką. Absolwent medycyny wychowany w środowisku, w którym uprawia się naukę, będzie mógł w pełniejszy sposób odróżnić pseudonaukę od nauki. Będzie miał szerszą wyobraźnię. Lekarze powinni zdobywać wiedzę w szpitalach wysokospecjalistycznych. Chcemy uniknąć sytuacji, w której lekarz nie będzie widział całej ścieżki pacjenta, a jedynie jej pierwszy urywek do momentu skierowania go do ośrodka wysokospecjalistycznego. Martwimy się też przygotowaniem kadry dydaktycznej. Nie chcę odnosić się do konkretnych szkół. Pokazuję raczej problem.

Ale mleko się rozlało. Takie uczelnie kształcą przyszłych lekarzy. Co zrobić z ich studentami?

Nikt nie mówi o zamykaniu uczelni i przenoszeniu studentów. Dobrze by było, gdyby uczelnie zawodowe, które kształcą lekarzy, jak najszybciej doszusowały do reszty szkół wyższych. Dobrze byłoby, gdyby chociaż kształciły pod nadzorem uniwersytetu, jak nakazuje dyrektywa Unii Europejskiej.

Obecnie jesteśmy bowiem informowani o uczelniach, które uczą anatomii na podstawie prezentacji w PowerPoincie. Słyszałem o uczelni, która nie dysponując anatomicum, wysyła swoich studentów autobusem do odległego miasta. To nie powinno tak wyglądać. Jeżeli uczelnia nie ma bazy klinicznej ani dydaktycznej, to czym dysponuje?! Medycyny nie da się nauczyć z książek.

Problemem jest też to, że będziemy kształcić lekarzy na eksport. Jeżeli warunki pracy w publicznym systemie się nie poprawią, lekarze albo będą wyjeżdżać, albo wybierać pracę w sektorze prywatnym.

Czyli co należy zrobić – podwyższyć płace?

Dziś największym problemem są niepłacowe warunki pracy – potrzebni są asystenci medyczni, szybsza informatyzacja, a wreszcie – system no fault. Lekarze nie mogą bać się leczyć.

Łukasz Jankowski jest prezesem Naczelnej Rady Lekarskiej, lekarzem specjalistą nefrologii, doktorantem I Wydziału Lekarskiego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Więcej treści z Rzeczpospolitej po zalogowaniu. Nie posiadasz dostępu? Kup online, korzystaj od razu! Sprawdź

Artykuł pochodzi z Systemu Legalis. Bądź na bieżąco, polub nas na Facebooku →