Duże firmy zapłacą srogie kary
Projekt noweli ustawy o odpowiedzialności podmiotów zbiorowych za czyny zagrożone karą został właśnie wpisany do wykazu prac legislacyjnych rządu. Dzięki niemu ma być łatwiej ukarać firmy, które łamią prawo i na tym korzystają. Chodzi głównie o zwalczanie poważnej przestępczości gospodarczej i skarbowej.
Obecne przepisy się nie sprawdziły. Spraw prowadzonych przeciw podmiotom zbiorowym jest niewiele. Jeśli już zapadają kary, to raczej wobec małych firm.
– Przyjęty w Polsce model nie sprawdził się – uważa Ministerstwo Sprawiedliwości i chce zmian.
Bez identyfikacji
Nowości jest sporo. Pojawić się ma nowa definicja „podmiotu zbiorowego”. Zniknie uprzednie skazanie osoby fizycznej jako warunek odpowiedzialności podmiotu zbiorowego. Wprowadzona zostanie też odpowiedzialność osób prawnych za przestępstwa popełnione na ich korzyść, bez względu na możliwość zidentyfikowania osoby fizycznej, która jest sprawcą czynu zabronionego.
W zmienionej ustawie pojawi się katalog osób, za które podmiot ten ponosił będzie odpowiedzialność. Będą to przede wszystkim członkowie organów podmiotu zbiorowego, jeżeli ich działania nie stanowią działania samego organu, osoby działające m.in. na podstawie pełnomocnictwa lub prokury oraz osoby będące pracownikami podmiotu zbiorowego. Warunkiem odpowiedzialności za ich czyny będzie uzyskanie przez firmę korzyści, choćby niemajątkowej, lub możliwość jej uzyskania.
Projekt przewiduje także warunki zwolnienia podmiotu zbiorowego od odpowiedzialności. Zwolnienie takie będzie możliwe, jeśli pomimo wystąpienia nieprawidłowości wszystkie obowiązane organy i osoby uprawnione do działania w imieniu lub w interesie tego podmiotu zachowały należytą staranność wymaganą w danych okolicznościach w organizacji tego podmiotu oraz w nadzorze nad tą działalnością.
Nowe przepisy nie obejmą małych i średnich przedsiębiorstw.
Projekt przewiduje również podniesienie progu zagrożenia karą do 10 tys. zł (co wynika z ograniczenia zakresu podmiotowego oraz założenia, że postępowania na podstawie ustawy nie należy wszczynać w sprawach dotyczących drobnych korzyści). Jednocześnie – z tych samych względów – proponuje się podniesienie pułapu zagrożenia do 30 mln zł.
Autorzy noweli proponują także uchylenie art. 16 obecnej ustawy, zawierającego rozbudowany i mało czytelny katalog czynów zabronionych mogących być podstawą odpowiedzialności podmiotu zbiorowego. Zostanie on zastąpiony zasadą odpowiedzialności za każde przestępstwo i przestępstwo skarbowe.
– To bardzo słuszna propozycja – uważa mecenas Paweł Mróz. I wyjaśnia, że nie da się napisać ustawy na każdą sytuację. – Każdy enumeratywnie wymieniony katalog z czasem stanie się bowiem niepełny – dodaje mecenas.
Projekt nie zakłada wszczynania i prowadzenia postępowania przygotowawczego w sprawie odpowiedzialności podmiotu zbiorowego. Postępowanie dowodowe w tej mierze ma się, co do zasady, toczyć przed sądem.
Wraca stare
Nowy projekt ma wprowadzić rozwiązania podobne do planowanych jeszcze w 2018 r. Wówczas projekt został przyjęty przez rząd, ale nie doczekał się już głosowania w Sejmie. Kluczową zmianą jest wykreślenie z ustawy przepisu (art.16), zgodnie z którym podmiot zbiorowy może podlegać odpowiedzialności dopiero wtedy, gdy sąd stwierdzi prawomocnym wyrokiem, że określone w ustawie osoby popełniły czyn zabroniony, z którego skorzystał lub mógł skorzystać ten podmiot.
Etap legislacyjny: wykaz prac rządu
Radcy prawni poszerzą swoje umiejętności
Samorząd radców prawnych wprowadza dodatkowe zajęcia dla aplikantów. Jak będą wyglądać?
Mają być – z konieczności – prowadzone online. Są bowiem przeznaczone dla aplikantów z wszystkich okręgowych izb radców prawnych. Stawiamy na formułę warsztatową z elementami mentoringu. Zajęcia mają trwać sześć miesięcy i są nieobowiązkowe. Ze wszystkich trzech specjalizacji będą prowadzone równolegle. Zapisy rozpoczną się na platformie e-kirp.pl. Obecnie realizowane są na niej również dodatkowe zajęcia dla aplikantów z angielskiego języka prawniczego.
Czy zajęcia będą dodatkowo płatne?
To dodatkowa oferta samorządu dla aplikantów. Zajęcia są więc nieodpłatne. Poprowadzą je wybitni specjaliści z danych obszarów. Będą oni przewodnikami wprowadzającymi aplikantów w omawiane dziedziny. Po sześciu miesiącach zajęć odbędzie się wydarzenie podsumowujące. Może być to mała konferencja, transmitowana na Facebooku, albo też otwarta stacjonarna. Zostanie to ustalone przez prowadzących i aplikantów w trakcie zajęć.
Skąd pomysł na utworzenie właśnie takich specjalizacji?
Aplikanci sygnalizowali, że dobrze byłoby takie specjalizacje uruchomić. Wychodzimy naprzeciw tym oczekiwaniom. Muszę powiedzieć, że będąc na miejscu aplikantów, chętnie bym z takich specjalizacji skorzystał. To wyjątkowa możliwość znalezienia własnej drogi zawodowej.
Dlaczego akurat te specjalizacje wybrano?
Po pierwsze, prawo nowych technologii – obejmujące m.in. zagadnienia cyberbezpieczeństwa i ochrony informacji, wyzwań prawnych i etycznych związanych ze sztuczną inteligencją, digitalizacji procesów i usług, prawo internetu oraz mediów elektronicznych. Uważamy, że w rozwijającym się technologicznie świecie jest to wiedza bardzo potrzebna, a w życiu zawodowym radcy niezwykle użyteczna.
Po drugie, prawa człowieka. Tu będzie mowa o standardach niezawisłości sędziowskiej w świetle orzecznictwa TSUE oraz ETPC w kontekście zapewnienia skutecznej ochrony praw człowieka, o roli i funkcji procedury prejudycjalnej przed TSUE w zapewnieniu ochrony praw człowieka, o cyfrowych wyzwaniach dla ochrony wolności słowa, o ochronie danych osobowych w monitoringu wizyjnym, wreszcie o sztucznej inteligencji jako szansie i wyzwaniu dla praw człowieka. Chcemy uczyć aplikantów, że argument oparty na prawach człowieka może być tym decydującym, który ochroni interesy klienta.
Trzecia specjalizacja obejmuje marketing usług prawniczych. Jak mówić o sobie, swojej działalności i specjalizacji, jak wyróżnić się na rynku, postępując zgodnie z ogólnymi i zawodowymi normami etycznymi.
Czy planowane jest tworzenie kolejnych specjalizacji?
Zamierzamy ofertę poszerzyć. Pomysłów jest kilka. Na pewno prawo własności intelektualnej, może też prawo rynków kapitałowych i zamówień publicznych. Będziemy jednak badać, co jest na rynku aktualnie potrzebne, żeby wyszukać nisze, w które aplikanci mogliby wejść dzięki właśnie takiej specjalizacji. Później widziałbym też uruchomienie stacjonarnych specjalizacji w poszczególnych okręgowych izbach. Pamiętajmy jednak, że nie wszędzie znajdą się specjaliści w każdej dziedzinie i nie wszędzie są potrzebni – znawcy prawa morskiego bardziej przydadzą się w izbie gdańskiej, a np. geologicznego raczej na Śląsku.
Rynek mieszkaniowy oczekuje pomocy rządu
Dowodem na to, że rząd nie odrobił lekcji, jest rozpaczliwie broniony przez wiceministra finansów Piotra Patkowskiego projekt „mieszkania bez wkładu własnego”.
– Fiasko tego programu kolejny raz pokazuje, że pomysły na rynek mieszkaniowy powinny być urzeczywistniane po konsultacjach z firmami deweloperskimi. Życzeniowe myślenie na wolnym rynku nie sprawdza się nigdy – mówi Tomasz Stoga, prezes wrocławskiego oddziału Polskiego Związku Firm Deweloperskich. I dodaje, że rynek może powinien oczekiwać interwencji i skutecznego wsparcia rządu.
Karuzela z pomysłami
Dotychczasowe próby stabilizacji rynku mieszkań przez rząd się nie powiodły. Najpierw była próba ruszenia budownictwa społecznego i kolekcjonowanie gruntów. Mieszkań powstało jak na lekarstwo. Teraz podejmowane są próby namawiania inwestorów, aby przekształcali opustoszałe centra handlowe w mieszkania, choć firmy budowlane mówią, że to się finansowo nie spina. Jesienią mamy poznać kolejne koncepcje na poprawę sytuacji rynkowej.
– W ciągu kilku tygodni ogłosimy rewolucyjny program na powiększenie podaży gruntów w miastach pod cele budownictwa mieszkaniowego – zapowiada Waldemar Buda, minister rozwoju i technologii.
Nie chce jednak potwierdzić informacji, które krążą po rynku, a których źródłem jest jego zastępczyni Olga Semeniuk. Otóż resort ma rozważać zmiany legislacyjne umożliwiające wywłaszczenie na potrzeby budownictwa komunalnego i społecznego.
Zdaniem Tomasza Stogi uruchomienie gruntów w centrach miast od lat zablokowanych z różnych przyczyn byłoby strzałem w dziesiątkę.
– Według PZFD nie ma jednak instrumentu prawnego, który pozwoliłby na takie działanie. Środowisko deweloperów z niecierpliwością go oczekuje.
Powiało grozą
Waldemar Buda przyznaje, że ma świadomość trudnej sytuacji deweloperów.
– To musi się uregulować płynnie, tzn. z chwilą ustabilizowania się kredytów i stóp procentowych – wyjaśnia. Jego zdaniem deweloperzy nie ponoszą dzisiaj żadnych szczególnych strat, ponieważ kończą inwestycje, na które już mają nabywców. – Problemem będzie za dwa–trzy lata mniejsza dostępność mieszkań – uważa.
Deweloperzy nie do końca się z tym zgadzają. Rozważają różne opcje ratowania biznesu. Na przykład budowę mieszkań pod wynajem dla funduszy inwestycyjnych czy aparthoteli. Ludzie pozbawieni widoków na zakup własnego M są zainteresowani rynkiem najmu. Jak jednak wyjaśnia Tatiana Piechota z Grupy Upper Finance, łatwo nie będzie. Banki nie chcą kredytować przy tak dużym ryzyku. – Niektóre na jesień próbują jednak przygotować kroplówkę – dodaje.
Opinia dla „Rzeczpospolitej”
Kamil Miernik, radca prawny, Kancelaria Zawada-Miernik, Miernik, Rudkiewicz
W Polsce problem mieszkań staje się coraz gorętszy. Jeżeli deweloperzy chcą budować, a inwestorzy inwestować w mieszkania na wynajem, powinniśmy jeszcze raz przemyśleć kilka ustaw. Na przykład o najmie okazjonalnym, którego w większości nie da się zastosować do obcokrajowców. Wyłączenie obowiązku wskazania lokalu zastępczego dotyczy tylko obywateli Ukrainy na mocy specustawy, ale wielu obcokrajowców, w tym obywateli Białorusi, poszukuje mieszkania do wynajęcia. Większość nie będzie w stanie się wykazać perspektywą wyprowadzenia do innego lokalu. Jeżeli chcemy rozwiązać przynajmniej ten problem, powinniśmy przystąpić do przygotowania stosownych kompleksowych regulacji prawnych, w tym uelastyczniających instytucję najmu. Obecnie brakuje informacji o takich planach legislacyjnych.
Łączenie funkcji członka zarządu i dyrektora w sytuacji niewypłacalności pracodawcy
Stan faktyczny
HJ od 2010 r. był zatrudniony w spółce AA, a we wrześniu 2017 r. został wybrany na prezesa zarządu tej spółki i zawarł w tym celu z AA umowę, w której wskazano, że nie przysługuje mu wynagrodzenie za pełnienie tej funkcji. Następnie podpisano aneks do pierwotnej umowy o pracę, wskazujący, że ma on jako pracownik prawo do wynagrodzenia. W aneksie tym uściślono, że od października 2017 r. pełni on funkcję dyrektora AA.
W 2018 r. AA stała się niewypłacalna, a HJ wystąpił do urzędu pracy z wnioskiem o wypłatę wynagrodzenia za okres od lipca do września 2018 r. Zgodnie z dotyczącym łączenia funkcji czeskim orzecznictwem, umowa o pracę zawarta między spółką handlową a daną osobą przewidująca, że ta ostatnia będzie łączyć funkcje członka organu statutowego i dyrektora tej spółki, jest ważna w świetle KP, ale osoby znajdującej się w takiej sytuacji nie można uznać za pracownika w czeskiego prawa.
Stanowisko TS
Zakres podmiotowy dyrektywy 2008/94/WE
Zgodnie z art. 1 ust. 1 dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady 2008/94/WE z 22.10.2008 r. w sprawie ochrony pracowników na wypadek niewypłacalności pracodawcy (Dz.Urz. UE L z 2008 r. Nr 283, s. 36), zmienionej dyrektywą Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2015/1794 z 6.10.2015 r. (Dz.Urz. UE L z 2015 r. Nr 263, s. 16; dalej: dyrektywa 2008/94/WE) ma ona zastosowanie do roszczeń pracowników wynikających z umów o pracę lub stosunku pracy i istniejących wobec pracodawców, którzy są niewypłacalni w rozumieniu art. 2 ust. 1 dyrektywy 2008/94/WE.
Trybunał stwierdził, że w dyrektywie 2008/94/WE nie zdefiniowano pojęcia „pracownik”. Z orzecznictwa TS wynika, że przysługujący państwom członkowskim zakres uznania odnośnie do definicji tego pojęcia nie jest nieograniczony. Zdaniem TS wykładni art. 2 ust. 2 akapit pierwszy dyrektywy 2008/94/WE należy dokonywać w świetle społecznego celu tej dyrektywy, który polega na zagwarantowaniu wszystkim pracownikom w przypadku niewypłacalności ich pracodawcy minimalnego poziomu ochrony na szczeblu UE w postaci zaspokojenia roszczeń wynikających z umów o pracę lub ze stosunków pracy i dotyczących zapłaty należnego wynagrodzenia za dany okres. Trybunał stwierdził, że państwa członkowskie nie mogą tym samym dowolnie definiować pojęcia „pracownika” w sposób godzący w społeczny cel tej dyrektywy (wyrok z 5.11.2014 r., Tümer, C-311/13, Legalis, EU:C:2014:2337, pkt 42). Z orzecznictwa TS wynika, że biorąc pod uwagę ten cel społeczny dyrektywy 2008/94/WE oraz treść jej art. 1 ust. 1, definicja pojęcia „pracownika” wiąże się w sposób nieunikniony ze stosunkiem pracy, który powoduje powstanie roszczenia wobec pracodawcy o wynagrodzenie z tytułu wykonanej pracy (wyrok Tümer, pkt 44). Trybunał stwierdził, że pozbawienie osób – którym przepisy krajowe przyznają status pracowników i które posiadają na podstawie tych przepisów wynikające z umów o pracę lub stosunków pracy roszczenia wobec pracodawcy z tytułu niewypłaconego wynagrodzenia, określone w art. 1 ust. 1 i w art. 3 akapit pierwszy tej dyrektywy – ochrony, jaką ta dyrektywa przewiduje w wypadku niewypłacalności pracodawcy, byłoby sprzeczne ze wskazanym celem społecznym (wyrok Tümer, pkt 45).
W niniejszej sprawie Trybunał stwierdził, że skoro zdaniem sądu odsyłającego umowa o pracę HJ jest ważna w świetle KP, to nie jest wykluczone, że można go uznać za pracownika w rozumieniu art. 2 ust. 2 akapit pierwszy dyrektywy 2008/94/WE. Trybunał wskazał, że sprawdzenie powyższego należy do sądu odsyłającego.
Nadużycia
Co się tyczy zgodności orzecznictwa krajowego, takiego jak rozpatrywane czeskie orzecznictwo, z art. 12 lit. a) dyrektywy 2008/94, TS przypomniał, że ten przepis pozwala państwom członkowskim na podjęcie środków koniecznych w celu uniknięcia nadużyć. Trybunał wskazał, że skoro ten przepis ustanawia wyjątek od zasady ogólnej, to należy go interpretować w sposób zawężający. Ponadto, jego wykładnia musi być zgodna ze społecznym celem dyrektywy 2008/94/WE (wyrok TS z 11.9.2003 r., Walcher, C-201/01, Legalis, EU:C:2003:450, pkt 38). Nadużycia, o których mowa w art. 12 lit. a) dyrektywy 2008/94, stanowią praktyki szkodzące instytucjom gwarancyjnym, powodujące powstanie w sposób sztuczny roszczenia pracowniczego i wywołujące w ten sposób bezprawnie obowiązek zapłaty obciążający owe instytucje. Środki, do których podjęcia państwa członkowskie są upoważnione zgodnie z tym przepisem, są zatem tymi, które są niezbędne w celu uniknięcia takich praktyk (wyrok Walcher, pkt 39, 40).
W niniejszej sprawie rozpatrywane czeskie orzecznictwo ma na celu zapobieżenie temu, aby osoby, które pełnią łącznie funkcje dyrektora i członka zarządu spółki handlowej, mogły uzyskać zaspokojenie roszczeń o wynagrodzenie nieuiszczone z powodu niewypłacalności tej spółki, w sytuacji gdy mogą być częściowo odpowiedzialne za daną niewypłacalność. W związku z tym wpisuje się ono w konstrukcję art. 12 lit. a) dyrektywy 2008/94/WE. Jednakże czeskie orzecznictwo wprowadza niewzruszalne domniemanie, zgodnie z którym taka osoba nie pełni swoich funkcji w ramach stosunku podporządkowania, lecz w rzeczywistości kieruje daną spółką handlową, i w konsekwencji przyznanie jej możliwości korzystania z gwarancji przewidzianych w dyrektywie 2008/94 stanowiłoby nadużycie w rozumieniu art. 12 lit. a) tej dyrektywy. Zdaniem TS nie można zaś przyjąć ogólnego domniemania istnienia nadużycia, które nie podlegałoby wzruszeniu w świetle całości elementów charakterystycznych dla każdego konkretnego przypadku (wyrok TS z 25.10.2017 r., Polbud – Wykonawstwo, C-106/16, Legalis, EU:C:2017:804, pkt 64). W ocenie TS rozpatrywane czeskie orzecznictwo nie może zatem być uzasadnione na podstawie art. 12 lit. a) dyrektywy 2008/94/WE.
Udział w kapitale lub wpływ na działalność
Przepis art. 12 lit. c) dyrektywy 2008/94/WE upoważnia państwa członkowskie do wyłączenia lub ograniczenia odpowiedzialności finansowej określonej w art. 3 tej dyrektywy albo zobowiązania gwarancyjnego określonego w jej art. 7, w przypadkach gdy pracownik, sam lub wraz ze swoimi bliskimi krewnymi, był właścicielem zasadniczej części przedsiębiorstwa lub zakładu pracodawcy i miał znaczący wpływ na jego działalność, przy czym te dwie przesłanki są kumulatywne. Przepis ten opiera się m.in. na domniemaniu, że pracownik, który w tym samym czasie miał zasadniczy udział w danym przedsiębiorstwie i miał znaczący wpływ na jego działalność, może tym samym być w części odpowiedzialny za niewypłacalność tego przedsiębiorstwa (wyrok z 10.2.2011 r., Andersson, C-30/10, Legalis, EU:C:2011:66, pkt 24).
W niniejszym przypadku rozpatrywane czeskie orzecznictwo mogłoby ewentualnie być uzasadnione okolicznością, że osoba, która łączy funkcje dyrektora i członka zarządu spółki handlowej, może mieć znaczący wpływ na działalność tej spółki. Jednakże TS stwierdził, że to orzecznictwo nie zawiera żadnego odniesienia do pierwszej przesłanki przewidzianej w art. 12 lit. c) dyrektywy 2008/94/WE, stanowiącej, że pracownik, sam lub wraz ze swoimi bliskimi krewnymi, powinien być właścicielem zasadniczej części danej spółki.
Reasumując TS orzekł, że art. 2 ust. 2 oraz art. 12 lit. a) i c) dyrektywy 2008/94/WE w sprawie ochrony pracowników na wypadek niewypłacalności pracodawcy, należy interpretować w ten sposób, że stoją one na przeszkodzie orzecznictwu krajowemu, zgodnie z którym osoba pełniąca na podstawie ważnej w świetle prawa krajowego umowy o pracę łącznie funkcje dyrektora i członka organu statutowego spółki handlowej nie może zostać uznana za pracownika w rozumieniu tej dyrektywy, a tym samym nie może korzystać z gwarancji przewidzianych w tej dyrektywie.
Zakresem stosowania dyrektywy 2008/94 objęci są „pracownicy”, ale w samej dyrektywie nie zdefiniowano tego pojęcia. Zatem, co do zasady, państw członkowskie maja w tym zakresie autonomię (por. art. 10 ustawy z 13.7.2006 r. o ochronie roszczeń pracowniczych w razie niewypłacalności pracodawcy (t.j. Dz.U. z 2020 r. poz. 7). Jednakże ta autonomia nie ma charakteru absolutnego, ponieważ prawo krajowe powinno być zgodne przede wszystkim z ze społecznym celem tej dyrektywy. W konsekwencji właśnie ze względu na ten cel w niniejszym wyroku TS uznał, że jeśli prawo krajowe odmawia osobie pełniącej na podstawie umowy o pracę funkcje dyrektora i łącznie członka zarządu spółki handlowej statusu pracownika w rozumieniu tej dyrektywy nie jest zgodne z celem dyrektywy 2008/94/WE.
Interesująca jest, zawarta w uzasadnianiu niniejszego wyroku, analiza wyjątków dotyczących po pierwsze, zwalczania nadużyć w postaci tworzenia „pozornych roszczeń pracowniczych” oraz po drugie, przypadku gdy pracownik sam lub z bliskimi krewnymi jest właścicielem zasadniczej części przedsiębiorstwa lub zakładu pracodawcy i ma znaczący wpływ na jej działalność. Trafnie Trybunał przyjął, że w przypadku nadużyć należy weryfikować każdy przypadek indywidualnie, tym samym przyjęcie ogólnego domniemania istnienia nadużycia w ustawodawstwie lub orzecznictwie krajowym państw członkowskiego nie jest zgodne z prawem UE.
Transgraniczne zmiany spółek będą prostsze
Projekt nowelizacji kodeksu spółek handlowych, przekształceń i podziałów transgranicznych spółek, zaprezentowany przez MS, ma wdrożyć dwie dyrektywy: 2019/2121 dotyczącą transgranicznego przekształcania, łączenia i podziału spółek oraz 2019/1151 o stosowaniu w prawie spółek narzędzi i procesów cyfrowych.
Na unijnym rynku
Nowe przepisy mają ułatwić spółkom funkcjonowanie na rynku wewnętrznym UE przez zapewnienie im narzędzi prawnych dokonywania przekształceń i podziałów transgranicznych oraz połączeń z wykorzystaniem narzędzi cyfrowych, np. systemu integracji rejestrów. Z drugiej strony projekt zawiera przepisy ochronne dla tych, których interesy mogłyby zostać naruszone w wyniku transgranicznego przekształcenia, podziału lub połączenia spółki, tj. wspólników mniejszościowych, wierzycieli, pracowników spółki dokonującej operacji transgranicznej.
– Brak teraz wdrażanych procedur obniżał konkurencyjność polskich firm i atrakcyjność polskiego rynku dla przedsiębiorstw zagranicznych – wskazują w uzasadnieniu projektu jego autorzy.
Z kolei wierzyciel będzie mógł złożyć wniosek do sądu o ustanowienie odpowiednich zabezpieczeń jego roszczeń wynikłych z przekształcenia; złożyć uwagi do planu operacji transgranicznej. Wejdzie też specjalny przepis jurysdykcyjny pozwalający wszcząć postępowanie przeciwko spółce również w państwie siedziby spółki przekształcanej, w terminie dwóch lat od przekształcenia transgranicznego.
Przy podziale transgranicznym ma obowiązywać zasada solidarnej odpowiedzialności, gdy roszczenie wierzyciela spółki podlegającej podziałowi nie zostanie zaspokojone przez spółkę, której przydzielono dług.
Środki ochrony
Wspólnicy mniejszościowi będą mogli składać uwagi do planu operacji transgranicznej i mają otrzymywać sprawozdania określające skutki tej operacji. Mają też otrzymywać ekwiwalentne wynagrodzenia za udziały lub akcje, co oszacuje niezależny biegły.
Te środki ochronne obejmą też akcjonariuszy akcji niemych i bezzasadnie niedopuszczonych do udziału w zgromadzeniu lub walnym zgromadzeniu przy podejmowaniu uchwały o danej operacji transgranicznej.
– Najważniejszym skutkiem wdrożenia dyrektywy 2019/2121 będzie wyraźne uregulowanie procedury transgranicznego podziału i przekształcenia. Może to ułatwić prowadzenie w EOG procesów transakcyjnych czy restrukturyzacyjnych. Dotąd takie operacje obarczone były wysokim ryzykiem niepowodzenia – ocenia dr Piotr Moskała, Katedra Międzynarodowego Prawa Prywatnego i Handlowego UW, radca prawny w kancelarii SK&S. – Transgraniczne reorganizacje będą wnikliwiej badane przez sądy rejestrowe oraz opiniowane przez organy podatkowe. To prawdopodobnie wydłuży te procedury. Pozytywnie należy ocenić zamiar wprowadzenia nowego typu podziału (przez wyodrębnienie), co może uprościć reorganizacje dotychczas prowadzone np. poprzez wniesienie części przedsiębiorstwa jako wkładu do spółki – dodaje dr Moskała.
Ustawa powinna wejść w życie do 1.8.2023 r.
Etap: projekt trafi do konsultacji publicznych
Opinia dla „Rzeczpospolitej”
prof. Tomasz Siemiątkowski
SGH, adwokat, Kancelaria Głuchowski Siemiątkowski Zwar
Procedowana nowela kodeksu spółek handlowych stanowi konieczne, ważne i godne uwagi rozwiązanie legislacyjne i jest niezmiernie ważna dla praktyki międzynarodowego obrotu gospodarczego. Dzięki wdrożeniu dyrektywy 2019/2121 nastąpi domknięcie regulacji dotyczącej transgranicznej mobilności spółek, która była do tej pory fragmentaryczna. Przedsiębiorcy, a także prawnicy mogli polegać na orzecznictwie TSUE, zwłaszcza wyroku w sprawie Polbudu, co jednak nie rozwiewało wszystkich wątpliwości pojawiających się w toku relewantnych przepisów. Wiele rozwiązań dyrektywy będzie służyć ochronie interesariuszy (wspólników, wierzycieli oraz pracowników) spółek dokonujących operacji transgranicznych, a także mających przeciwdziałać wykorzystywaniu transgranicznego przekształcenia, połączenia lub podziału spółki w celu naruszenia, nadużywania lub obejścia prawa.
Trzeba się spieszyć z ulgą na zabytki
Nowelizacja Polskiego Ładu likwiduje ulgę na nabycie zabytków. Odliczyć będzie można tylko wydatki na ich konserwację, restaurację bądź roboty budowlane. Zmiany wejdą jednak dopiero 1 stycznia 2023 r.
– Osoby, które chcą kupić zabytkowy pałac, zamek bądź dworek, powinny jeszcze w tym roku przeprowadzić transakcję, skorzystają wtedy z ulgi – mówi Jacek Drosik, doradca podatkowy w KPMG w Polsce.
Inwestycja w 2022 r.
Potwierdza to niedawna interpretacja skarbówki. Wystąpiła o nią kobieta, która zamierza we wrześniu kupić zabytkowy budynek. Do rejestru zabytków został wpisany dwa lata temu. Wspólnie z innymi współwłaścicielami chce go przebudować na budynek mieszkaniowo-użytkowy. Ma to nastąpić w okresie od września 2022 r. do maja 2024 r.
Czy może skorzystać z ulgi zarówno na nabycie zabytku, jak i roboty budowlane?
Tak. Nowelizacja Polskiego Ładu zlikwidowała wprawdzie ulgę na nabycie zabytku, ale ta zmiana będzie obowiązywać dopiero od 1.1.2023 r. Wydatki poniesione do końca 2022 r. można jeszcze odliczyć.
Fiskus przypomniał jednak, że warunkiem skorzystania z ulgi na nabycie zabytku jest poniesienie wydatku na prace konserwatorskie, restauratorskie lub roboty budowlane. Z opisu sprawy wynika, że nie będzie z tym problemu, bo kobieta chce zacząć prace już we wrześniu. Będzie więc mogła skorzystać z ulgi w pełnym zakresie (interpretacja nr 0112-KDIL2-1.4011.350.2022.3.JK).
Co byłoby jednak, gdybyśmy zabytek kupili teraz, a wydatek na konserwację czy inne roboty ponieśli dopiero w przyszłym roku? Zapytaliśmy o to Krajową Informację Skarbową. Jej zdaniem w takiej sytuacji także mamy prawo do pełnego odliczenia.
– Jeśli podatnik kupi zabytek w 2022 r., a pierwszy wydatek na prace konserwatorskie, restauracyjne bądź roboty budowlane poniesie w 2023 r., będzie mógł skorzystać z pełnej ulgi. Wydatki na nabycie zabytku i przeprowadzone w nim prace odliczy w zeznaniu za 2023 r. Nowelizacja Polskiego Ładu gwarantuje bowiem zachowanie praw nabytych – twierdzą konsultanci KIS. Podkreślają, że decydujący w tej sprawie jest art. 26hb ust. 7 pkt 2 ustawy o PIT w obecnym brzmieniu. Wynika z niego, że wydatki na nabycie zabytku można odliczyć w zeznaniu za rok, w którym po raz pierwszy poniesiono wydatek na prace konserwatorskie, restauracyjne bądź roboty budowlane. Z tego wniosek, że te prace można przeprowadzić w późniejszych latach.
Fiskus korzystnie dla podatników
– Przepisy są w tej sprawie niejednoznaczne, dobrze, że fiskus interpretuje je na korzyść podatników – mówi Jacek Drosik.
Przypomina, że z ustawy o PIT nie wynika, jaką wartość muszą mieć prace konserwatorskie, restauracyjne bądź roboty budowlane. Do nabycia prawa do ulgi wystarczą faktury na niewielkie kwoty – podkreśla ekspert.
Z odliczenia wydatków na zakup zabytku nie skorzystają osoby, które nie zdążą nabyć jego własności do końca 2022 r.
– Im pozostaje powoływanie się na orzecznictwo Trybunału Konstytucyjnego, z którego wynika, że sytuacja prawna podmiotów dotkniętych nową regulacją powinna być poddana takim przepisom przejściowym, by mogły dokończyć swoje przedsięwzięcia podjęte na podstawie wcześniejszych przepisów w uzasadnionym przeświadczeniu, że są i pozostaną stabilne – mówi Jacek Drosik.
Nowelizację Polskiego Ładu zmieniającą zasady rozliczania ulgi na zabytki znajdziemy w Dzienniku Ustaw z 15.6.2022 r. poz. 1265.
Można odpisać pokaźne kwoty
Inwestujący w zabytki mogą odliczyć wydatki od dochodu. Ile konkretnie? Ulga na zakup zabytku nieruchomego nie może przekroczyć iloczynu kwoty 500 zł i liczby metrów kwadratowych jego powierzchni użytkowej. Najwyżej 500 tys. zł. Z kolei wydatki na konserwację, restaurację i roboty budowlane odliczymy w 50 proc.
Załóżmy, że pan Kowalski kupił za 1 mln zł pałacyk o powierzchni 1000 mkw. Odliczy 500 tys. zł. Następnie zapłacił 1 mln zł za jego restaurację. Czy może odliczyć 50 proc. tej kwoty, czyli kolejne 500 tys. zł, co w sumie daje 1 mln zł ulgi?
Zgodnie z odpowiedzą Krajowej Informacji Skarbowej (którą opisywaliśmy 10 lutego) zakup zabytku i jego restauracja to dwie różne inwestycje. Rozliczamy je oddzielnie. Podatnikowi przysługuje 500 tys. zł ulgi na nabycie zabytku i odliczenie połowy wydatków na jego restaurację. Tak więc pan Kowalski odliczy od dochodu 1 mln zł.
Do ulgi mają prawo także ci, którzy są współwłaścicielami i mieszkańcami zabytkowej kamienicy. Mogą odliczyć 50 proc. wpłat na fundusz remontowy wspólnoty lub spółdzielni utworzony dla zabytku.
Hulajnogi na bakier z prawem
Z danych Komendy Głównej Policji wynika, że do końca maja 2022 r. kierujący hulajnogami elektrycznymi uczestniczyli w 132 wypadkach i 256 kolizjach drogowych. Zginęły dwie osoby, a 137 zostało rannych. W 49 wypadkach sprawcą zdarzenia był kierujący hulajnogą elektryczną.
Za sprawą Krajowej Rady Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego w trzech województwach trwają badania monitorujące zachowania kierujących hulajnogami elektrycznymi, UTO oraz rowerami, motorowerami i motocyklami. Największym problemem jest nieustępowanie pierwszeństwa przejazdu na drogach rowerowych, tj. tam, gdzie kierujący hulajnogami elektrycznymi powinni się poruszać.
Hulajnogą elektryczną można wyjątkowo poruszać się chodnikiem lub drogą pieszych, jeśli brakuje drogi lub pasa ruchu dla rowerów, a maksymalna dozwolona prędkość na jezdni jest wyższa niż 30 km/h. W takiej sytuacji, jadąc hulajnogą na prąd po chodniku, należy utrzymywać prędkość zbliżoną do prędkości pieszego, czyli ok. 6 km/h.
Jadący hulajnogą elektryczną po chodniku ma obowiązek ustąpić pierwszeństwa pieszym.
Użytkownicy muszą się liczyć z wydatkami za nieprofesjonalną jazdę hulajnogą. Mandat 200 zł grozi za korzystanie podczas jazdy z telefonu (słuchawka lub mikrofon trzymane w ręku). Przewożenie innej osoby, zwierzęcia lub ładunku będzie karane mandatem w wysokości 100 zł. Za kierowanie na drodze publicznej, w strefie zamieszkania lub w strefie ruchu pojazdem innym niż mechaniczny przez osobę w stanie po użyciu alkoholu lub podobnie działającego środka mandat wyniesie od 300 do 500 zł. A za przejeżdżanie wzdłuż przejścia dla pieszych przewidziano karę 100 zł. Osoba na hulajnodze elektrycznej, która porusza się chodnikiem szybciej niż pieszy lub nie ustąpi mu pierwszeństwa, musi liczyć się z mandatem do 500 zł.
Sprawa w sądzie może skończyć się grzywną 5 tys. zł, ale w niektórych przypadkach kara może być znacznie surowsza i sięgnąć 30 tys. zł.
Co mówią inne przepisy o eksploatacji elektrycznych hulajnóg w Polsce?
Przede wszystkim warto pamiętać o tym, że takie pojazdy mogą pojawić się na chodniku, ale w wyjątkowych przypadkach. W myśl art. 33a ust. 2 ustawy – Prawo o ruchu drogowym dzieje się tak wtedy, gdy chodnik jest usytuowany wzdłuż jezdni, po której ruch pojazdów jest dozwolony z prędkością większą niż 30 km/h, i brakuje wydzielonej drogi dla rowerów oraz pasa ruchu dla rowerów.
Co do zasady kierujący hulajnogą elektryczną powinien korzystać z drogi dla rowerzystów, pasa dla rowerów lub jezdni – gdy dopuszczona prędkość na danym odcinku nie przekracza 30 km/h.
Kto może jeździć hulajnogą elektryczną?
Na hulajnogach elektrycznych mogą jeździć dzieci w wieku poniżej dziesięciu lat, ale tylko w strefach zamieszkania oraz pod opieką osoby dorosłej. Na drogach publicznych z pojazdów mogą korzystać albo osoby w wieku powyżej dziesięciu lat i posiadające kartę rowerową lub prawo jazdy kategorii AM, A1, B1 lub T, albo osoby pełnoletnie posiadające przy sobie dowód osobisty.
Kierujący powinni też pamiętać, że prowadząc hulajnogę elektryczną nie można znajdować się pod wpływem alkoholu.
Zaostrzanie kar to temat zastępczy
W swojej opinii o nowelizacji kodeksu karnego wskazał pan, że wprowadza ona represyjność kar właściwą dla państw totalitarnych lub dążących do totalitaryzmu. Czy to nie jest zbyt ostra ocena?
Przemysław Rosati, prezes Naczelnej Rady Adwokackiej: Absolutnie nie. Ta ocena odzwierciedla przedłożony projekt. Eksperci, którzy opiniowali go dla Senatu, przedstawili oczywiste argumenty, które tak sytuują propozycje zaostrzenia odpowiedzialności karnej. Przypomnę, że opinie eksperckie przygotowali w sposób logiczny i poparty własnym wieloletnim doświadczeniem zarówno zawodowym, jak i naukowym. Wykazali przekonująco, że restrykcyjna polityka karna nie prowadzi do spadku przestępczości. Represyjna polityka kryminalna nie jest przejawem nowoczesności. A patrząc historycznie, taka restrykcyjność szła w parze z innymi cechami państwa, których nie możemy akceptować. Jak mówią eksperci, nowelizacja jest w istocie nowym kodeksem karnym opartym na represyjności, a nie na nieuchronności kary.
Czy faktycznie ten wzrost restrykcyjności jest aż tak duży w porównaniu ze stanem obecnym?
Zmiana górnej granicy kary pozbawienia wolności z piętnastu do trzydziestu lat, bezwzględne dożywocie, odpowiedzialność karna czternastoletnich dzieci. To jedynie trzy przykłady restrykcyjności i represyjności tego projektu. Przecież to oczywiste, że ludzie będą częściej trafiać do więzienia. Te propozycje dążą do tego, żeby wymiar kary przesądzać ustawowo, a nie zostawiać to niezawisłemu sędziemu orzekającemu w niezależnym sądzie.
Ale to wciąż sędziowie będą te kary orzekać. I nie muszą zasądzać 30 lat tylko dlatego, że podniesiono górną granicę, jeśli uważają, że należy się 15.
Sędzia musi wymierzyć karę na podstawie ustawowych kryteriów. Jeżeli górna granica wynosi 15 lat, to jest to zupełnie inna optyka, niż gdy wynosi ona 30. Nie można też nie dostrzegać konsekwencji dla systemu penitencjarnego. Zwiększenie zaludnienia jednostek penitencjarnych, podniesienie kosztów ich funkcjonowania czy dalsze pogarszanie warunków bytowych odbywania kary pozbawienia wolności. W efekcie tej polityki znowu liczba osadzonych przekroczy liczbę miejsc w zakładach karnych i aresztach śledczych, doprowadzając do zaostrzenia lub powrotu wielu systemowych problemów trawiących polskie więziennictwo.
Nie możemy przechodzić obojętnie obok tego, że ustawodawca próbuje przez taką konstrukcję ukształtować pewien sposób wymiaru kary, ograniczając przy tym swobodę sędziego.
W jaki sposób?
Przykładowo przez zaostrzenie dolnych granic ustawowego zagrożenia karą, wprowadzenie preferencji dla obligatoryjnego obostrzenia kary, zmienione warunki ubiegania się o przedterminowe zwolnienie czy zmianę zasad wymierzania kary łącznej.
Pisał pan też w swojej opinii o „populizmie penalnym”. Może to jednak odpowiedź na faktyczną potrzebę społecznego poczucia sprawiedliwości? Media opisują wiele poważnych zbrodni (jak przemoc seksualna czy znęcanie się nad dziećmi), które są karane po wielu latach bardzo niskimi wyrokami, czasem w zawieszeniu. Nawet przy wyższych karach sprawca szybko wychodzi za dobre sprawowanie, a ofiara nie czuje się bezpieczna.
To problem czynnika ludzkiego, czyli tego, jak sędziowie kształtują wymiar kary. Musimy jednak pamiętać, że politycy – co jest w świecie polityki na porządku dziennym – uzasadniając swoje pomysły legislacyjne, operują emocjami. A radykalne przykłady wzbudzają skrajne emocje. Na poparcie kolejnych zmian prawa karnego, zwiększenia represyjności całego systemu przytacza się przykłady poważnych przestępstw, które jednak stanowią margines. Również kary za takie przestępstwa takiej interwencji nie wymagają.
Uchwalone przepisy nie dotyczą jedynie najpoważniejszych przestępstw, lecz zaostrzają zasady odpowiedzialności karnej za wszystkie bez wyjątku, w tym czyny nieumyślne, błędy medyczne czy drobne występki. Dlatego tak ważne jest systemowe spojrzenie na materię, o której rozmawiamy. Szafowanie zapowiedziami surowych kar wobec sprawców najbardziej poważnych czy odrażających albo po prostu bulwersujących przestępstw zawsze będzie dobrze odbierane przez opinię publiczną. Mnożenie kwalifikowanych form zabójstwa czy zgwałcenia przemawia do wyobraźni.
Ale skoro podejście „czynnika ludzkiego” do tych najpoważniejszych przestępstw wciąż wywołuje poczucie niesprawiedliwości w społeczeństwie, to czy nie jest konieczna interwencja ustawodawcy?
Każda władza ma prawo do określania polityki karnej. Nie można też pomijać statystyk, wiedzy eksperckiej czy dorobku nauki prawa karnego. Nie można zaostrzać ustaw karnych tylko w oparciu o czyny, które przemawiają do wyobraźni odbiorców i na budowaniu przeświadczenia o ich nagminności.
Nie można przecież, bazując na tych emocjach i przykładach, uzasadniać podnoszenia represyjności całego prawa karnego, w tym np. kar za wywożenie drewna z lasu czy kradzież impulsów telefonicznych. Odsetek zgwałceń i zabójstw nie jest tak duży, że musi rzutować na ogólne zaostrzenie polityki karnej państwa.
Skoro te najpoważniejsze przestępstwa nie są częste, to powinniśmy je zignorować i w systemie nie przewidzieć dla nich odpowiedniej kary?
Absolutnie nie. System obecnie przewiduje adekwatną w takich sytuacjach reakcję karną, pozostawiając ocenę konkretnego przypadku doświadczeniu sędziowskiemu. Istnieją środki procesowe pozwalające zaskarżać orzeczenia nieakceptowalne, jeśli chodzi o wymiar kary. Także prokurator jako rzecznik interesu publicznego, m.in. w kontekście żądanego wymiaru kary, ma instrumenty procesowe, które pozwalają na podjęcie takich działań. Dlatego nie jest tu konieczna interwencja ustawodawcy, zwłaszcza świadcząca o tym, że nie ufa się sędziom.
Są przypadki, które w przekonaniu opinii publicznej wymagają surowszego potraktowania, ale od tego mamy określone instytucje procesowe, które dają możliwość kwestionowania zasad wymiaru kary i jej wysokości.
Ale te środki odwoławcze obowiązują nawet po zaostrzeniu kar. Więc jeśli w konkretnej sprawie kara będzie zbyt surowa, można starać się o jej obniżenie. I to wydaje się zadaniem dla adwokatów. Tym bardziej gdy mamy gwarancję, że kara po odwołaniu nie może być surowsza.
Kiedy mamy ustawowo określony wyższy minimalny próg kary, to już wiadomo, że poniżej niego nie zejdziemy. To działa w dwie strony. „Uznanie sędziowskie” (w cudzysłowie, bo nie jest to decyzja uznaniowa, ale oparta na dyrektywach wymiaru kary) jest sposobem najbardziej racjonalnym.
W prawie karnym z perspektywy pokrzywdzonego najważniejsze jest naprawienie wyrządzonej szkody, najczęściej pod względem materialnym. I tu największym problemem nie jest surowość kary lub jej brak, ale długość postępowań sądowych. Prawdziwą naprawą wymiaru sprawiedliwości dla obywateli byłoby przyspieszenie postępowań sądowych. Tu aż się prosi o aktywne działanie ustawodawcy i ministra sprawiedliwości.
Dlaczego to aż takie ważne?
Powiedział pan wcześniej, że wyroki w sprawach poważnych przestępstw są często niskie i zapadają po latach. I to budzi społeczny sprzeciw, nie jest akceptowalne – zarówno wymiar kary, jak i to, ile czasu zajęło rozstrzygnięcie sprawy.
To obrazuje dwa problemy. Po pierwsze, polskie państwo nie radzi sobie z długotrwałością postępowań sądowych, a po drugie, po kilku latach przed sądem stoi często sprawca, który diametralnie zmienił swoje życie, co przy pozytywnej postawie i prognozie na przyszłość musi rzutować na wymiar kary. Obywatel musi mieć pewność, że państwo zapewni mu rzetelne postępowanie w rozsądnym czasie zakończone prawomocnym wyrokiem.
Nasuwa się konkluzja, że zaostrzanie kar to temat zastępczy, który ma odwrócić uwagę od ciągle wydłużającego się czasu postępowań sądowych. Eksperci od lat powtarzają, że największe znaczenie odstraszające ma nieuchronność kary. A jeśli czas oczekiwania na rozstrzygnięcie sprawy się wydłuża, nie można mówić o nieuchronności. I tego nie można tracić z pola widzenia w dyskusji o wymiarze sprawiedliwości.
Ale czy nieuchronność kary to tylko szybkość jej wymierzenia? Czy także to, by np. trudniej było otrzymać wyrok w zawieszeniu?
Te elementy na siebie nachodzą. Gdy dochodzi do brutalnego przestępstwa, wywołuje to emocje społeczne. Ale potem o tym zapominamy, a wyrok zapada po siedmiu czy dziesięciu latach. I albo jest niski, albo w zawieszeniu, co ponownie nas bulwersuje. Ale największą bolączką jest właśnie czas trwania postępowań. Rozwiązanie tego problemu przełoży się na inne kwestie związane z wymiarem sprawiedliwości – także na jego ocenę oraz na emocje, które nam towarzyszą, gdy słyszymy o takich wyrokach.
Skupianie się na szybkości postępowania może prowadzić do błędów lub częstego zawierania ugód – wtedy kara będzie niższa, niż orzekłby sąd.
To jest już szersza dyskusja o trybach konsensualnych. Ale w Polsce w tych trybach interes pokrzywdzonego jest należycie zabezpieczony i nie można sprawy zakończyć w ten sposób bez jego zgody. Czasami zawarcie ugody jest w interesie i pokrzywdzonego, i sprawcy, a kara i tak będzie nieuchronna, bo jest wymierzana także w trybach konsensualnych.
A jeżeli pokrzywdzony na to zgody nie wyraża, to sprawa będzie rozpoznawana na normalnych zasadach. Kuleje sprawność wymiaru sprawiedliwości i patrząc na kolejne projekty legislacyjne, nie widzę w nich sensownych propozycji rozwiązania tego problemu.
Jakie jeszcze problemy wynikają ze zwiększenia represyjności kar?
Jeśli władze państwowe podejmują taką decyzję, powinny też zapewnić dostęp do profesjonalnej pomocy prawnej zarówno pokrzywdzonemu, jak i oskarżonemu. Kolejne nowelizacje sprawiają, że prawo, nie tylko karne, tworzy coraz bardziej skomplikowany system. Jeżeli ustawodawca decyduje się na surowsze traktowanie podsądnych w sprawach karnych, to za taką zmianą powinna iść ustawowa gwarancja pomocy prawnej. Trzeba zabezpieczyć interes podsądnego, żeby nie popełnił błędu w czasie postępowania, które może skończyć się bezwzględną karą pozbawienia wolności. Należy więc w interesie obywateli rozszerzyć przesłanki obrony obligatoryjnej.
Projekt wprowadza też możliwość bezwzględnego dożywotniego pozbawienia wolności. Czy to nie jest de facto próba obejścia umów międzynarodowych, które zabraniają wprowadzenia kary śmierci?
Obowiązuje nakaz humanitarnego traktowania osób pozbawionych wolności. Sprzeciwia się on regulacjom mającym na celu wyłączenie określonych kategorii skazanych z ubiegania się o warunkowe przedterminowe zwolnienie. Dodam, że w przedmiotowej ustawie jest też rozwiązanie, w świetle którego w razie warunkowego zwolnienia z kary dożywotniego pozbawienia wolności okres próby trwa dożywotnio.
Wspomniał pan też w opinii, że nowy kodeks karny daje prokuratorowi narzędzia procesowe naruszające „zasadę równości broni”. Jakie to narzędzia?
Przewidziano m.in. możliwość składania przez prokuratora wniosku do Sądu Najwyższego o przekazanie sprawy innemu sądowi równorzędnemu, jeżeli wymaga tego dobro wymiaru sprawiedliwości. Na to też musimy patrzeć w perspektywie systemowej, a w zasadzie aktualnego stanu sądownictwa. Nie możemy zamykać oczu na formułowane zarzuty wobec części sędziów Sądu Najwyższego, niestety także Izby Karnej.
Jeżeli do tego dodamy wspomniany nowy instrument procesowy zarezerwowany dla prokuratora, daje to duże możliwości modyfikowania właściwości sądu. I rodzi się pytanie, dlaczego takiego narzędzia nie otrzymał też obrońca – np. gdy to oskarżony uważa, że dobro wymiaru sprawiedliwości wymaga, aby jego sprawę rozpoznał inny sąd. Może to budzić obawy i nie buduje zaufania do wymiaru sprawiedliwości.
Sąd administracyjny ma obowiązek pouczać stronę działającą bez profesjonalnego pełnomocnika
Odmowa sporządzenia uzasadnienia wyroku
WSA wydał wyrok na posiedzeniu niejawnym i doręczył odpis jego sentencji Skarżącemu. A.B. w ustawowym terminie wniósł za pośrednictwem Poczty Polskiej wniosek o sporządzenie uzasadnienia orzeczenia, adresując go do Organu, który wydał zaskarżoną decyzję. Kilka dni później Organ przekazał wniosek na Biuro Podawcze Sądu, jednak nastąpiło to już po upływie terminu. Sąd I instancji odmówił sporządzenia uzasadnienia wyroku, wskazując, że warunkiem zachowania 7-dniowego terminu do złożenia wniosku o sporządzenie uzasadnienia wyroku oddalającego skargę jest skierowanie w tym terminie wniosku do właściwego sądu. W przypadku złożenia wniosku za pośrednictwem innego organu lub innego sądu ten powinien ją przekazać sądowi właściwemu. Wówczas o zachowaniu terminu lub jego uchybieniu decyduje data nadania wniosku przez organ lub sąd do właściwego sądu.
Sąd musi precyzyjnie formułować pouczenia
NSA uchylił zaskarżone postanowienie i przekazał sprawę do ponownego rozpoznania Sądowi I instancji. W uzasadnieniu postanowienia podkreślono, że Skarżący nie jest reprezentowany w postępowaniu sądowoadministracyjnym przez profesjonalnego pełnomocnika. W pouczeniu Sądu I instancji, skierowanym do A.B. przy doręczeniu odpisu sentencji wyroku, wskazano termin, w jakim należy złożyć wniosek o sporządzenie uzasadnienia, ale nie wynika z niego do jakiego podmiotu należy skierować ten wniosek. Skarżący jako osoba niemająca doświadczenia w postępowaniu sądowoadministracyjnym mógł przyjąć, że wniosek należy wnieść tak jak skargę, czyli za pośrednictwem organu. W pouczeniu wskazano, że wniosek podlega opłacie na rachunek sądu, ale nie można tego uznać za równoznaczne z informacją, iż wniosek ten składa się do sądu. NSA stwierdził, że wpis od skargi też jest uiszczany na rachunek sądu, pomimo tego, że ten środek zaskarżenia wnosi się za pośrednictwem organu.
Obowiązki sądu wobec strony działającej bez profesjonalnego pełnomocnika
NSA podkreślił, że zgodnie z art. 6 ustawy z 30.8.2002 r. Prawo o postępowaniu przed sądami administracyjnymi (t.j. Dz.U. z 2022 r. poz. 329; dalej: PostAdmU) sąd administracyjny w razie uzasadnionej potrzeby udziela stronom występującym w sprawie bez profesjonalnego pełnomocnika niezbędnych pouczeń co do czynności procesowych i skutków ich zaniedbań. Sąd nie ma obowiązku udzielania pouczeń co do wszelkich możliwych zachowań, a obowiązek ten odnosi się do wskazówek i pouczeń celowych z punktu widzenia prawidłowego dokonania danej czynności procesowej (zob. wyrok NSA z 7.9.2018 r., II OSK 1435/17, Legalis). W rozumieniu tego przepisu potrzebną wskazówką jest taka, bez której strona byłaby pozbawiona wpływu na toczące się postępowanie i nie mogłaby realizować swoich uprawnień, przez co pozbawiona byłaby prawa do sądu. Sąd winien pouczać stronę zarówno o skutkach prawnych czynności procesowych, które na danym etapie postępowania powinna ona podjąć, jak i skutkach prawnych niedokonania tych czynności w ogóle lub w określonym zakresie (zob. postanowienie NSA z 2.3.2022 r., I OZ 39/22, Legalis; postanowienie NSA z 21.3.2018 r., I GZ 28/18, Legalis).
NSA podkreślił, że w uzasadnieniu zaskarżonego postanowienia Sąd nie wskazał A.B., że choć wniosek wpłynął do Sądu po upływie terminu, to Skarżący może skorzystać z instytucji wniosku o przywrócenie terminu do dokonania uchybionej czynności. W uzasadnieniu zaznaczono też, że Skarżący wniósł o sporządzenie uzasadnienia wyroku w terminie. Gdyby Organ szybciej przekazał wniosek do właściwego sądu, korzystając ze środków komunikacji elektronicznej (ePUAP), to Sąd I instancji nie miałby podstaw do stwierdzenia uchybienia terminowi. W ocenie NSA uzależnianie konstytucyjnie chronionego prawa do dwukrotnego rozpoznania sprawy przez sąd od szybkości działania organu nie jest prawidłowe. Termin przekazania wniosku przez organ do właściwego sądu to czynnik, na który skarżący nie ma żadnego wpływu.
W konsekwencji NSA zobowiązał Sąd I instancji do ponownego rozpoznania wniosku Skarżącego o sporządzenie uzasadnienia wyroku z uwzględnieniem, że strona nie jest reprezentowana przez profesjonalnego pełnomocnika i powinna zostać poinformowana o możliwości wniesienia wniosku o przywrócenie terminu do złożenia wniosku o sporządzenie uzasadnienia wyroku. Jednocześnie NSA pouczył A.B., że na wniesienie wniosku o przywrócenie terminu do złożenia wniosku o sporządzenie uzasadnienia ma 7 dni od doręczenia mu postanowienia NSA. We wniosku Skarżący powinien wskazać okoliczności i przyczyny uchybienia terminu bez własnej winy.
Szantażysta grozi adwokatom negatywnymi komentarzami
Od kilku dni niektórzy adwokaci dostają maile z ofertą zapłaty 200 zł za pozostawienie wizytówki w Google’u w stanie niezmienionym. Autor maila grozi, że w razie odmowy zacznie wystawiać negatywne opinie danej kancelarii, co przełoży się na niższe jej pozycjonowanie. A że coraz więcej osób szuka prawnika właśnie za pośrednictwem internetu, może to spowodować realny spadek liczby klientów.
Pełen profesjonalizm
Rozsyłający maile dobrze się przygotował. Sprawnie posługuje się językiem polskim, jego wiadomości nie wyglądają jak tłumaczone translatorem. Negatywne opinie, które zaczął już wystawiać niektórym adwokatom, również brzmią wiarygodnie, dotyczą np. tego, że po wzięciu pieniędzy zrywali kontakt z klientem, nie stawiali się na terminach albo nie mają odpowiedniej wiedzy. Można by się na nie nabrać, gdyby nie egzotycznie brzmiące nazwy kont, z których zostały dodane – pochodzące z Pakistanu, Indii czy innych krajów Azji. Są to konta wcześniej przejęte lub też osoby wynajęte przez szantażystę. Przede wszystkim jednak posługuje się on VPN, a wiadomości wysyła z szyfrowanego serwera Protonmail, co utrudnia jego namierzenie.
Działanie sprawcy to przestępstwo z art. 191 Kodeksu karnego. Dlatego pierwsze zawiadomienie w tej sprawie wpłynęło już do jednej z prokuratur okręgowych. Sprawa została jednak przekazana do właściwej miejscowo prokuratury rejonowej.
Jak przyznaje prokurator Jarosław Onyszczuk z Prokuratury Rejonowej Warszawa Mokotów, na poziomie rejonu nie ma szans namierzenia posługujących się narzędziami zmieniającymi ich numer IP.
– W swojej praktyce nie spotkałem się z pozytywnymi ustaleniami – mówi.
Podobne uważa dr Paweł Litwiński specjalizujący się w prawie nowych technologii.
– Szanse na namierzenie sprawcy są zerowe. Lepiej interweniować u Google’a, oni nie tolerują takich praktyk i – jak wynika z moich doświadczeń – szybko te komentarze weryfikują i wycinają.
– Nasze zespoły pracują przez całą dobę, aby udaremnić tego rodzaju ataki, usunąć fałszywe opinie oraz zapewnić ochronę profilom firm, które mogły zostać dotknięte tym problemem. Nasze zasady jasno określają, że opinie muszą być oparte na prawdziwych doświadczeniach, dlatego aby wykryć takie treści, używamy połączenia kwalifikacji naszych pracowników i algorytmów systemów uczących się, aby monitorować zawartość serwisu przez całą dobę – czytamy w odpowiedzi biura prasowego Google’a.
Masowa skala
Doświadczenia adwokatów, którzy padli ofiarą szantażysty, wskazują jednak, że proces odwoławczy jest długi i skomplikowany, wymaga korespondencji z botami, a dopiero później z pracownikiem Google’a. I nie zawsze kończy się sukcesem.
Inną stosowaną metodą obrony jest odpowiadanie na negatywne komentarze, wskazując, że są efektem szantażu. To może przekonać czytających je internautów, ale nie wpłynie na liczbę gwiazdek, od których zależy pozycja w wyszukiwarce. Jeszcze inni na facebookowej grupie proponują pisanie dla równowagi pozytywnych komentarzy zaatakowanym kolegom – ale to budzi z kolei wątpliwości etyczne.
Nie wiadomo dokładnie, ilu prawników otrzymało takie maile. Biuro NRA otrzymało kilkanaście zawiadomień, a wiadomo, że skala jest dużo większa. Także niska kwota żądana od ofiary sprawia, że by sprawcy się to opłaciło, musi szeroko zarzucić sieć.
– Adwokaci nie lubią publicznie mówić o sytuacjach, w których czują się bezsilni. Więc kilka osób, które o tym napisało w internecie pod nazwiskiem, to pewne niewielki procent tych, którzy maile otrzymali – mówi Litwiński.
Przemysław Rosati, prezes Naczelnej Rady Adwokackiej, poinformował, że będzie ona udzielać adwokatom niezbędnego wsparcia. Przestępstwo z art. 191 KK jest jednak ścigane na wniosek, więc każdy pokrzywdzony musi go zgłosić sam. Materiały, które wpłynęły do NRA, w porozumieniu z każdym ze zgłaszających będą przekazywane do prokuratury. Sprawę omówiono też na czwartkowym prezydium NRA. Postanowiono zwrócić się do Google Polska z pismem o wypracowanie mechanizmów wspierania adwokatów w usuwaniu negatywnych opinii.
Opinia dla „Rzeczpospolitej”
Jerzy Naumann, sędzia sądu dyscyplinarnego Okręgowej Izby Adwokackiej w Warszawie
Nie widzę naruszenia etyki adwokackiej w zapłacie za niepublikowanie negatywnej opinii. Oczywiście tylko jeśli mówimy o opinii sfabrykowanej. Gdyby dotyczyła faktów, opłata „za milczenie” rodziłaby już odpowiedzialność dyscyplinarną. Gdy jest to komentarz nieprawdziwy, kwestie w swoim sumieniu rozstrzyga ten, kogo sprawa dotyczy. To decyzja pokrzywdzonego, czy chce wspomagać szantażystę. Sprawa i tak pozostanie między nimi dwoma. Należy zgłaszać takie sytuacje organom ścigania i liczyć, że uruchomią swoje służby, które pozwolą namierzyć sprawcę. Niezgodne z etyką byłoby proszenie o wystawianie również fałszywych, ale pozytywnych opinii, które miałyby równoważyć negatywne. Nie ma znaczenia, czy byłaby to opinia odpłatna czy przysługa. Zbyt daleko idąca przychylność koleżeńska może wprowadzać odbiorców w błąd. Wtedy odpowiadałby adwokat o taką opinię proszący, jak i wystawiający.